poniedziałek, 21 maja 2018

Drugie dziecko - pytania i odpowiedzi.

Fot. https://www.maxmodels.pl/fotograf-landscaper.html

Tydzień temu zostawiłam Was z sensacyjną wiadomością ;) Bez obaw, nie zamierzam poprzestać na tym jednym zdaniu. Myślę, że będę tu nawet dość często wspominać o mojej ciąży, w końcu jest to w tej chwili jeden z najważniejszych elementów mojego życia. Dzisiaj postaram się odpowiedzieć Wam na te pytania, które najczęściej pojawiają się ostatnio w moich rozmowach.

Dlaczego drugie dziecko?


Śmiać mi się chce, kiedy wspominam sobie, jak wyglądały moje rodzinne plany jeszcze kilka lat temu. Przede wszystkim, nie zamierzałam mieć dzieci. W ogóle. Żadnych. Uważałam, że nie nadaję się na matkę i że na pewno zrujnowałabym mojemu dziecku życie. Jak wiadomo, to się zmieniło. Potem jednak wszyscy pytali, kiedy planujemy mieć drugie dziecko, a ja za każdym razem odpowiadałam konsekwentnie, że nie planujemy. Robert miał być jedynakiem. Nie chciałam przeżywać porodu jeszcze raz. Ale był też inny powód. Bałam się, że dwoje moich dzieci nie będzie umiało ze sobą żyć. Znałam kilka rodzeństw, których wzajemne relacje przebiegały dość dramatycznie. Nie chciałam tego dla Roberta.

Dlaczego to się zmieniło? Obserwowałam Roberta, obserwowałam inne dzieci, czytałam również teksty pisane przez autorki, które mają dwójkę dzieci. Dotarło do mnie, jak bardzo dziecko potrzebuje tego stałego kontaktu z drugim dzieckiem w zbliżonym wieku. Nie jestem w stanie zapewnić mu tego kontaktu w inny sposób. W naszej okolicy nie ma takich małych dzieci. Znajomi, owszem, mają dzieci, ale wiecie, jak ciężko czasem się umówić ze znajomymi, zwłaszcza mieszkającymi w innej miejscowości? A to brak czasu, a to choroby... Braciszek lub siostrzyczka będzie w pobliżu przez cały czas, niezależnie od planu dnia i od stanu zdrowia. Tej bliskości nie da się w żaden sposób zastąpić.

Pomyślałam sobie, że nawet jeśli moje dzieci będą się ze sobą kłócić, to jednak spędzą też ze sobą mnóstwo wartościowych chwil. Nie chcę im tego odbierać.

Jak się czuję?


Szczerze mówiąc, w tej chwili okropnie ;) Nie tylko mężczyźni umierają na katar, mnie też się to zdarza. A już w ciąży ten katar jest szczególnie uciążliwy. Natomiast jeśli chodzi o dolegliwości ciążowe - to po prostu ich nie mam. Serio, gdyby nie brak okresu i rosnący brzuch, mogłabym nawet zapomnieć, że w ogóle jestem w ciąży. Poranne mdłości miałam dokładnie raz. Przez jakieś dwa-trzy tygodnie borykałam się za to z zupełnym brakiem apetytu. Uwierzcie mi, to nic przyjemnego. Chcesz zrobić obiad dla całej już teraz czteroosobowej rodziny i musisz wybierać z krótkiej listy potraw, od których Cię nie odrzuca. Na szczęście apetyt już mi wrócił.

Mogę powiedzieć, że spełniło się moje marzenie o drugiej ciąży pozbawionej trosk, z którymi borykałam się za pierwszym razem. Jestem w domu z Robertem, spokojnie robię swoje, nie mam żadnych szczególnych zmartwień. Pomimo tego, że przecież mam...

Hashimoto - a co to?


Choroba Hashimoto, w dużym skrócie, to autoimmunologiczne zaburzenie pracy tarczycy. W gruczole pojawia się stan zapalny, który konsekwentnie niszczy tarczycę i w efekcie doprowadza do osłabienia kondycji całego organizmu. Dochodzi do zaburzeń pracy serca, problemów z płodnością i regularnością miesiączek, pogarsza się stan skóry i włosów.

Pierwsze objawy choroby Hashimoto to m.in.: uczucie ciągłego przemęczenia, spadek nastroju, niespodziewane przybieranie na wadze, zawroty głowy, bóle mięśni i stawów, bolesność szyi. 

A można też nie mieć żadnych objawów i bardzo się zdziwić informacją o chorobie. Jak ja.

Poważnie, gdyby nie rutynowe badania krwi zlecone na krótko przed potwierdzeniem ciąży, nie przyszłoby mi nawet do głowy, że z moim organizmem może być coś nie tak. Jestem naprawdę wdzięczna mojej lekarce, że zdecydowała się zlecić tak na wszelki wypadek badanie poziomu TSH. Gdyby nie ona, dowiedziałabym się o chorobie dobre kilka tygodni później.

W chwili obecnej moje wyniki są już prawidłowe, ale nadal zażywam lekarstwa. Nie odczuwam żadnych dolegliwości. Jestem świadoma tego, że muszę być ostrożna. Choroba Hashimoto znacząco zwiększa ryzyko poronień. Wierzę jednak, że wszystko będzie dobrze. Choroba została wcześnie wykryta i udało się szybko zareagować.

A wracając do tematu ciąży - chłopiec czy dziewczynka?


Jeszcze nie wiem! Pewnie na najbliższym badaniu USG uda się już dostrzec cechy charakterystyczne dla jednej lub drugiej płci. Pamiętam, że Robert okazał się być Robertem właśnie w trzynastym tygodniu ciąży. Choć tak naprawdę dopiero w szesnastym tygodniu można stwierdzić z całą pewnością, jaka jest płeć dziecka. Przyznam, że nie mogę się już doczekać. Bardzo przyzwyczaiłam się do tego, że myślę o moim dziecku jako o osobie konkretnej płci. Ta niepewność jest dla mnie teraz trochę dziwna.

Przyznam, że chciałabym, żeby tym razem to była dziewczynka :) Mamy już od dawna wybrane dla niej imię. Zasypiam, wyobrażając sobie, jak mój duży, dzielny synek opiekuje się swoją malutką siostrzyczką. Ale prawda jest taka, że dostrzegam mnóstwo zalet bycia mamą chłopca i właściwie nie miałabym nic przeciwko, żeby to było dwóch chłopców. Dwóch braci. 

Czy zamierzam nadal karmić Roberta piersią?


A czemu nie? Jeśli tylko będzie chciał. 

Darujcie, że tak często piszę o karmieniu piersią, ale też temat ten wraca do mnie jak bumerang. Wierzę, że im więcej będzie się pisało o aktualnej wiedzy na temat karmienia piersią, tym szybciej dotrze do ludzi, że nie ma absolutnie żadnych przeciwwskazań, by karmić piersią nawet kilkuletnie dziecko.

Na samym początku ciąży miałam wrażenie, że nasza droga mleczna z Robertem właśnie dobiega końca. Ewidentnie się nie najadał, był marudny i nerwowy. Uznałam to za objaw zanikającego pokarmu. Potem jednak dotarło do mnie, że dni mijają, a ja nadal mogę karmić. Sytuacja wróciła do normy.

Robert nie jest uzależniony ode mnie i mojego mleka. Już prędzej ja od niego ;) Ostatnio wytrzymał cały dzień beze mnie. Nakarmiłam go tylko wcześnie rano. Nawet zasnął wieczorem bez mojej pomocy. Jedyny problem polegał na tym, że pierś spuchła mi jak bania i musiałam dwukrotnie odciągać pokarm. 

Mleko matki jest niezwykle wartościowym pokarmem nawet dla dorosłego człowieka. Podaje się je np. sportowcom. Karmienie nieco starszego dziecka nie oznacza przecież, że trzeba je karmić piersią ciągle, o każdej porze i w każdym miejscu. To może być nawet raz dziennie. Albo i rzadziej.

Jak zwykle przy tym temacie odsyłam do mojej ulubionej Hafiji. Nigdzie indziej nie dowiecie się tak wielu przydatnych rzeczy o karmieniu piersią.

Czy się boję?


Jasne, że tak. To nie są jakieś wielkie obawy, nie jestem przecież już nowicjuszką. Wiem, że sobie poradzę.

O części moich obaw pisałam w poprzednim tekście. Ale jeśli miałabym uczciwie odpowiedzieć na pytanie, czego obawiam się najbardziej, to powiedziałabym, że... zmian.

