niedziela, 26 kwietnia 2020

Odcienie płaczu trzylatka.





Tak pisałam dwa lata temu.
I wówczas, i wcześniej dałabym się pokroić za przekonanie, że płacz dziecka jest zawsze szczery, że tak młody człowieczek nie jest jeszcze zdolny do grania na emocjach i wykorzystywania płaczu wtedy, gdy to dla niego wygodne.

Chodziłabym pokrojona ;) Robert ma trzy lata, już niedługo trzy i pół. Od pewnego czasu z wiadomych przyczyn spędzamy ze sobą jeszcze więcej czasu niż zwykle. Dosłownie całe dnie. W tym czasie zdążyłam poznać różne przyczyny płaczu trzylatka, z których wcześniej niekoniecznie zdawałam sobie sprawę.

Umówmy się, od dawna nie jest dla mnie tajemnicą, że można przeżyć prawdziwy dramat, gdy się czegoś bardzo chce, na przykład zjeść surowego ziemniaka, albo zeskoczyć z łóżka na ulubionym koniku-zabawce, a mama nie pozwala. Rozumiem, jakie to przykre i nie umniejszam prawdziwości tego smutku. Ale to jeszcze nie wszystko...

Dlaczego trzylatek płacze?


Odtwarza zasłyszane dźwięki.

Dziecko uczy się przez obserwację i naśladownictwo. Jeśli widziało płaczącą osobę, może próbować odtworzyć ten płacz. Mniej lub bardziej świadomie uczy się reakcji.

Zauważyłam, że w niektórych bajkach postacie reagują szczególnie ekspresyjnie na smutną lub przykrą sytuację. Nie twierdzę, że to złe, wręcz przeciwnie - dziecko uczy się wtedy, jak wpływają na nas emocje i dlaczego czasami ktoś reaguje w taki, a nie inny sposób. Natomiast formą nauki jest również zastosowanie zdobytej wiedzy w praktyce ;)

Pewnie zgodzicie się ze mną, że warto oglądać razem z dzieckiem jego ulubione bajki i obserwować, czy któraś scena płaczu nie wygląda dziwnie znajomo :)

Bawi się.

To też wynika z obserwowania i naśladownictwa. Dziecko przenosi zasłyszane reakcje do swoich zabaw. Czasem, gdy usłyszysz, że w trakcie zabawy dziecko rozpłakało się bez widocznego powodu - warto się upewnić, czy nie jest to płacz pluszowego misia lub autka :)



Płacze, bo poprzednio to zadziałało.

Nie nazwałabym tego manipulacją, raczej kolejnym przykładem na to, że dziecko obserwuje, wyciąga wnioski i uczy się konsekwencji.

Może poprzednio, gdy się rozpłakał, przytuliłaś go w szczególnie miły sposób? Może powiedziałaś coś, co chciałby teraz usłyszeć?

Nawet jeśli dziecko płacze, bo próbuje coś uzyskać, nie demonizowałabym tego. To nie świadczy o podstępnym charakterze. Na tym etapie dziecko dopiero uczy się relacji międzyludzkich, bada, sprawdza. Ważne, byśmy mu w tym pomogli z cierpliwością i konsekwencją.

Płacze dla towarzystwa lub ze współczucia.

To zdarza się Robertowi bardzo często. Kiedy jego mały braciszek wybucha płaczem, Robert często próbuje go pocieszyć, ale nie zawsze się mu się to udaje. Wówczas siada obok i płacze równie żałośnie. Jest w tym coś poruszającego.


Co ciekawe, kiedy Robert ma prawdziwy powód do płaczu, często wybiera inną reakcję. Czasem krzyczy, czasem zamyka się w sobie albo robi się w jednej chwili bardzo śpiący. Nauczyłam się wyłapywać te reakcje. Gdy widzę, że zachowuje się w taki sposób, od razu sprawdzam, czy np. nie uderzył się gdzieś albo nie skaleczył.


Jak to wygląda u Was? Macie podobne obserwacje do moich? :)

czwartek, 16 kwietnia 2020

#SHAREWEEK2020 - najlepsze blogi według Siódemki.



Przyznam, że czekałam na #shareweek. Sprawdzałam nawet kilka razy, czy akcja już ruszyła, bo w tym roku ogłoszono ją nieco później niż zwykle. Nareszcie jest!

Od kilku lat twierdzę, że nie ma w blogosferze nic milszego niż #shareweek. Akcja polega na tym, że zgłaszasz do konkursu trzy blogi, które Twoim zdaniem warto polecić innym, bo pojawiają się na nich wartościowe treści, a ich autorzy są fajnymi ludźmi :) Oczywiście, w ramach wpisu możesz opisać znacznie więcej blogów - ja zawsze tak robię - ale na stronie https://andrzejtucholski.pl/tag/share-week/ można zgłosić tylko trzy. Z uzasadnieniem, dlaczego własnie te, a nie inne blogi zasłużyły na Twój głos.

W tym roku zdecydowałam się podejść do #shareweek nieco inaczej niż do tej pory. Wcześniej polecałam za każdym razem inne blogi, żeby uhonorować jak najwięcej osób. Potem zdarzył się jednak rok 2019 i... wysokie, jak na moje możliwości, miejsce Szczęśliwej Siódemki w rankingu. 

Pomyślałam, że chciałabym, żeby te osoby, które wyróżniły mnie rok temu, powtórzyły to również w tym roku. I dotarło do mnie, że to może wcale nie jest takie fajne, za każdym razem głosować na inne osoby. 

Dlatego w moim zestawieniu pojawią się blogi, na które głosowałam już wcześniej. Natomiast pozostałe, o których wspominam, pragnę z całego serca docenić i polecić Waszej uwadze. Warto!

Pierwsza trójka.


1. Mama Pod Prąd - https://www.mamapodprad.pl/

W zeszłym roku podjęłyśmy z Elą wspólne postanowienie, że musimy się spotkać, w końcu mieszkamy całkiem blisko siebie. Udało się, i to nawet dwa razy :)

Ela jest młodą mamą, obecnie w bardzo podobnej sytuacji do mojej. Obie utknęłyśmy w domu z maleńkimi dziećmi w wieku przedszkolno-żłobkowym. Obie z tego powodu publikujemy teraz nieco rzadziej. Ela przynajmniej znajduje czas na to, by dość regularnie wrzucić kilka mądrych zdań na swój fanpage. Pisze szczerze i odważnie, nie owija w bawełnę, nie udaje kogoś, kim nie jest. Podziwiam jej bezkompromisowość i otwartość. Kibicuję jej niemal od samego początku jej przygody z blogowaniem i myślę, że to nigdy się nie zmieni :)


2. Madka Rokuhttps://madkaroku.com/

Kolejna młoda mama w czasach kwarantanny :) Kasia ma jakieś supermoce, bo choć jej czas wypełnia trójka dzieci o bardzo silnych osobowościach, udaje jej się znaleźć czas na prowadzenie bloga, a także na pracę nad książką! Blog Madki Roku zmienił się nieco od czasu, gdy poprzednio polecałam go Wam w ramach #shareweek2019. Coraz więcej na nim treści opisujących dolę początkującej pisarki. Można przeczytać nawet fragment powieści, nad którą pracuje Kasia!

Gdyby komuś umknęło - Madka Roku jest autorką bajki "O królewiczu, który się odważył", laureatką nagrody literackiej Piórko 2019. Jak na osobę, która odniosła tak wielki sukces, jest wręcz niespotykanie skromna :)


3. Muzyczna Lista - http://muzyczna-lista.pl/

A jednak! Nowy akcent w moim zestawieniu. Blog, który odkryłam niedawno i odwiedzam za każdym razem z przyjemnością. Przypomina mi o tym, jak bardzo kocham muzykę, teledyski, teksty piosenek - i rozważania podobne do tych, którymi dzieli się z nami jego autorka :) Podziwiam jej ogromną wiedzę muzyczną i znakomite pomysły na tematy kolejnych wpisów. Właściwie każdy nowy tytuł zachęca do czytania!

Ponadto...


Nie ma takiej możliwości, żebym poprzestała na trzech konkursowych poleceniach :) Niestety, nie mogę oddać dodatkowych głosów, choć naprawdę chciałabym. Ale mogę zachęcić Was do tego, byście poznali te wspaniałe blogi :)

1. Felicjadahttps://www.felicjada.pl/

Czarujący, subtelny blog przesiąknięty osobowością i urokiem jego autorki. Felicja publikuje przede wszystkim recenzje książek - mądre, wyważone, niewątpliwie szczere. Oprócz literatury, Felicja pasjonuje się również muzyką, sztuką, a także wszystkim, co dotyczy Mongolii. 

2. Myślozmarszczkihttps://jonnagro.wordpress.com/

Absolutnie niezwykły blog literacki. Proza przeplata się z poezją, zabawy literackie z opowieścią, głębszym przekazem. Zadziwiający zasób słownictwa, pomysłowość, artyzm. Warto dać się oczarować Myślozmarszczkom!

3. Kobietą byćhttp://kobietabycblog.pl/

Kolejna wyjątkowa osobowość. Olga Bartnik - ciepła, refleksyjna, kobieca i mądra. Jej blog cechuje duża różnorodność - znajdziemy tu wiersze, miniatury literackie, przemyślenia, wywiady z pisarzami... A wszystko magiczne i podane w przepięknej oprawie graficznej.


Mam nadzieję, że zachęciłam Was do tego, by kliknąć w powyższe linki :) Kto wie, może szukacie właśnie wartościowych treści i czegoś nowego do poczytania?

Moje poprzednie zestawienia znajdziecie tutaj:


niedziela, 5 kwietnia 2020

"Tribajka - Czerwony Kapturek", czyli bajka, którą dokończysz sam.




Dowiedziałam się właśnie, że nie powinnam zapraszać Was do lasu, bo postanowiono, że lasy zostaną zamknięte. Zakaz nie dotyczy jednak miejsca, które chciałam Wam pokazać. Istnieje ono na kartach książki "Tribajka - Czerwony Kapturek", wydanej nakładem wydawnictwa Dziwny Pomysł.