O tym, że moje życie zmieniło się bardzo po urodzeniu Roberta, pisałam już nieraz - na przykład tutaj albo tutaj :) Ale prawda jest taka, że udało mi się w tym wszystkim zachować sporo z dawnej siebie. Nadal realizowałam swoje pasje, nadal miałam czas tylko dla siebie, na swoje rozmyślania, a nawet na zabawę. Obawiam się, że z dwójką dzieci już tak lekko nie będzie. Że teraz już będę tylko i wyłącznie mamą. Tą mamą, która zdążyła ogolić tylko jedną nogę (na szczęście mam jasne owłosienie i właściwie go nie widać). Tą mamą, która zasnęła w trakcie pytania o to, co robi w wolnym czasie. 

Obawiam się tego bardziej niż w pierwszej ciąży, bo już w jakimś sensie sprawdziłam się w roli mamy i wiem, jak cenne były dla mnie te mniejsze i większe odskocznie od codzienności pełnej pieluch. Jestem jednak dobrej myśli. Radzę sobie z jednym dzieckiem, poradzę sobie i z dwoma :)


Jeśli chcielibyście mnie jeszcze o coś zapytać lub podzielić się własnymi odczuciami - zapraszam do dyskusji :)


poniedziałek, 14 maja 2018

To nie pierwszy krok jest najtrudniejszy.

Pamiętam tę chwilę, jakby to było wczoraj.


Siedziałam w pobliżu kamieniołomu przy kościele św. Józefa i czekałam, aż zacznie się Msza św., a po niej ruszymy w drogę. To był ciepły, spokojny wieczór. Choć spodziewałam się tłumu ludzi, w tamtej chwili byłam sama, sama ze swoimi myślami i z obawami, których tym razem miałam naprawdę sporo.

W jakimś przebłysku geniuszu zdjęłam z nóg nowe, śliczne, zdobyte specjalnie na tę okazję buty i założyłam moje stare, wysłużone trapery, które miałam przy sobie tak na wszelki wypadek. To była chyba moja najlepsza decyzja. Zimno mi się robi na samą myśl o tym, że miałabym wyruszyć w długą i niełatwą trasę w nowych, niewypróbowanych butach. Najpewniej po prostu nie ukończyłabym trasy, nie przeszłabym nawet połowy.


Bałam się bardziej niż za pierwszym razem. Kiedy rok wcześniej wyruszałam po raz pierwszy w Ekstremalną Drogę Krzyżową, wiedziałam, że porywam się na coś odważnego i nie do końca rozsądnego, nie wiedziałam jednak dokładnie, jak będzie i co mnie czeka. Za drugim razem wiedziałam bardzo dobrze. Wiedziałam, że jeszcze tej nocy będę bardzo zmęczona i będą mnie bolały nogi, a droga będzie dłużyć się w nieskończoność. Wiedziałam, że dotrę do celu już w pełnym słońcu dnia, że będę leczyć obtarcia i skaleczenia, że będę zasypiać na siedząco, a moje ciało jeszcze przez kilka dni będzie odreagowywać trudy tej nocy.  

Pamiętam też tę pierwszą drogę.


To był ten specyficzny czas w moim życiu. Z jednej strony byłam świeżo i intensywnie zakochana, z drugiej strony ciągle jeszcze leczyłam rany po wyjątkowo bolesnym rozstaniu (dla przypomnienia: "Czego nauczyła mnie najgorsza chwila w życiu?"). Nasz początkujący związek napotykał na tym etapie na same trudności i przeszkody. Byłam bardzo krucha i niepewna, ale też  - niemal instynktownie - moja gorliwość religijna tylko wzrosła. Kiedy dowiedzieliśmy się, że w nocy z 3 na 4 kwietnia 2009 wyrusza pierwsza Ekstremalna Droga Krzyżowa z Krakowa do Kalwarii Zebrzydowskiej, nie zastanawialiśmy się długo. Zdecydowaliśmy, że pójdziemy. Ofiarujemy te wszystkie trudności, których doświadczamy.

Dużo osób odradzało mi tę trasę. Mówili, że to jest droga dla sportowców, dla osób, które regularnie trenują. Sama wiedziałam dobrze, że nigdy wcześniej nie przeszłam tak długiej trasy w ciągu jednej doby. Mój dotychczasowy rekord to było zaledwie dwadzieścia kilka kilometrów i to z licznymi przerwami i postojami. Teraz miałam do przejścia 45 kilometrów. Wiedziałam, że będzie ciężko, ale czułam też, że to jest wykonalne. Wystarczy przecież stawiać jedną nogę przed drugą. I tak do końca...


Pamiętam księżyc, który był tej nocy niesamowity - wielki i czerwony, towarzyszył nam przez większość trasy. Pamiętam też niezwykłe, głębokie rozważania poszczególnych stacji Drogi Krzyżowej. Między jedną stacją a drugą było kilka kilometrów do przejścia, i cały ten czas wypełniony był rozmyślaniami. Pamiętam też, że choć z założenia droga miała być indywidualnym przeżyciem, to jednak tak ważne było, że przeszliśmy ją we dwoje, ja i mój nowy chłopak, który dziś jest moim mężem. Pamiętam podziw, szacunek i wzajemne wsparcie. Byliśmy w tym razem - i jesteśmy nadal.

Za drugim razem jest trudniej.


Za drugim razem już wiesz. To, co wcześniej tylko sobie wyobrażałaś, jest teraz dla Ciebie zupełnie rzeczywiste. Każdy kilometr na Twojej drodze niesie ze sobą pamięć o tych wszystkich kilometrach, które już przeszłaś i które jeszcze masz do przejścia. Już nie słuchasz opowieści o bólu, zastanawiając się, czy dasz radę go wytrzymać. Teraz sama znasz ten ból, przeżyłaś go na własnej skórze.

Za drugim razem będą Cię oceniać. Pierwsza droga mogła być jeszcze błędem, zbyt pochopnym oszacowaniem własnych sił i możliwości. Nikt nie może Ci zarzucić, że próbowałaś. Jednak, gdy decydujesz się wyruszyć w tę samą drogę jeszcze raz, to tak naprawdę jest to też Twoja deklaracja: wiem, że zrobiłam dobrze! Wiem, że potrafię! Nikt nie zdecydowałby się na to samo doświadczenie jeszcze raz, jeśli nie uważałby, że sobie poradzi.

Będą zatem tłumaczyć Ci, co zrobiłaś źle za pierwszym razem. Będą poddawać w wątpliwość, czy naprawdę bycie piechurem to w Twoim przypadku dobry pomysł. Będą starali się pomóc Ci wyeliminować błędy, które popełniłaś za pierwszym razem. Dopiero teraz dowiesz się, że popełniłaś ich aż tyle. Wcześniej nie widzieli sensu, by Ci o tym mówić. Przecież już przeszłaś drogę, już masz to za sobą. A Ty nagle decydujesz, że wpakujesz się w to samo jeszcze raz!

Będą oczekiwać od Ciebie, że wyciągniesz wnioski z doświadczeń pierwszej drogi i za drugim razem poradzisz sobie lepiej. I będą się dziwić, że jednak nadal nie wszystko jest idealnie. To nie postarałaś się o lepsze buty? Nie pamiętałaś, że trzeba równomiernie rozłożyć siły?

Będziesz mierzyć się z własnymi obawami i z obawami innych osób. I sama wiesz najlepiej, z czym jeszcze. Ale wiesz też dobrze, że...

Ból i obawa to nie wszystko.



Pamiętasz też cudowne, głębokie przeżycie, którego warto jeszcze raz doświadczyć. Pamiętasz satysfakcję, radość, piękno. Pamiętasz to niezwykłe szczęście, gdy wiesz już, że wszystko się udało. Pamiętasz bliskość i miłość. Jesteś pełna obaw, ale też podekscytowana, nie możesz się doczekać tego niezwykłego wachlarza cudownych i męczących przeżyć, które pamiętasz tak dobrze, a mimo to jesteś gotowa na więcej.

Mówiono mi nieraz, że o bólu zapomina się łatwo i szybko. Czy ja wiem?  Ja nie zapominam. Może to taka moja specyfika, że po prostu pamiętam o wszystkim. Ale ból to tylko część tej niezwykłej drogi, to tylko jeden z jej aspektów, istotny, ale nie najistotniejszy.

Najważniejsza jest miłość. I czekanie. I to, co najpiękniejsze i najważniejsze przyjdzie na samym końcu, po wielkim, ale satysfakcjonującym wysiłku.

Dlatego pełna obaw, ale przede wszystkim szczęśliwa i podekscytowana wyruszam po raz drugi w najbardziej niezwykłą drogę mojego życia, jeszcze bardziej wyjątkową niż te nocne wyprawy sprzed lat.

Jestem w drugiej ciąży.  

poniedziałek, 7 maja 2018

O płaczu dziecka.


" - Mamo, a my dużo płakałyśmy, jak byłyśmy małe?
- Wyście w ogóle nie płakały! Jak tylko którejś z Was zdarzyło się zapłakać, od razu odnajdowaliśmy z ojcem przyczynę i reagowaliśmy."

Tak, to opowieść o moim dzieciństwie, w którą przestałam wierzyć, kiedy sama zostałam mamą :) Kiedy staliśmy się z mężem regularnymi uczestnikami dwuosobowego teleturnieju Zgadnij, czemu dziecko płacze?, w którym nagrodą była za każdym razem błogosławiona cisza, szybko dotarło do nas, że przez najbliższe miesiące-lata tak po prostu będzie. Mały będzie wybuchać od czasu do czasu rozpaczliwym szlochem, a my będziemy zgadywać: czy to kolka? A może zęby idą? A może jest zmęczony? Może znowu zgłodniał?

Różne odcienie płaczu.


Kolejna rzecz, którą musiałam zweryfikować po urodzeniu dziecka, to było przekonanie, że będę wiedziała. Z informacji, które posiadałam przed porodem wynikało, że mama ma w głowie specjalny radar, za pomocą którego rozpoznaje, co oznacza konkretny rodzaj płaczu dziecka. Cóż, urodziłam i nic takiego mi nie wyrosło.

Oczywiście, w jakimś zakresie da się to rozróżnić. Dziecko, które się właśnie obudziło płacze zupełnie inaczej niż dziecko, które spadło z łóżka (ten płacz jest straszny!). Dziecko, które jest zmęczone i senne zachowuje się w bardzo specyficzny sposób. Oprócz płaczu zazwyczaj są też inne objawy, które pozwalają określić, co dziecku dolega. Łatwo stwierdzić, czy jest głodne, czy jest mu za gorąco, czy trzeba je przebrać. Mimo wszystko, ocenianie przyczyny na podstawie samego płaczu to nieraz zupełna zgadywanka.

Dlaczego dziecko płacze?


Podstawowa przyczyna jest chyba oczywista dla każdego, ale czasem mam wrażenie, że trzeba ją ludziom tłumaczyć. Mam to wrażenie za każdym razem, gdy słyszę, że dziecko "terroryzuje", "wymusza płaczem", "jest niegrzeczne".

Dziecko płacze, bo to jego pierwszy i przez długi czas jedyny sposób komunikowania się.

Wyobraź sobie, że w wyniku jakiegoś wypadku czy choroby nie możesz mówić, nie masz kontroli nad ruchami, a jedyny sposób, w jaki możesz zakomunikować innym, że coś Ci dolega lub że czegoś potrzebujesz, to głośny krzyk. Wyobrażasz sobie? Chcesz coś zjeść - musisz krzyknąć. Chcesz do toalety - musisz krzyknąć. Swędzą Cię plecy, nie możesz się podrapać - musisz krzyknąć. Światło Cię razi, chcesz, żeby ktoś je zgasił - musisz krzyknąć. Coś Cię boli - krzyczysz.

To mówisz, że nie będziesz tego nadużywać?

Dziecko jeszcze nie wie, że można cierpieć w milczeniu. Kiedy odczuwa potrzebę, to ją komunikuje. Im jest starsze, tym więcej poznaje sposobów na komunikację, może np. pokazać coś rączką. Potem zaczyna używać pierwszych słów. Jednak długo podstawowym sposobem na poinformowanie opiekunów, że coś jest nie tak, pozostaje płacz.

Bunt dwulatka? Dlaczego dziecko starsze nadal płacze?


Pamiętam, jak przestraszyłam się kiedyś jednej dwulatki. To znaczy, oczywiście nie dosłownie ;) Wystraszyło mnie jej zachowanie. Dziewczątko pod byle pretekstem wybuchało tak dramatycznym płaczem, jakby działa jej się jakaś straszna krzywda. Ja byłam wówczas w ciąży i pomyślałam sobie, że chyba nie jestem emocjonalnie gotowa na bycie matką dziecka, które wpada w głęboką rozpacz, bo dostało nie ten kawałek ciasta, który chciało.

Dlaczego dwulatek tak bardzo płacze? Choć mój synek jeszcze nie ma dwóch lat, myślę, że znam już odpowiedź na to pytanie. Otóż, ten płaczący dwulatek ma w sobie jeszcze sporo z tego noworodka, który znał tylko jedną formę komunikowania się. Choć jest już starszy, choć potrafi już powiedzieć i pokazać, o co mu chodzi, nadal jest przecież tym samym dzieckiem, które przez większość swojego króciutkiego jeszcze życia ogłaszało swoje potrzeby głośnym płaczem. Jest do tego przyzwyczajony. Jeszcze nie nauczył się, że ta komunikacja może wyglądać inaczej. Dopiero się tego uczy, a zadaniem jego rodziców jest mu w tym pomóc.

Czy dziecko powinno się wypłakać?


Pisałam o tym już raz, pisali o tym inni, ale myślę, że jest to kolejna rzecz, która wymaga częstego podkreślania.

Kiedy Twoje dziecko płacze, weź je na ręce i przytul. Proste jak nie wiem co.

Czy rozpuszczę w ten sposób dziecko? Nie. Noworodka, niemowlęcia nie da się rozpuścić. Mówiąc, że dziecko jest rozpuszczone zakładasz, że ma ono jakąś świadomą postawę życiową i przemyślane reakcje, za sprawą których manipuluje otoczeniem. Tymczasem mowa tu o dziecku, które jeszcze nie wie nawet, że może wstrzymać się z oddaniem moczu do chwili, kiedy będzie siedzieć bezpiecznie na nocniku.

Dziecko płacze nie dlatego, że jest złośliwe i chce Cię dręczyć, zmuszając do ciągłego biegania do łóżeczka. Ono płacze, bo jest przerażone. Obudziło się, a obok nie ma mamy. Nie wie, gdzie jesteś. Jeszcze nie myśli na tyle abstrakcyjnie, by założyć, że na pewno jesteś w pokoju obok. Nie wie nawet, czy jeszcze Cię kiedyś zobaczy. 

Dziecko pozostawione samo sobie, żeby się wypłakało, w końcu zaśnie. Z wyczerpania. Wyobrażasz sobie, jakie to uczucie, tak bardzo zmęczyć się płaczem, by mimo przerażenia zasnąć? Dlaczego ludzie pozwalają na to, by ich maleńkie dzieci doświadczały czegoś takiego?

Metoda usypiania dziecka poprzez pozostawienie go samego, by się wypłakało, jest metodą "skuteczną". Dziecko po pewnym czasie przestaje płakać. Uczy się, że to nic nie daje, że i tak nikt nie przyjdzie go uratować. Jest zdane samo na siebie. A płacz męczy, od płaczu zdziera się gardełko. Dziecko leży więc w milczeniu i w przerażeniu, aż w końcu zasypia. Za ścianą jego mama śpi spokojnie, zadowolona, że tak świetnie wychowała dziecko...

A pod tym linkiem przeczytasz, jakie skutki dla mózgu dziecka powoduje ta metoda: https://www.ofeminin.pl/dziecko/mam-dziecko/pozwalanie-dziecku-na-wyplakiwanie-sie-niesie-negatywne-skutki-dla-jego-mozgu/

Moje dziecko płacze, czy jestem złą matką?


Spokojnie. Nie jesteś. Czasem niewiele możemy poradzić na płacz naszej pociechy. Bywa tak, że ciężko odgadnąć przyczynę, a dziecko nie powie nam przecież, o co chodzi. Nawiasem mówiąc, uważam, że co najmniej połowa znajomych mi dzieci wcale nie miała żadnej kolki, po prostu płakały z niewyjaśnionych przyczyn, a kolka była łatwym wytłumaczeniem ;) Ale mogę nie mieć racji.

Najważniejsze i najlepsze, co możesz zrobić, to być blisko i okazać dziecku swoją miłość. Nawet jeśli nie od razu ukoisz ból brzuszka lub wyrzynających się zębów, dziecko uczy się, że może na Ciebie liczyć i że jesteś przy nim, gdy Ciebie potrzebuje. 

Pamiętaj, że ten czas, kiedy dziecko jest malutkie i tak bardzo potrzebuje Twojej bliskości, nie będzie trwał wiecznie. Kiedyś będzie nastolatkiem i może się zdarzyć, że tulenie się do mamy to będzie dla niego obciach ;) Lepiej wytul je teraz porządnie za wszystkie czasy!

środa, 2 maja 2018

Książki dzieciństwa.

Skończył się kwiecień, a u mnie nie pojawił się w tym czasie żaden wpis książkowy. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie - w końcu ukazały się w kwietniu aż dwa obszerne teksty o filmach! Dziś natomiast nadrabiam zaległości, a zarazem - wracam pamięcią do pięknych, beztroskich czasów, kiedy książki i baśnie kształtowały moją wizję świata.