Bajkę o Czerwonym Kapturku zna chyba każdy. A czym jest "Tribajka"? To projekt artystyczny Karoliny Grabarczyk i Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej z grupy 2wilki.pl, zwanej też Kulturalną Watahą. Jak sama nazwa wskazuje, obejmuje on trzy bajki - oprócz "Czerwonego Kapturka" także "Trzy świnki" i "Smoka Wawelskiego". 

Historia Czerwonego Kapturka, który w tej wersji nosi imię Malina i mieszka w miejscowości o nazwie Chruśniak (nawiązanie do Leśmiana - dostrzeżone!), napisana jest prostym, żartobliwym wierszem o przyjemnym rytmie, idealnym do czytania na głos. Nie jest ona jednak opowiedziana do końca! Wiersz Karoliny Grabarczyk urywa się dość niespodziewanie w trakcie rozmowy Maliny z wilkiem, który przekonuje ją, by nazrywała kwiatów dla babci. Dokończenie bajki należy do czytelnika. Kto wie, może za jego sprawą losy Czerwonego Kapturka, wilka i babci zakończą się zupełnie inaczej?

Ilustracje autorstwa Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej również wydają się trochę niedokończone. Las, do którego chciałam Was zaprosić, to w zasadzie same czarne kreski, a między nimi pojawia się bardzo symbolicznie zarysowana sylwetka Maliny.  Oraz wilk, którego mój starszy synek nazwał w pierwszej chwili potworem - zagadkowa, ciemna postać z wielkimi oczami i szpiczastymi uszami.



Jeśli czytaliście moje wcześniejsze recenzje, wiecie już, że preferuję zwykle nieco inny styl ilustrowania. Bardziej realistyczny, bogatszy w kolory. Jednak surowość ilustracji w projekcie "Tribajka" ma głębszy sens. Podobnie jak autorka wiersza, ilustratorka zaprasza czytelnika do dokończenia opowieści. Możesz dorysować to, czego brakuje. Możesz zapełnić mroczny las kolorami i szczegółami, a nawet - również za sprawą rysunku - całkowicie zmienić przebieg bajki.

Czy zdarzyło się Wam kiedyś wymyślić nowe zakończenie dla istniejącej już historii? Wiem, że dla wielu pisarzy taka zabawa stała się punktem wyjścia do tworzenia własnych fabuł. Niewątpliwie rozwija kreatywność, pobudza wyobraźnię. A może zdarzy się i tak, że Twoje dziecko, które dziś napisze własne zakończenie bajki o Czerwonym Kapturku, w przyszłości zostanie znanym pisarzem?

Szczerze polecam "Tribajkę" każdemu, kto lubi podobne kreatywne zabawy z książką. Wydaje mi się, że to pozycja dla nieco starszych dzieci, na pewno starszych niż moje. Surowy, mroczny las i wilk-potwór mogą okazać się zbyt straszne dla maluszków. Jednak nawet mój trzyletni Robert znalazł w tej książeczce coś dla siebie - duże, łatwe do przeczytania litery na okładce! :)

Za możliwość zapoznania się z "Czerwonym Kapturkiem" dziękuję wydawnictwu Dziwny Pomysł.


środa, 25 marca 2020

Introwertycy, ekstrawertycy i matka.



Ja, dzisiaj. Zbiegam po schodach, niosąc jednocześnie Michała, nadgryzioną kanapkę, telefon i kilka sztuk bielizny.
Robert buduje wieżę z ubrań i nie może się zdecydować, czy to domek, czy choinka. Krajobraz jak po wybuchu bomby w odzieżowym.
Przekonuję się, że w czasie smażenia naleśników można odkurzyć kuchnię, przebrać i podmyć dziecko, nosić drugie dziecko na rękach.

Ja, wczoraj. Doprowadzona do ostateczności rozpaczliwymi krzykami Roberta, który otworzył szufladę i próbuje wyciągnąć z niej worek z kolorowymi nakrętkami - pomagam mu, a potem ciskam worek na podłogę. Mam przy tym złudne wrażenie, że hałas pomaga mi się zrelaksować - tak jak człowiek, który się drapie do krwi, żeby przestało swędzieć.
Chwilę później pękam z dumy i z zachwytu, gdy moi chłopcy zgodnie bawią się nakrętkami i wrzucają je do wiaderka. W międzyczasie Robert przerywa na chwilę zabawę, by skorzystać z nocnika - na stojąco, jak duży chłopak.

Ja, przedwczoraj. Walczę z czasem, by dokończyć pisanie bajki na konkurs. Młodszy synek wyrywa mi zeszyt z rąk, starszy wskakuje mi na plecy i woła "mama konik!". Wysyłam bajkę pół godziny przed północą. Potem, gdy dzieci śpią, świętujemy z mężem rocznicę zaręczyn - świeczka na stole, dwie puszki piwa bezalkoholowego, opakowanie ptasiego mleczka.

Były i bardziej kłopotliwe i zarazem zawstydzające sytuacje, ale jeszcze nie czas, by o nich pisać. Mieliśmy też sporo radości. Najmniej w tym wszystkim spokoju, czyli tego, co inni mają w nadmiarze.

Raj dla introwertyków?


Widzę w Internecie mnóstwo propozycji dla osób, które nie wiedzą, co zrobić z taką ilością wolnego czasu. Planszówki, warsztaty, kursy języków obcych, kreatywne zabawy, książki do przeczytania, koncerty do posłuchania i obejrzenia (aaa!)... Koleżanki piszą o ciastach, które upiekły i ciekawych rzeczach, które robiły.

Czytam, że obecna sytuacja to raj dla introwertyków. Spotykam się z apelami skierowanymi do introwertyków, żeby oderwali się na chwilę od książek i odezwali się do swoich ekstrawertycznych znajomych, którzy ciężko znoszą czas odosobnienia.

Ja w ogóle nieszczególnie przepadam za dzieleniem ludzkości na introwertyków i ekstrawertyków, bo sama jestem jednym i drugim. Gdy się nad tym głębiej zastanawiam, dochodzę do wniosku, że jestem z natury ekstrawertykiem, który tyle razy oberwał po ekstrawertycznym tyłku, że w końcu nauczył się siedzieć cicho i zbudował sobie introwertyczny mur ochronny.

... i matka.


Ale teraz, w czasie pandemii, nie jestem ani introwertykiem w raju pełnym książek i planszówek, ani ekstrawertykiem szukającym sposobu na zabicie nudy. Jestem matką. Mój dom zamienił się w plac zabaw czynny całą dobę, moje stanowisko pracy służy teraz do oglądania bajek. Mój dzień wypełnia zapewnianie rozrywek dwóm maluszkom przyzwyczajonym do towarzystwa i ciekawych zabaw.

Jest ciężko. A jednocześnie wiem, że inni mają gorzej. Dużo myślę o ludziach, dla których sensem życia jest podróżowanie i spotykanie się z tłumami. O ludziach, których życie jeszcze przed wirusem stanowiło pasmo wyrzeczeń. Zamknięcie musi być dla nich prawdziwym wyzwaniem.

Piszę Wam o tym wszystkim, bo bardzo możliwe, że czujecie się podobnie jak ja. A jednocześnie mam czasem wrażenie, że takich osób jak ja po prostu nie ma. Stałyśmy się niewidzialne. W gąszczu artykułów o tym, jak kreatywnie i efektywnie spędzić czas brakuje informacji o osobach, które nie mają czasu na nic. I nie należy im się nawet order bohatera, bo co to za bohaterstwo, siedzieć z bombelkiem w domu?

Zatem, jestem z Wami. I uważam, że jesteście super i niesamowicie dzielne.

Podzielcie się w komentarzu swoimi doświadczeniami. W razie potrzeby służę pomocą i dobrym słowem :)

niedziela, 15 marca 2020

Co ja teraz zrobię z dzieckiem w domu?




Dawno, dawno temu taka zasłyszana fraza wprawiła mnie w oburzenie. Wówczas nie miałam jeszcze dzieci, zatem na macierzyństwie znałam się, rzecz jasna, o wiele lepiej niż teraz. Dziś - to ja jestem mamą, która musi coś zrobić z trzylatkiem i rocznym dzieckiem w domu. Przez dwa tygodnie, a tak naprawdę nikt jeszcze nie dał nam gwarancji, że to nie potrwa dłużej.

Pojawia się teraz dużo artykułów z sugestiami, jak w efektywny i kreatywny sposób uprzyjemnić sobie i dziecku ten niełatwy czas. Niniejszy tekst nie jest kolejnym, identycznym zbiorem pomysłów, ale raczej dopowiedzeniem, uzupełnieniem tego, co napisali już inni.

Jeśli jesteś w podobnej sytuacji, koniecznie przeczytaj!

Co mam więc zrobić z dzieckiem w domu? Jak sobie poradzić?


Po pierwsze: bądź dobra dla siebie. Daj sobie prawo do uczuć, z których niekoniecznie jesteś dumna. Frustracja, zmęczenie, bezradność, Twoja cierpliwość jest u kresu? Jasne, kochasz swoje dzieci, ale kochasz też swoją osobistą przestrzeń, swoją codzienność, pracę, zainteresowania, małe rytuały... Potrafisz właściwie ustawić priorytety, wiesz, co teraz jest najważniejsze, a jednak jest Ci z tym niewygodnie, męczysz się, denerwujesz. To normalne. Nie jesteś złą matką ani egoistką. 

Odpuść.


To jest nietypowy czas. Ani Ty, ani dziecko nie zdążyliście się przygotować na dwa tygodnie siedzenia w domu, bez wycieczek, bez odwiedzin, bez placu zabaw i długich spacerów.  To nie jest moment, by wymagać dużo od siebie i od dziecka. Poprzestań na planie minimum. Bałagan w domu to nie koniec świata, obiad z mrożonki też nie. W Internecie znajdziesz dużo wartościowych bajek, które zajmą Twoje dziecko na jakiś czas, a nawet mogą je czegoś nauczyć. Pograjcie we wciągającą grę na komputerze (ze starszym dzieckiem). Zjedzcie coś pysznego i nie przejmujcie się dietą. Chodźcie do późna w piżamach.  Naprawdę, możecie.

Podaruj nowe życie starym zabawkom.