Inspiracją do tego tekstu był cykl wpisów gościnnych na blogu Rudym spojrzeniem - Książka z dzieciństwa. Różni blogerzy opisują w nim książki, które wywarły największy wpływ na ich dzieciństwo. Może kiedyś doczekam chwili, kiedy i mnie ktoś poprosi o napisanie wpisu gościnnego :) Póki co, odpowiedź na pytanie o najważniejszą książkę mojego dzieciństwa znajdzie się tutaj.

Kiedy zaczęłam się zastanawiać nad tą odpowiedzią, szybko dotarło do mnie, że nie będę umiała wybrać jednej książki. Było ich tak wiele, tak bardzo mnie ukształtowały, z tak różnych powodów zasługują na wzmiankę... Rozsiądźcie się wygodnie, szykuje się kolejny długi tekst :)

1. Ta pierwsza książka - "Bajeczki z obrazkami", Wladimir Sutiejew. 


Książka, którą moja siostra "czytała" mi z pamięci, kiedy byłyśmy bardzo, bardzo malutkie :) Przecudnie ilustrowana i niezwykle mądra. Ogromnie wpłynęła na moją wyobraźnię i sposób postrzegania świata. Dowiedziałam się z niej między innymi, jak narysować domek i kotka, jakimi barwami pokolorować koguta, do czego może się przydać łupina od orzecha, a do czego tyczka-pomocniczka, a także, jak bardzo grzyb może urosnąć na deszczu. "Bajeczki z obrazkami" są również pełne pozytywnych, budujących historii o przyjaźni i wzajemnym wspieraniu się w mniejszych lub większych kłopotach. Nie wyobrażam sobie dzieciństwa bez tej książki.


2. Książki o dziewczętach i dla dziewcząt.


Takich książek było w moim dzieciństwie dużo, ale dwie z nich miały zdecydowanie największe znaczenie - "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery oraz "Mała księżniczka" Frances Hodgson Burnett.



Seria o Ani to jedna z dwóch najukochańszych książkowych serii mojego życia (drugą jest oczywiście Jeżycjada, o której nieraz już wspominałam). Trudno opisać słowami, jak duży ślad odcisnęły na moim życiu właśnie te książki. Za każdym razem, kiedy do nich wracałam, odnajdowałam w nich nowe wartości, nowe wzruszenia i nowe radości. Przez wiele lat pokazywały mi, jak wielką wartością jest wyobraźnia, kreatywność, otwarty umysł. A jednocześnie - jak czasem te cechy potrafią utrudnić życie i odnalezienie się w rzeczywistości.

Gdy sięgam pamięcią do mojego dzieciństwa, myślę sobie, że największą lekcją, jaką wówczas wyniosłam z lektury "Ani z Zielonego Wzgórza" było odkrycie, że ten Gilbert wcale nie jest zły. W baśniach i książkach dla dzieci, które czytałam wcześniej, sympatie i antypatie były określone zazwyczaj już na samym początku. Przyjaciel był przyjacielem, wróg wrogiem i to się raczej nie zmieniało. Tymczasem tutaj chłopiec, którego Ania przez lata nie lubiła, okazuje się prawdziwym przyjacielem, a w późniejszych latach tym jedynym i ukochanym mężczyzną. To było dla mnie coś nowego i odkrywczego.


"Mała księżniczka" (którą najpierw poznałam dzięki japońskiej kreskówce, a potem dopiero sięgnęłam po książkę) również niosła ze sobą tę wspaniałą wiadomość, że dzięki wyobraźni możesz być, kim chcesz. Sara stała się dla mnie ogromnie ważną postacią, bo widziałam w niej wiele cech podobnych do moich własnych (opowiadanie bajek!), a wielu innych mogłam się od niej nauczyć. Jedną ze scen, które zrobiły na mnie największe wrażenie, była ta, w której wygłodniała Sara dzieli się świeżo zakupionymi bułeczkami z napotkaną małą żebraczką. To wrażenie zostało mi chyba na całe życie - ta świadomość, myśl, że kiedy cierpisz, kiedy coś Ci dolega, w pobliżu może być ktoś, kto cierpi jeszcze bardziej i komu mimo wszystko możesz pomóc.


Jest jeszcze jedna dziewczynka, o której muszę tu wspomnieć, zdecydowanie mniej znana niż dwie wcześniej wymienione bohaterki - "Marysia z II klasy" Zofii Jasnoty. Książka kupiona przez moich rodziców chyba dlatego, że Marysia na ilustracjach uderzająco przypominała wówczas moją siostrę :) Jest to zdecydowanie literatura o charakterze dydaktycznym, ma uczyć i wychowywać w duchu wiary katolickiej. Jest przy tym dobrze i przystępnie napisana - sposób prowadzenia narracji i dialogów kojarzył mi się trochę z Musierowicz, choć bez jej poczucia humoru. Książki o Marysi są również wartościowym źródłem informacji o innych ciekawych lekturach - to z nich dowiedziałam się m.in. o "Słoneczku" Marii Buyno-Arctowej, o "Polyannie" i o "Niewidzialnej ręce".

3. Baśnie z dzieciństwa.


Było ich całe mnóstwo, ale te najważniejsze to "Piotruś Pan" oraz baśnie Andersena, w szczególności "Królowa Śniegu" oraz "Calineczka" (a także "Mała Syrenka", choć muszę przyznać, że to raczej disneyowska wersja tej baśni zdobyła moje serce).


We wspomnianych baśniach Andersena widzę zresztą dużo podobieństw, z pewnością dlatego, że każda z nich jest w jakimś stopniu odzwierciedleniem życia autora. W każdej z nich pojawia się silna postać kobieca, która ma wielkie marzenie (lub jak Calineczka po prostu chce przetrwać) i niespodziewanie dla samej siebie wyrusza w długą i niebezpieczną podróż, by je spełnić. Na swojej drodze spotyka osoby pozornie życzliwe i pomocne, które jednak mają własne ukryte intencje i starają się ją zatrzymać. Spotyka też osoby szczerze pomocne. Ostatecznie, po wielu perypetiach osiąga wymarzony cel. Myślę, że te postaci bardzo wpłynęły na kształtowanie mojego charakteru i w jakimś stopniu dzięki nim jestem osobą gotową dążyć do celu pomimo niepowodzeń. 


"Piotruś Pan" natomiast, baśń napisana przez Jamesa Matthew Barriego, to dla mnie po prostu ideał baśni z dzieciństwa. Jest w niej wszystko, co najpiękniejsze: cudowne przygody, przepiękne miejsca, magiczna kraina, czary, wróżki, syreny... Już sam punkt wyjścia - baśniowe istoty odwiedzające dzieci nocą i zabierające je do zaczarowanej krainy - niesamowicie wpłynął na moją dziecięcą wyobraźnię. Rzecz jasna, marzyłam o podobnej przygodzie, wyobrażałam ją sobie, te wizje pojawiały się w moich zabawach i w bajkach, które wymyślałam.

4. Książki, które uczą i bawią.


Wierzcie lub nie, ale to jeden z najcudowniejszych punktów mojego dzieciństwa. Nasi rodzice bardzo dbali o to, żebyśmy z siostrą miały dostęp do wartościowych książek edukacyjnych. Na naszej półce z książkami było całe mnóstwo pozycji takich jak "Księga pytań i odpowiedzi", "Encyklopedia dla najmłodszych", "Atlas dla najmłodszych". To po prostu niesamowite, ile dowiedziałam się dzięki takim książkom! Muszę oczywiście przyznać, że kochałam je głównie ze względu na piękne i nieraz bardzo realistyczne ilustracje, jednak ich treść również była dla mnie bardzo ważna, a wiedza zdobyta dzięki nim przydaje mi się nieraz do tej pory. Jest dla mnie pewne i oczywiste, że mój synek również będzie miał możliwość poznawania świata dzięki takim wartościowym lekturom :)

Poniżej przedstawiam Wam kilka tych najukochańszych:

"Poznaję świat"












"Świat i człowiek", "Świat wokół nas"




"LAROUSSE. Encyklopedia dla dzieci"




I co z tego, że nie było w nich przygód ani bajek? Ja sama wymyślałam przygody i bajki! :)

5. Książka, która łączy w sobie wiele innych - "Podajmy sobie ręce".


Zdaje się, że to był podręcznik szkolny, natomiast ja nigdy się z niego nie uczyłam. Czytałam go w domu jak jedną z wielu książek z bajkami. 

Książka zawiera mnóstwo opowiadań oraz fragmentów innych książek. Dzięki niej po raz pierwszy zetknęłam się m.in. z Pippi Langstrumpf (a raczej z Fizią Pończoszanką, bo tak się w tej wersji nazywała) oraz z bohaterami książki "Dziki koń spod kaflowego pieca", dzięki niej poznałam opowiadanie o niewidzialnej dziewczynce z serii o Muminkach. Oraz wiele, wiele innych. W tej książce pojawia się też opowiadanie o kotach, które do tej pory jest dla mnie jedną z najpiękniejszych historii o miłości.