Możliwe, że tak jak ja macie magazyn starych zabawek na strychu - lub w innym mało uczęszczanym miejscu. Przecież nie da się trzymać tego wszystkiego w pokoju dziecka! Teraz jest dobry czas, by sięgnąć do tych zapasów. Klocki, którymi dziecko bawiło się pół roku temu, mogą znów cieszyć jak nowe. O niektórych zabawkach może już nawet zdążyliście zapomnieć. Inne będą jak dawno niewidziany przyjaciel.

Wykorzystaj ten czas.


Naciesz się swoim dzieckiem. Poznaj je lepiej. Czy to brzmi dla Ciebie dziwnie? Powiem Ci, że ja nieraz czuję potrzebę, by poznać lepiej moje dzieci. Są takie wieczory, gdy Michał zasypia trochę wcześniej. Mam wtedy poczucie, że prawie wcale nie spędziliśmy czasu razem, tylko te kilka godzin. Teraz mamy do dyspozycji całe dnie.

Może to dobry moment, by nauczyć się czegoś nowego? Oczywiście, nic na siłę. Może zdarzało Ci się mówić, że jak będziesz mieć więcej wolnego czasu, zrobicie razem to czy tamto? Cóż, chyba właśnie go masz :)

To, co robicie, jest ważne.


Zostajecie w domu, bo troszczycie się - o siebie, o inne, słabsze osoby. Zostajecie w domu, bo tego wymaga od nas sytuacja. Bo tak będzie lepiej, bezpieczniej. Łatwiej znieść niedogodności, kiedy się wie, że stoi za tym wyższy cel, wspólne dobro. Głowa do góry, damy radę!

Pomogłam?

Może niewystarczająco? Mam dla Was mały bonus - kilka sympatycznych linków:

2. Marzena Fenert i Kreatywne Wrota - oryginalne zabawy wspierające rozwój mowy: https://kreatywnewrota.pl/

3. Alicja Podgrodzka codziennie o 10:00 poczyta Twojemu dziecku:
https://www.facebook.com/AlicjaPodgrodzkaPisarka/ 

4. Sylwia ma dla Ciebie newsletter, a w nim przez cały tydzień nowe pomysły na zabawy i gry, a także wiele innych ciekawostek:
https://www.facebook.com/matkiupadki/

5. Rodzicowo.pl i cała masa sprytnych podpowiedzi, jak bawić się z dzieckiem i się przy tym nie zmęczyć: https://www.facebook.com/pg/rodzicowo/


poniedziałek, 9 marca 2020

W życiu jak w filmie, czyli: moje lata przestępne


Nieco ponad tydzień temu świętowałam mój ulubiony dzień - 29 lutego. Dzień Żaby. Leap Day.

Mam słabość do tej daty, odkąd jako mała dziewczynka odkryłam, że występuje ona w kalendarzu tylko raz na cztery lata. Zaintrygowała mnie. Zastanawiałam się, czy osoba urodzona w tym dniu starzeje się cztery razy wolniej i kiedy jej rówieśnicy mają 32 lata, ona dalej pozostaje małą dziewczynką? (Zdaje się, że miałam wówczas osiem lat i właśnie uczyłam się tabliczki mnożenia) :)

Wyobrażałam sobie, że kiedy dorosnę, urodzę dziecko w tym dniu. Potem dorosłam i chciałam, żeby 29 lutego stał się dniem moich zaręczyn. Ale żaden z kandydatów nie był przekonany do tej daty :D

Lata przestępne mają jednak w sobie coś wyjątkowego. Przynajmniej dwukrotnie w okolicy 29 lutego przeżyłam sytuację, która równie dobrze mogła wydarzyć się w jakimś filmie lub książce.

Rok 2012




Pojechaliśmy nad morze :) Tak, w lutym. Do tej pory uważam, że morze zimą jest fascynujące - chłodne, surowe, bezludne, z potężnymi falami. Przeżyliśmy tam niezapomniane, romantyczne chwile. Wieczorne spacery po pustej plaży, zwiedzanie małego miasteczka, o tej porze roku praktycznie opuszczonego... Udało nam się zamoczyć nogi w chłodnych falach :)

Przyszedł jednak czas powrotu do domu. Mieliśmy od dawna sprawdzony dojazd - najpierw autobusem do Gdyni, stamtąd mieliśmy pociąg do Warszawy, gdzie zamierzaliśmy się przesiąść na "Jana Matejko", który jechał do Krakowa. To był dzień 3 marca.
(Jeśli coś pomyliłam w tym opisie, darujcie, minęło już parę lat, a pamięć jest ulotna).

Nie przewidzieliśmy jednego: cała Gdynia była strasznie rozkopana. Remont dróg. Mieliśmy zapas czasu, ale kurczę, nie aż taki. Nie zdążyliśmy na pociąg, spędziliśmy jakieś dwie lub trzy nadprogramowe godziny w Gdyni.



Spóźniliśmy się także, rzecz jasna, na "Jana Matejko". Który pod Szczekocinami zderzył się czołowo z innym pociągiem.

To pierwsza informacja, która dotarła do nas, gdy późnym wieczorem dotarliśmy bezpiecznie do domu, przemęczeni długą podróżą.