Poza niewątpliwymi walorami treści, książka ma również przepiękne ilustracje. Nie da się ukryć, że ilustracje zawsze miały dla mnie duże znaczenie.

6. Ta ulubiona - "W pustyni i w puszczy", Henryk Sienkiewicz.



Poznałam tę książkę wcześniej niż moi rówieśnicy. Kiedy ją przeczytałam, nawet nie chodziłam jeszcze do szkoły. Mimo iż wiekowo (i nie tylko wiekowo) bliższa była mi postać Nel, z jakichś powodów po lekturze tej książki najbardziej pragnęłam być Stasiem, przeżywać przygody i troszczyć się o swoją małą przyjaciółkę.

Przez lata odpowiedzią na pytanie, jaka jest moja ulubiona książka, było właśnie "W pustyni i w puszczy".

7. Komiks.


Szczerze mówiąc, to był pierwszy punkt, który przyszedł mi do głowy. Choć zawsze byłam molem książkowym, komiksy przeczytane w dzieciństwie miały na mnie bardzo duży wpływ, może nawet większy niż książki. W szczególności były to trzy komiksy, a każdy z nich krańcowo różny. Jeden z nich to piękny komiks o błogosławionej Laurze Vicuna - oczywiście chciałam być taka, jak ona ;) Drugi to komiks, a w zasadzie cała seria o Barbie. Śmiejcie się, ale nauczyłam się z niego wielu mądrych rzeczy, między innymi właściwego podejścia do osób niepełnosprawnych - to była lekcja na całe życie! Poza tym, wierzcie lub nie, ale moja suknia ślubna była wzorowana na jednej z sukni Barbie :)


Tym najważniejszym natomiast był komiks zatytułowany "Ponad krainą cieni", czyli piąty zeszyt z ukochanej przeze mnie serii o Thorgalu. Przepiękna opowieść o miłości silniejszej niż śmierć i skłaniającej do ogromnych poświęceń. Miałam zaledwie 4 lata, kiedy trafiłam po raz pierwszy na ten komiks, i być może dlatego zrobił na mnie aż tak wielkie wrażenie.

"Ponad krainą cieni" uwrażliwiło mnie na piękno przyrody (rysunki są po prostu oszałamiająco piękne!), wpłynęło na moje późniejsze zainteresowanie mitologią oraz tematyką cofania się w czasie. Przede wszystkim ukształtowało we mnie fascynację historiami o dalekich i niebezpiecznych podróżach, a także wspomniany wcześniej wzorzec silnej kobiecej postaci, uparcie dążącej do celu i zdolnej do wielkich poświęceń w imię miłości.

Hm, zatem bohaterkami mojego dzieciństwa były takie postaci jak heroiczna Shaniah z komiksu o Thorgalu, jeszcze bardziej heroiczna Laura Vicuna, Mała Syrena, a także m.in. Wanda, co nie chciała Niemca oraz wiele innych dzielnych, skorych do poświęceń kobiet. Czy ja miałam jakiekolwiek szanse, by wyrosnąć na normalną osobę? ;)

A tak bardziej przyziemnie - spójrzcie na sukienkę Shaniah. Czy ja już Wam kiedyś wspominałam, że mam w szafie jedenaście czerwonych sukienek?



Było jeszcze wiele innych książek...


"Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren. "Alicja w Krainie Czarów" Lewisa Carrolla. "Szatan z siódmej klasy" Kornela Makuszyńskiego. Cała seria o Leśnym Ludku napisana i zilustrowana przez Tony'ego Wolfa. "Czarnoksiężnik z krainy Oz" L. Franka Bauma. Seria o Tomku Wilmowskim autorstwa Alfreda Szklarskiego. Mnóstwo małych książeczek z serii "Poczytaj mi mamo". Zbiory legend polskich, a także legend z całego świata, m.in. polinezyjskich. Niewspomniane przeze mnie wcześniej, ale bardzo ważne dla mnie, różne egzemplarze Biblii dla dzieci.

Moje dzieciństwo bez książek byłoby z pewnością o wiele mniej bogate. Dzięki nim poznałam mnóstwo cudownych historii, nauczyłam się wielu przydatnych rzeczy, dzięki nim kształtowała się moja wyobraźnia i zdolność tworzenia własnych historii. Myślę, że w życiu każdego dziecka powinno znaleźć się miejsce na wiele pięknych książek :)

sobota, 28 kwietnia 2018

Alfie.


Jeśli jeszcze nie wiecie, kim był Alfie Evans, to najwyraźniej mieliście szczęście przeżyć tydzień bez Internetu i mediów. Mam wrażenie, że o tej sprawie mówiono dosłownie wszędzie.

Niespełna dwuletni Alfie, dotknięty nieznaną chorobą neurologiczną, zmarł dziś o 2:30 w nocy, 5 dni po tym, kiedy zgodnie z decyzją lekarzy ze szpitala Alder Hey w Liverpoolu został odłączony od aparatury podtrzymującej jego życie.

Nie byłam pewna, czy będę pisać o Alfiem na blogu. W lipcu zeszłego roku napisałam emocjonalny tekst o innym maleńkim chłopcu, który zmarł odłączony od aparatury - "Charlie Gard nie żyje". Nie jestem z tego tekstu szczególnie dumna. Emocje bywają kiepskim doradcą, gdy chodzi o pisanie. Na myśl o użytej przeze mnie wówczas argumentacji trochę się dziś rumienię. Czy to w ogóle dobry pomysł, pisać o tak trudnych i bolesnych sprawach na blogu, który zwykle krąży wokół znacznie radośniejszych tematów? Pomyślałam jednak, że sprawa Alfiego zasługuje na kilka słów komentarza.

Przez cały tydzień śledziłam doniesienia na temat stanu zdrowia Alfiego oraz najnowszych decyzji podejmowanych w jego sprawie. Historia Alfiego ogromnie mnie poruszyła, jeszcze bardziej, niż historia małego Charliego Garda. Chwilami ciężko mi było czytać o nim i nie płakać. Nie wyobrażam sobie nic równie strasznego jak bezradność rodziców, którzy patrzą, jak ich ukochane dziecko powoli gaśnie, desperacko chwytają się każdej potencjalnej możliwości ratunku i za każdym razem, ciągle i nieustannie słyszą w odpowiedzi "nie".

Wokół tej sprawy narosła niewiarygodna ilość mniej lub bardziej szalonych teorii spiskowych, hipotez, mnóstwo dezinformacji i nieufności. Pozornie, z racjonalnego punktu widzenia, sprawa jest prosta. Nieuleczalnie chore dziecko, które tak naprawdę już od dawna było sztucznie podtrzymywane przy życiu, decyzją sądu zostało odłączone od aparatury. Fakt, że dziecko samodzielnie oddychało, że reagowało na głos, że otwierało oczy, uśmiechało się - to nic nie znaczy, to były tylko ostatnie odruchowe reakcje umierającego organizmu. 70% uszkodzenia mózgu nie pozostawiało wątpliwości, Alfiemu nie dało się już pomóc. Doraźne ratowanie życia nie miało sensu, bo o życiu dawno nie było mowy. Lekarze znają się na swojej pracy, Alfie był wielokrotnie przebadany i zdiagnozowany. Codziennie ratują setki żyć, nie ma więc podstaw, by sądzić, że nie chcieli ratować Alfiego.

Wystarczy jednak, że pojawi się cień wątpliwości, który w tej sprawie z jakichś powodów się pojawił - i nagle okazuje się, że zakwestionować można dosłownie wszystko.

Czy lekarze się nie pomylili? Nie są przecież nieomylni. Dlaczego tak bardzo zależało im, żeby nikt inny nie zbadał Alfiego? Jakim cudem Alfie przeżył tak długo bez respiratora? Skoro jednym z kluczowych argumentów przemawiających za tym, by zakończono życie Alfiego, była troska o jego godną śmierć, dlaczego te ostatnie dni Alfiego wyglądały tak dramatycznie? Dlaczego nie opiekowano się nim, dlaczego nie dostawał pożywienia? Dlaczego lekarze po prostu czekali i sprawdzali, czy już wreszcie umarł? Jeśli chodziło o najlepszy interes dziecka, czemu to wszystko wyglądało tak... bezdusznie? Jeśli lekarze mieli rację, to dlaczego najwyraźniej nikt nie zatroszczył się o psychologiczną pomoc i wsparcie dla rodziców Alfiego, dwojga tak bardzo młodych jeszcze ludzi przeżywających potworny dramat? 