Jakie to uczucie? Jak gdyby darowano nam nowe życie.

Rok 2016


Zaczął się wyjątkowo źle. Pod koniec lutego musieliśmy jechać na pogrzeb na drugi koniec Polski, w drodze powrotnej zepsuło nam się auto. Nie mieliśmy urlopu, pieniędzy, sprawnego samochodu, ani nawet ładnej pogody. Dzień Żaby zasługiwał na swoją nazwę, bo prało żabami od rana do wieczora.

I to nawet nie były wszystkie powody naszego kiepskiego samopoczucia, szkoda jednak rozpamiętywać, co jeszcze się nie udało. W pewnym momencie usiedliśmy razem przy stole, oboje zmęczeni, zmoknięci i przygnębieni. Pamiętam, że powiedziałam: "Wiesz, co jest najgorsze? Gdyby to był jakikolwiek inny dzień, wiedziałabym, że prędzej czy później zapomnimy o tym, że był tak nieudany. Ale jak mam zapomnieć o tym, że akurat dzisiejszy dzień tak się nie udał?".

Wtedy zrobiliśmy najlepsze, co mogliśmy: postanowiliśmy uratować dzień. Urządziliśmy sobie romantyczną kolację. Świece, sukienka, nastrojowa muzyka i... puzzle. O ile dobrze pamiętam, były moim walentynkowym prezentem dla męża, a skończyliśmy je układać właśnie w ten romantyczny wieczór 29 lutego.



Ale to jeszcze nie koniec! Najlepsze przyszło dopiero z czasem. Podoba mi się, jak opisałam to kiedyś na FB, więc pozwólcie, że zacytuję samą siebie sprzed kilku lat:

"O tym, co najpiękniejsze, dowiedzieliśmy się dużo później – tak to w końcu działa w przyrodzie :) Nie mogliśmy wiedzieć, że właśnie tej nocy pojawił się najpiękniejszy prezent, jaki mogliśmy sobie dać. Choć wtedy był jeszcze zaledwie małym, maleńkim marzeniem czekającym na spełnienie, to jednak właśnie od tej nocy jest nas nie dwoje, a troje.

Dlatego ten dzień jest dla mnie ważniejszy niż cały rok, a przy okazji tak bardzo wyraźnie pokazał nam to, o czym starałam się pamiętać w tych gorszych chwilach minionego roku – to nic, że czasem coś się nie uda. To nic, że nasze plany może trafić szlag. Rzeczywistość może okazać się piękniejsza niż jakiekolwiek plany. I zawsze można zrobić coś, żeby choć troszeczkę, choć w nieznacznym stopniu uratować dzień".

Czy to nie jest niezwykłe? Jak wiecie, długo czekaliśmy na tę chwilę. I wreszcie nadeszła - właśnie wtedy! Wtedy zaczął się Robert :)

Rok 2020


Bez katastrof, których udało się uniknąć, bez spektakularnych zdarzeń i bez ciąż ;) Ale także wyjątkowy! Świętowaliśmy - z pewnym opóźnieniem - moje trzydzieste trzecie urodziny. Plus, oczywiście, Dzień Żaby :) Przygotowałam nawet specjalne żabie menu - zielone leczo, sałatkę "spora" z papryką i groszkiem oraz słodkie ciasto z cukinii.



Miało być kameralnie, skromnie, bez fajerwerków. Dosłownie dwa dni przed imprezą dowiedziałam się, że mamy możliwość zdobycia dowolnej ilości balonów, wystarczy po nie przyjechać :) Myślałam o kilku, może kilkunastu balonach, żeby dzieci miały radochę - a mąż zrobił mi niespodziankę i przywiózł ich kilkadziesiąt! Cały dom udekorowany balonami :) Istne szaleństwo!

Kolejną niespodzianką był przyjazd naszych kochanych przyjaciół spod Rzeszowa. Twierdzili niby, że nie pasuje im termin. Nic nie powiedzieli i przyjechali!

Bawiliśmy się fantastycznie. Jedliśmy pyszną pizzę upieczoną przez Wojtka, chrzestnego Michasia. Śpiewaliśmy, póki nam starczyło sił :) No i oczywiście, obrzucaliśmy się nawzajem balonami! Dzieci zachwycone, dorośli zresztą również ;)

Zagadka: kto się tam schował? :)

Zastanawiam się, czy to nie była najlepsza z naszych imprez. Co prawda, wcześniejsze też wspominamy z przyjemnością... :)


Aż jestem ciekawa, co przyniesie następny rok przestępny? Za cztery lata się dowiemy!


Gdybym miała nadać jeszcze jedną nazwę temu dniu, nazwałabym go Dniem Życia, albo Dniem Radości z Życia? Radości, że się przeżyło, bo cudem uniknęło się wypadku. Radości, bo pojawiło się upragnione, oczekiwane życie. Radości, bo są przyjaciele, jest rodzina, są kolorowe balony, pizza, muzyka i mnóstwo frajdy :) W każdym razie - za cztery lata również zamierzamy świętować!

środa, 26 lutego 2020

Siedem ważnych lekcji życiowych z okazji urodzin.




Niedawno miałam urodziny. Jeśli śledzicie fanpage Szczęśliwa Siódemka, to wiecie, kiedy to było :) (Zachęcam do śledzenia!

Urodziny to dobry czas na podsumowania, a ja je bardzo lubię. Ten rok przywitał mnie znaczącym niedoborem czasu na wszystko, a szczególnie na zajmowanie się blogiem, dlatego też większość planowanych przeze mnie tekstów pojawiła się z opóźnieniem albo w ogóle.

Jeszcze pod koniec minionego roku myślałam o tym, że dobrze byłoby spisać te najważniejsze, najbardziej pamiętne lekcje z ostatnich miesięcy. Będę do nich wracać, a może pomogą też komuś innemu?

Nie wszystkie są nowymi lekcjami. Niektóre traktuję jako przypomnienie :)

1. To moja sprawa, jak zareaguję na krytykę. Pozytywna reakcja jest przede wszystkim dobra dla mnie.


Po pierwsze, kwestia przyjmowania krytyki jest tak często wyolbrzymiana, że nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ba, sama robiłam ten błąd. Uważałam, że co by się nie działo, mam obowiązek zareagować ładnie, grzecznie, z dystansem. Że jeśli się przejmę, to znaczy, że jestem przewrażliwiona, dziecinna i w ogóle świadczy to o mnie jak najgorzej. Widzę to samo przekonanie u wielu osób z mojego otoczenia.

Słuchajcie mnie teraz. To normalna rzecz, pokazujecie światu jakąś cząstkę siebie czy swojej działalności - przecież nie po to, żeby powiedzieć "patrzcie, jak mi beznadziejnie wyszło". Pokazujecie, bo jesteście z czegoś zadowoleni, dumni, uważacie, że możecie się tym pochwalić. Jeśli ktoś zmiesza Was z błotem - nic dziwnego, że jest Wam przykro. Nie ma powodu, żebyście mieli się tego wstydzić. Szczególnie, gdy nie prosiliście tej osoby o wyrażenie zdania.

Natomiast spokojna, wyważona reakcja na negatywną opinię może sprawić, że po prostu poczujecie się dobrze. Jeśli przyjmiecie ją spokojnie i z podniesioną głową  zamiast pozwolić, by popsuła Wam nastrój - krytyka może Was wzmocnić, sprawić, że poczujecie się zadowoleni z siebie i być może wyciągniecie z niej konstruktywne wnioski.


2. Gdy dwie osoby wiecznie próbują ustępować sobie nawzajem, prędzej czy później doprowadzi to do frustracji.


Grzeczność ma swoje granice, i zdumiewająco łatwo może obrócić się przeciwko nam. Zaskakuje Was to? Mnie zaskoczyło. Myślałam, że tego właśnie oczekuje ode mnie świat: żebym ustąpiła, przedkładała cudze potrzeby nad własne, nie robiła problemów. W tym roku okoliczności sprawiły, że spędziłam dużo czasu z osobą, która uważała podobnie i dokładnie tak samo starała się postępować wobec mnie.

Efekt? Obie czułyśmy się niedocenione w naszych wysiłkach, sfrustrowane, pełne żalu. Każdy gest uprzejmości spotykał się z odmową, odrzuceniem, bo przecież to ta druga strona chciała być uprzejmą. "Nie trzeba, nie musisz" padało chyba w każdej naszej rozmowie. Każda z nas czuła, że robi dużo, a druga strona nie okazuje wystarczającej wdzięczności.

Stop. Kiedyś trzeba przerwać ten festiwal uprzejmości, podziękować i docenić czyjś gest. Jeśli tylko nie narusza on w żaden sposób Twoich granic, rzecz jasna.

Nawiasem mówiąc, pamiętacie może, jak wyginęli dżentelmeni? To jest bardziej życiowe, niż mogłoby się wydawać! ;)


3. Ta zła matka widziana przypadkowo na ulicy to ja, a jej dziecko to moje dziecko.


Ugryzłam się ostatnio w język, o jedną chwilę za późno. Zdążyłam wcześniej wyrazić opinię, że pewne określone złe zachowanie dziecka wynika z postawy matki. Po czym dotarło do mnie, że za parę lat ktoś tak powie o moim dziecku i o mnie. Może zresztą już ktoś tak mówi.

Zanim urodziłam dziecko, a właściwie, zanim to dziecko trochę podrosło i zaczęło pokazywać różki wystające spod jasnej czupryny aniołka... Widywałam na ulicy dużo złych matek. Teraz widzę same moje klony. Kobiety, które kochają swoje dzieci nad życie, ale bywają też zmęczone, miewają gorsze dni, brakuje im czasem cierpliwości. Oczywiście, nie mówię o zupełnie patologicznych zachowaniach. Ale kiedyś byłam o wiele mniej wyrozumiała.

Z perspektywy tamtej Martyny sprzed kilku lat - nie jestem pewna, czy uznałabym siebie za dobrą matkę. Na szczęście moja perspektywa zdążyła się zmienić.