Chciałabym prosić Was, którzy podchodzicie do tej sprawy trzeźwo i racjonalnie, o zrozumienie. W gąszczu informacji, z których praktycznie każda wymaga sprawdzenia, a połowa okazuje się nieprawdziwa, wśród mnożących się pytań bez odpowiedzi, to zupełnie normalne, że pojawiają się wątpliwości, nieufność, szalone teorie. Staram się być sceptyczna i nie wierzyć w przerażające wizje roztaczane przez osoby, które poruszyła historia Alfiego. Nie dziwi mnie ani trochę, że takie wizje powstają. Wydarzyło się coś bardzo smutnego, bolesnego i niezrozumiałego. To zrozumiałe, że ludzie są pełni żalu i emocji.

Na koniec chciałabym powtórzyć apel, który pojawił się na oficjalnej stronie Armii Alfiego. Przytulcie dziś mocno tych, których kochacie. Nigdy nie wiecie, ile zostało jeszcze tego czasu, który spędzicie na tym świecie razem.

Śliczny mały "gladiatorze", spoczywaj w pokoju.

wtorek, 24 kwietnia 2018

5 filmów niekoniecznie dla dzieci - cz. 2

Ogromnie Wam dziękuję za wszystkie reakcje i komentarze do pierwszej części zestawienia. Czas na kolejne 5 filmów, które wyglądają na stworzone dla dzieci, ale być może niekoniecznie takie są.

Pisałam już wcześniej o tym, że dzieci obecnie odbierają pewne treści inaczej niż ja w ich wieku. To, co mnie straszyło, dla nich jest zabawne. Przy czym ja nawet jak na moje czasy należałam do tych zdecydowanie najbardziej wrażliwych dzieci. Jak można było się czegoś bać, to ja się tego bałam. OK, nie bałam się Gargamela. Buki też nie. Ale już Kulfon z "Ciuchci" powiększony do rozmiarów dorosłego człowieka sprawiał, że czułam się co najmniej nieswojo. Na liście moich strachów z dzieciństwa chyba najdziwniejszy punkt stanowi... klawiszowiec z jednego zespołu grającego muzykę disco-polo (to był ten czas, kiedy wszystkie dzieciaki słuchały disco-polo!) Młody ten chłopak, z pewnością zupełnie nieświadomy wrażenia, jakie robił na wrażliwych małych dziewczynkach, był wysokim i bardzo szczupłym brunetem o jasnej cerze i wyjątkowo ciemnych ustach. Miał też odstające, lekko szpiczaste uszy. Domyślam się, że wizualnie kojarzył mi się z wampirem, a wampirów bałam się wówczas najbardziej na świecie.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to, co ja odbieram jako straszne i niekoniecznie odpowiednie dla dzieci, może być w rzeczywistości całkiem neutralne. Dlatego też mam wątpliwości, jeśli chodzi o pierwszy film w moim dzisiejszym zestawieniu, czyli o...

1. Zwierzogród (2016).


Żródło: Głos Kultury

Ukochany film dorosłych i dzieci na całym świecie. Przepiękna wizualnie, dowcipna i dobrze zrealizowana opowieść o tym, że każdy może być kim chce. Jedna ze zdecydowanie najlepszych animacji ostatnich lat. Dorośli znajdą w niej pewne aluzje polityczne i społeczne, dzieci zachwycą się kolorową i budującą historią o dzielnej, nieustępliwej króliczce i przebiegłym, ale w gruncie rzeczy bardzo wartościowym lisie.

Problem z tym filmem? Niektóre sceny są może nie tyle drastyczne, co raczej sugerują, że za chwilę wydarzy się coś przerażającego. Sposób budowania napięcia kojarzy mi się trochę z horrorami. Szczególnie mam tu na myśli... pierwszą scenę, otwierającą cały film. Choć ostatecznie okazuje się, że nie dzieje się w niej nic złego, scena robi niepokojące wrażenie. Jako dorosła osoba czułam się nieco nieswojo, gdy ją oglądałam, jako dziecko pewnie schowałabym się pod poduszką i stanowczo odmówiłabym oglądania reszty filmu. Ominęłoby mnie tyle dobrego.

Czy pokazać "Zwierzogród" dzieciom? Według rekomendacji wydawcy, film jest przeznaczony dla dzieci powyżej ósmego roku życia. Myślę, że warto trzymać się tej granicy, a nawet nieco ją zawyżyć, jeśli Twoje dziecko jest wrażliwe i źle reaguje na sceny budzące grozę. Myślę też, że warto przed seansem porozmawiać z dzieckiem na temat tego, co może zobaczyć na ekranie i czy na pewno jest na to gotowe.

2. Trolle (2016).


Źródło: Spider's Web

Ten film obejrzałam w zeszłym tygodniu, ponieważ został wspomniany w jednym z Waszych komentarzy :) Postanowiłam sprawdzić, o co z tymi "Trollami" chodzi. Jedno mogę powiedzieć na pewno - film nadaje się idealnie dla dziecka, które ma szesnaście miesięcy ;) Robert zachwycał się kolorowymi, skaczącymi istotkami i radośnie tańczył w rytm licznych piosenek.

Ja sama również odebrałam ten film pozytywnie. Fabuła skojarzyła mi się ze Smerfami, przesłanie ("szczęścia nie trzeba w siebie wciskać na siłę, ono jest w każdym z nas") jest proste i uniwersalne. Myślę, że mogą z niego skorzystać i dorośli, i dzieci. Potrafię sobie wyobrazić, jak tłumaczę kilkuletniemu synkowi, rozczarowanemu, że coś mu się nie udało - "widzisz, król Bergenów też myślał, że już nigdy nie będzie szczęśliwy, bo nie zjadł Trolla, a potem jednak odnalazł szczęście". 

No i ścieżka dźwiękowa jest po prostu zachwycająca i niezwykle bogata. Podobają mi się również polskie przekłady piosenek.

Problem z tym filmem? Największy to chyba Bergeni, czyli naturalni wrogowie uroczych Trollów. Są nieco bardziej przerażający niż poczciwy Gargamel. Mają ponure miny i mnóstwo zębów. Przypuszczam, że jako wrażliwe dziecko mogłabym się ich bać.

Czy pokazać "Trolle" dzieciom?  Myślę, że jak najbardziej. Najlepiej oglądać razem z dzieckiem i obserwować, czy sceny z Bergenami nie są dla niego zbyt straszne.

3. "Dom" (2015).



Film o kolorowych, pociesznych kosmitach zwanych Buwami i ich inwazji na naszą planetę. Mogliście się z nim nie spotkać, ja sama trafiłam na niego tylko dzięki promującej go przepięknej piosence Jennifer Lopez "Feel the light". W oryginalnym dubbingu pojawia się również Rihanna, która ponoć jest jego najjaśniejszym punktem. Ja oglądałam film wyłącznie w polskiej wersji językowej i być może dlatego nie zdołałam obejrzeć go do końca. Ani nawet do połowy.

Problem z tym filmem? Dubbing właśnie. Zwykle jestem pod wrażeniem polskich wersji językowych i zgadzam się z opinią, że nasi aktorzy dubbingowi należą do najlepszych na świecie, tu jednak dubbing sprawił, że oglądanie filmu nie było dla mnie przyjemnością. Zresztą nie wiem, czy w wersji oryginalnej również nie pojawia się ten sam problem. A jaki to problem? Przekręcanie słów. Ludziowie, dlaczemu, smutność, to tylko kilka przykładów. Na początku jest to śmieszne, w dużym natężeniu szybko robi się męczące i sprawia, że dialogi stają się niezrozumiałe.

Film jest przeznaczony dla małych dzieci i dlatego tym bardziej negatywnie odbieram dziwne zabawy twórców z językiem polskim. Dzieci w tym wieku uczą się poprawnego formułowania zdań. Chłoną i przyswajają język, który słyszą. Obawiam się, że dziecko pod wpływem takiej kreskówki może zacząć powtarzać użyte w niej słowa.

Czy pokazać "Dom" dzieciom? Może wersję oryginalną z napisami. Polski dubbing zdecydowanie odradzam.

4. Sezon na misia (2006).


Źródło: AllBox.TV

Nieco starszy film w tym zestawieniu. Znacie? Dla mnie ten film to idealny dowód na potwierdzenie mojej teorii, że twórcy filmów animowanych nie zawsze wiedzą, jak zrobić film dla dzieci.

"Sezon na misia" ma dość standardową, prostą fabułę, zdawałoby się, że w sam raz dla dzieci. Niedźwiedź wychowany przez człowieka musi nauczyć się żyć w lesie, w swoim naturalnym środowisku. Pomaga mu ciapowaty jelonek. W relacji tych dwóch głównych postaci widać duuużą inspirację Shrekiem i Osłem. Twórcy dubbingu też niewątpliwie odrobili lekcję ze "Shreka" i postanowili umieścić w dialogach kilka aluzji i dowcipów zrozumiałych tylko dla dorosłych widzów.