4. Czasem musisz zacząć życie na nowo, bez czegoś, co uwielbiasz. Nawet jeśli sobie tego nie wyobrażasz.


Bez obaw, nic złego się u mnie nie stało :) Mam wrażliwe serce i przejmuję się problemami innych osób.

Już kiedyś musiałam się tego nauczyć. Parę lat temu mój maż, wówczas mój chłopak, miał poważne problemy zdrowotne pośrednio związane z piciem kawy. Z dnia na dzień oboje przestaliśmy ją pić, a w tamtym czasie trzy duże, mocne kawy dziennie stanowiło nasze minimum. Wytrzymałam bez kawy cztery lata, mąż jeszcze ze dwa lata dłużej. Obecnie wróciliśmy do niej, ale uważamy, by nie przesadzić z ilością.

Podziwiam ludzi, którzy zaczynają od nowa. Przyzwyczajenie jest potężną siłą, większą niż mogłoby się zdawać. Czasem trzeba stworzyć sobie nową codzienność i odnaleźć się w niej.

5, Młodsze dziecko ciągle wydaje się maleńkie, bez względu na to, jakie jest już duże.


Odkąd mam dwójkę dzieci, o wiele bardziej rozumiem ten mechanizm, który sprawia, że rodzice czasem traktują młodsze dziecko nieco inaczej, z większą troską, może też z pewnym ograniczonym zaufaniem i brakiem wiary w jego możliwości. Michał wydaje się przy Robercie taki malutki! Czasem muszę sobie przypominać, że on już przecież skończył rok jakiś czas temu. Mam skłonność do patrzenia na niego jak na niemowlę.


6. Nie porównuj doświadczeń innej osoby do własnych. Emocje nie podlegają porównaniom.


Jeśli śledzicie ten blog od jakiegoś czasu, wiecie dobrze, że Siódemka nie zawsze była Szczęśliwa. Lekcję na temat empatii przerobiłam już wielokrotnie, od różnych stron. Czasem wydaje mi się, że osobom doświadczonym najtrudniej zdobyć się na empatię. Łatwo wpędzić się w porównania. Albo zakładamy, że druga osoba nie ma pojęcia, co przeżyliśmy - albo wręcz przeciwnie, zakładamy, że jest taka sama jak my. Skoro więc ja poradziłam sobie z moim doświadczeniem, czemu ona/on nie może sobie poradzić?

Przeczytałam opis jednego porodu. Moją pierwszą reakcją było wzruszenie ramionami. I co? Mój poród był gorszy. Dużo gorszy.

Ale tamta kobieta nie przeżyła mojego porodu, nie ma o nim pojęcia. Przeżyła własny, i był dla niej trudnym doświadczeniem. Porównywanie nas nie ma sensu. 

7. Mogę zostać źle zrozumiana i uznana za nieuprzejmą nawet bez mojej winy.


Tak, to dla mnie nowa lekcja. W końcu zawsze byłam tą pyskatą smarkulą, która wiecznie mówiła nie to, co trzeba. Z czasem nauczyłam się uważać na moje słowa. Za to nieraz stwierdzam, że nie warto się ograniczać i po prostu mówię, co myślę :D Nie do wiary, ale istnieją takie osoby, które twierdzą, że nigdy (w ich obecności) nikogo nie uraziłam! Jest to jakieś zwycięstwo.

Przyzwyczaiłam się do myślenia, że jeśli kogoś uraziłam, to widocznie znowu palnęłam coś po swojemu. Bo przecież ja tak mam. Kilka sytuacji uświadomiło mi jednak, że nie zawsze jestem winna.

Mam nadzieję, że moi bliscy darują mi ten przykład, ale jest tak dobitny, że po prostu muszę się nim podzielić. Wyobraźcie sobie obiad rodzinny, specjalnie dla mnie zostały podane gołąbki z soczewicą (uwielbiam!). Wyraziłam radość, powiedziałam między innymi, że przy mnie żadna ilość soczewicy się nie zmarnuje. Padło pytanie, czy z soczewicy można zrobić ciasto. (Można? Próbował ktoś?) Nieco zaskoczona odpowiedziałam, że pewnie i można, ale dla mnie byłoby to marnowanie soczewicy.

Później tego samego dnia usłyszałam przez zupełny przypadek, jak jedna z osób obecnych przy tej rozmowie mówi, że Martyna powiedziała, że gołąbki to marnowanie soczewicy. Aaa! Gdybym tego nie usłyszała, gdybym natychmiast nie pobiegła sprostować, ta informacja dotarłaby do osoby, która tak bardzo postarała się, żebym miała pyszny obiad.

Nie powiedziałam nic złego. Ktoś nie dosłyszał, nie zrozumiał, coś umknęło, coś sobie dopowiedział - i nagle w czyjejś głowie powstała nowa wypowiedź, stawiająca mnie w bardzo niekorzystnym świetle.

I tak się dzieje pewnie po wielokroć, o większości podobnych sytuacji prawdopodobnie nawet się nie dowiadujemy.


Ha, nie planowałam, że tych punktów wyjdzie siedem, ale widocznie jestem już związana z tą liczbą na dobre! Ciekawa jestem, jakie są Wasze przemyślenia w związku z tym, co napisałam. Mam nadzieję, że zostawicie komentarz :)