Problem z tym filmem? To niby zupełnie poboczny wątek, ale moim zdaniem może mieć znaczenie. Otóż, w filmie pojawia się postać pieska Kabanoska. Przez niemal cały film jest on po prostu ukochanym, zadbanym, wychuchanym pupilem dwojga ludzkich bohaterów. Pod koniec filmu nieoczekiwanie Kabanosek dochodzi do głosu. Okazuje się, że jego życie jest pasmem udręki i upokorzeń i w związku z tym porzuca on swoich opiekunów i przyłącza się do zwierząt mieszkających w lesie.

A teraz wyobraźcie sobie, że ten film ogląda jakiś małoletni właściciel lub małoletnia właścicielka ukochanego pieska.

Wątek Kabanoska miałby może nawet sporo sensu, gdyby opiekunowie traktowali go źle. Wtedy byłaby to niezła lekcja dla dziecięcych widzów, że pieski też mają uczucia i nie wolno robić im krzywdy. Ale Kabanosek jest traktowany dobrze. Aż do wspomnianej sceny nic nie wskazuje na to, że czuje się nieszczęśliwy.

Ponoć powstała kontynuacja "Sezonu na misia", w której ludzie próbują odzyskać Kabanoska. Nawet nie zamierzam tego oglądać.

Czy pokazać "Sezon na misia" dzieciom? Jeśli masz pomysł na to, jak wytłumaczyć dziecku wątek Kabanoska, to w sumie nie widzę przeszkód :)

5. Minionki (2015).


Źródło: Filmweb

Z tego, co zdążyłam się zorientować, jest to trzeci film o Minionkach, natomiast pierwszy według chronologii wydarzeń. Inaczej mówiąc, klasyczny prequel. 

Można powiedzieć, że broniłam się rękami i nogami przed oglądaniem filmów o Minionkach. Żółte stworki, z których niektóre nie wiedzieć czemu mają dwoje oczu, a inne tylko jedno, jakoś zupełnie nie wzbudziły we mnie zainteresowania. Wiem, że to powierzchowne i że nie powinno się oceniać filmu wyłącznie na podstawie wyglądu postaci. Ale cóż, póki co nadal jeszcze sama wybieram, co chcę oglądać.

Znajomy uświadomił mi w jednej rozmowie to, o czym nie miałam pojęcia: że Minionki są złe, a ich największym celem jest możliwość służenia najbardziej nikczemnemu przywódcy. Byłam w szoku. Pocieszne stworki, które natychmiast po premierze filmu zabarwiły na żółto wszystkie sklepowe półki z zabawkami i gadżetami dla dzieci - są ZŁE? Ulubieńcy dzieci chcą służyć złemu panu? I całe towarzystwo od demonizowania Harry'ego Pottera i Hello Kitty jeszcze nie bije na alarm? O co tu chodzi?

Obejrzałam film wczoraj. Minionki są prześmiesznymi, uroczymi małymi głuptasami. Nie mówią w naszym języku, co na początku trochę utrudniało oglądanie, ale okazało się, że do ich dziwnej mowy można się bardzo szybko przyzwyczaić. Coś w ich zachowaniu przypominało mi mojego małego synka; może to przez tę nieporadność połączoną z radością i dziecięcą naiwnością. A jednak niezaprzeczalną prawdą jest to, o czym pisałam na początku: Minionki są złe. Są, jeśli można użyć takiego określenia, serdecznie złe: kochają swoich nikczemnych panów całymi swoimi małymi serduszkami, są lojalni wobec nich i wobec siebie, popełniają złe uczynki ze szczerą radością. Mają wszystkie cechy, które mogłyby cechować pozytywnych bohaterów - a jednak są złe.

Film o Minionkach jest inteligentny, pełen nawiązań do historii i kultury, wyważony i zabawny. Ja i mąż bawiliśmy się świetnie, oglądając go. Myślę, że niejeden dorosły może spędzić miło czas, oglądając tę przedziwną bajkę.

Problem z tym filmem? Zło, które jest atrakcyjne, urocze i zachęcające. Brak morału, brak pozytywnego przesłania. Pod koniec nawet przez chwilę wydaje się, że Minionki czegoś się nauczyły, zrozumiały, że lepiej jest oddać koronę prawowitej właścicielce niż służyć komuś, kto z powodu zwykłego nieporozumienia gotów jest pokroić Cię piłą mechaniczną. Jednak okazuje się, że ta lekcja to tylko pozory. Kiedy pojawia się nowy niegodziwy pan, Minionki natychmiast pędzą, by mu służyć. Ze szczerą, serdeczną złą radością.

Czy pokazać 'Minionki" dzieciom? Zrób jak uważasz, ja chyba jednak jestem na nie. Wolę tradycyjny schemat, kiedy dobro wygrywa, a zło otrzymuje nauczkę. I wolę, gdy zło wygląda groźnie i odpychająco, a nie słodko i radośnie.


Pierwsza część zestawienia tutaj -> http://szczesliwavii.blogspot.com/2018/04/5-filmow-niekoniecznie-dla-dzieci-cz-1.html 

wtorek, 17 kwietnia 2018

5 filmów niekoniecznie dla dzieci - cz. 1

Z filmami dla dzieci jest ten zasadniczy problem, że są one tworzone przez dorosłych. I zawsze będą. Tego nie przeskoczymy. Często ci dorośli potrafią bardzo dobrze wczuć się w psychikę dziecka i wiedzą, co zrobić, by ich film stał się dla dziecka źródłem wartościowej rozrywki. Zdarza się jednak, że nie do końca im się to udaje.

W 2001 roku miała miejsce wielka, zielona i brzuchata rewolucja w świecie filmów animowanych. Okazało się, że mogą one bawić dorosłych równie mocno jak dzieci, a nawet jeszcze bardziej. Wystarczy w odpowiednich momentach mrugnąć okiem do dorosłego widza, wrzucić kilka nawiązań do kultowych filmów, kilka zdecydowanie dorosłych żartów, których dziecko nie zrozumie - i okazuje się, że całe stada dorosłych pędzą do kina na baśń o śmiałku, który ocalił księżniczkę. Przed twórcami filmów animowanych pojawiła się wielka szansa. Dorośli przestali być tylko towarzyszami swoich pociech w kinie. Stali się nową, ogromną grupą odbiorców. Nic więc dziwnego, że odtąd w każdym filmie animowanym zaczęto mrugać okiem do dorosłych. Bywa, że tych mrugnięć jest więcej niż treści przeznaczonych typowo dla dzieci.

Nie twierdzę, że filmy ujęte w moim zestawieniu są złe, ani też, że dzieci nie powinny ich oglądać. Czasem warto po prostu porozmawiać z dzieckiem o tym, co zobaczyły w filmie, może coś wyjaśnić, może powiedzieć, że w życiu niekoniecznie musi być tak, jak w filmie i to, że dana postać postępuje w taki, a nie inny sposób, nie znaczy, że tak należy robić.

Zdaję sobie sprawę z tego, że dzisiejsze dzieci są inne niż ja w ich wieku i odbierają pewne treści inaczej. Dla przykładu, dla mnie kilkuletniej najstraszniejszą istotą na świecie był wampir. Dziś wampirki bywają pozytywnymi bohaterami filmów dla dzieci. Piszę więc trochę z perspektywy niedzisiejszej pani dziwiącej się tym nowym czasom, a trochę z perspektywy mamy malutkiego dziecka, która za jakiś czas będzie chciała pokazać mu niektóre z tych filmów i zdaje sobie sprawę z tego, że będzie musiała synkowi sporo wytłumaczyć po ich obejrzeniu.

1. Kraina lodu (2013).


Źródło: Filmweb

Tego filmu nie trzeba nikomu przedstawiać. Dzieci i dorośli na całym świecie pokochali wzruszającą historię o siostrzanej miłości, luźno opartej na motywach "Królowej śniegu" Hansa Christiana Andersena. Przepiękna animacja, mądre przesłanie, wspaniałe piosenki i zabawne dialogi - to tylko kilka zalet tego wyjątkowego filmu. Dorośli znajdą w nim kilka żartów adresowanych do siebie, jest to jednak film zdecydowanie stworzony z myślą o dzieciach.

Problem z tym filmem? Jest tylko jeden, ale moim zdaniem ważny i wart omówienia. Otóż, dość łatwo zauważyć, że niemal wszystkie kłopoty Elsy i Anny, ich samotność, brak obycia w kontaktach z ludźmi, ich trudne wzajemne relacje, wszystko to jest bezpośrednią konsekwencją katastrofalnych błędów wychowawczych ich rodziców. Rodzice są całkowicie bezradni wobec inności Elsy, boją się jej i postanawiają odizolować ją od całego świata. To strasznie niebezpieczna postawa, która położyła się cieniem na życiu obu ich córek. W filmie wyraźnie widzimy, do czego to doprowadziło.

Do tej pory rodzice nie odgrywali w filmach Disneya tak znacząco negatywnej roli. Jeśli popełniali błędy, to w którymś momencie przyznawali się do nich i postanawiali zmienić swoje podejście (jak choćby ojciec Arielki, ojciec Pocahontas). Rodzice Anny i Elsy nie dostają tej szansy, bo przed główną akcją filmu giną w tragicznych okolicznościach. Nie pojawia się też żadna refleksja na temat ich postępowania, żadna myśl w stylu "rodzice popełnili wiele błędów, ale kochali nas i chcieli dla nas dobrze". 

Czy pokazać "Krainę lodu" dziecku? Jak najbardziej! Ale przygotuj się na rozmowę o tym, że rodzice zawsze chcą dla dziecka tego, co najlepsze, ale nie zawsze dobrze im to wychodzi.

2. Skok przez płot (2006).


Żródło: Filmweb

Przepiękny i arcyzabawny film o grupie zwierząt żyjących w lesie i przez większość roku zajmujących się zdobywaniem zapasów na zimę :) Mimo mojej wielkiej miłości do tego filmu, muszę powiedzieć, że raczej polecałabym go starszym widzom niż dzieciom. Głównie dlatego, że dorośli po prostu docenią go bardziej. Jest nie tylko naszpikowany żartami przeznaczonymi dla dorosłych. Również humor sytuacyjny i postaciowy bardziej przemówi do dorosłych niż do dzieci. W barwnej galerii postaci pojawiających się w "Skoku przez płot" widzimy między innymi rodzinkę jeży z dwojgiem bardzo zaangażowanych rodziców, którzy starają się za wszelką cenę wychowywać troje swoich dzieci idealnie. Widzimy także konserwatywnego, zachowawczego ojca oposa i jego nastoletnią, odważną córkę, która bardzo kocha swojego tatę, ale uważa jego metody za trochę obciach. Widzimy wreszcie szorstką, samodzielną skunkskę, która w głębi serca marzy o prawdziwej miłości i porządnym facecie pozbawionym węchu. Warto wspomnieć również o głównej antagonistce, przedstawicielce świata ludzi, przewodniczącej komitetu osiedlowego. Jej obsesja na punkcie kontroli i porządku rozbawi niejednego widza. Myślę jednak, że przede wszystkim widza dorosłego.

Główny problem z tym filmem? Jest on wręcz hymnem pochwalnym na cześć niezdrowego, śmieciowego jedzenia. Nasze urocze zwierzaczki zajadają się radośnie chipsami, ciasteczkami, pizzą. Próba zaproponowania czegoś zdrowego zamiast chipsów jest w filmie sceną humorystyczną. Zdrowe jest może i zdrowe, ale na pewno nie tak smaczne.

Muszę przyznać, że ilekroć oglądałam "Skok przez płot" (a oglądałam kilka razy, bo to świetny film), za każdym razem robiłam się głodna.  Co prawda zamiast chipsów wybierałam zazwyczaj kanapki, ale rozumiecie sami. To jest strasznie sugestywne. Ten film jest o jedzeniu, jedzeniu i jeszcze o jedzeniu.

Czy pokazać "Skok przez płot" dzieciom? Nie mam pewności. Jest szansa, że zachwycą się uroczą wiewiórą, jeżykami i innymi zwierzątkami, wydaje mi się jednak, że starszy widz po prostu bardziej doceni ten film.

3. Auta 2 (2011).


Źródło: galeriaplakatu.com

Dzieci kochają serię o Zygzaku McQueenie :) Widzę to zwłaszcza po naszym siostrzeńcu. Zygzak wraz z kumplem Złomkiem to jego ukochani bohaterowie od lat. Myślę, że żaden małoletni pasjonat samochodów nie pozostanie obojętny wobec serii o autach.

Kontynuacja przygód Zygzaka jest zupełnie innym filmem niż pierwsza część. W pierwszych "Autach" mamy dość typowo disneyowską historię o nieco pyszałkowatym gwiazdorze, który pod wpływem nowego otoczenia zupełnie zmienia swoje nastawienie i staje się lepszym... samochodem. Druga część natomiast to raczej film szpiegowski nawiązujący do zupełnie dorosłych produkcji o tajnych agentach. 

Problem z tym filmem? Cóż, jest w nim zawarta bardzo brutalna scena. Jeśli uświadomimy sobie, że samochody są w tym filmie bohaterami w zasadzie ludzkimi, mają ludzkie emocje i zachowania, to musimy zdać sobie sprawę z tego, że scena pokazująca okrutne tortury i ostatecznie zamordowanie jednego z drugoplanowych bohaterów jest tak naprawdę... właśnie tym. Sceną tortur i morderstwa w filmie dla dzieci. Gdyby nakręcono film z identycznym scenariuszem, ale zamiast aut wystąpiliby w nim ludzie, nikt nie pozwoliłby na pokazywanie tego filmu dzieciom.

Czy pokazać "Auta 2" dzieciom? Jeśli Twoje dziecko już zdążyło pokochać pierwszą część "Aut", to pewnie nie masz wyjścia ;) Trudno mi powiedzieć, na ile ta scena poruszy Twoje dziecko. Każdy ma inną wrażliwość i wyobraźnię. Możliwe, że po obejrzeniu tej sceny potrzebna będzie rozmowa, i raczej nie będzie to rozmowa łatwa.

4. Film o pszczołach (2007).


Źródło: Filmweb

Nie dla dzieci, nie dla dzieci, nie i koniec. W zasadzie nie wiem, dla kogo jest ten film. Dla dorosłych jest zbyt infantylny, dla dzieci się nie nadaje. Chyba najbardziej spodoba się nastolatkom w tym niezbyt mądrym wieku, których wielce rozbawi fakt, że usłyszeli taaakie słowa w kreskówce.

Problem? Niejeden. Brzydkie słowa użyte jakoś zupełnie bezmyślnie, aluzje seksualne, zamiast wspomnianych przeze mnie wcześniej mrugnięć okiem do dorosłego widza mamy po prostu co chwilę rubaszny rechocik, odnoszący się na przykład do tego, że hahaha, misie lubią dzieci.

Niektórzy zarzucają temu filmowi również propagowanie zoofilii, ale moim zdaniem to trochę zbyt daleko idące wnioski. Mimo wszystko, mowa tu przecież o bajce. Romantyczna relacja ludzkiej kobiety z pszczołą nie zasługuje chyba na aż tak poważne traktowanie.

Czy pokazać "Film o pszczołach" dzieciom? Jeśli Twoje dziecko lubi pszczoły, pokaż mu lepiej "Pszczółkę Maję".

5. Gdzie jest Dory (2016).


Źródło: Filmweb

Mam mieszane uczucia. Pierwsza część tej historii, "Gdzie jest Nemo?", to jedna z najbardziej uroczych animacji, które powstały współcześnie. Przepiękna wizualnie, z wyrazistymi postaciami, które bawiły wtedy, kiedy trzeba, a wzruszały wtedy, kiedy trzeba, z wspaniałym przesłaniem zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców, z cudownie rozegranym wątkiem nadopiekuńczego ojca, do którego w końcu dociera, że nie doceniał możliwości swojego syna, bo za bardzo się o niego bał. I w tym wszystkim jest też postać Dory, uroczej i pełnej ciepła rybki cierpiącej na zanik pamięci krótkotrwałej. Wątek Dory ma zdecydowanie wydźwięk humorystyczny, niemal każdy dialog z jej udziałem wywołuje u widza szczery śmiech. Jednak to właśnie Dory uświadamia Marlinowi popełnione przez niego błędy i pomaga mu odbudować relację z synem. Jest wierną, wspierającą, zawsze pełną optymizmu przyjaciółką.

No i ktoś chyba musiał powiedzieć twórcom "Gdzie jest Nemo?", że potraktowali temat choroby Dory zbyt lekko.

"Gdzie jest Dory" to już zupełnie inny film. Dory już nie jest zabawna. Jest biedną, chorą rybką zupełnie zagubioną w otaczającej ją rzeczywistości. Kwestie wypowiadane przez Dory już nie śmieszą. Teraz po prostu jej współczujemy.

Może tak jest lepiej. Bardziej poprawnie politycznie. Ale wydaje mi się, że w efekcie powstał film trochę zbyt poważny, przejmujący, i co tu dużo mówić, po prostu nudny.

Czy pokazać "Gdzie jest Dory" dzieciom? Raczej tym starszym. Młodsze niewiele z tego filmu zrozumieją.


Następne pięć filmów w następnym wpisie, czyli pewnie gdzieś za tydzień ;) Możecie podsuwać mi propozycje, o jakich filmach warto wspomnieć, na pewno wezmę je pod uwagę!

Wcześniej pisałam też o "Shreku", "W głowie się nie mieści" i o "Małym Księciu" :)