Książkę Weroniki Szelęgiewicz "Koniberki. Powrót na łąkę" przeczytałam dzięki uprzejmości Kasi Wierzbickiej - Madki Roku, organizatorki Book Tour :)
Tak wyszło, że poznałam koniberki jesienią, czyli w czasie, gdy opuszczają one łąkę i wyruszają w podróż do zimowego pałacu. Dzięki nim moje lato trwało o kilka dni dłużej, bo mogłam przenieść się w świat ich przygód :)
Dziecięca wyobraźnia
Jako dziecko wymyśliłam półmotyle. Były to małe magiczne istotki o ludzkiej postaci i skrzydłach motyla, zamieszkiwały wielkie drzewo i żywiły się liśćmi. Nie zaprzątałam sobie wówczas głowy ich ewentualnym podobieństwem do elfów, wróżek czy innych baśniowych postaci istniejących już w kulturze, w ogóle nie myślałam tymi kategoriami. Dla mnie były jedyne i niepowtarzalne.
Przypomniałam sobie o nich, gdy czytałam "Koniberki. Powrót na łąkę" Weroniki Szelęgiewicz. Mam wrażenie, że koniberki - maleńkie latające koniki - wywodzą się mniej więcej z podobnej krainy dziecięcej wyobraźni, niczym nieograniczonej, spójnej i dziecięco szczerej.
Nowy i nieznany, ale bliski świat
Świat koniberków jest przy tym bardzo podobny do naszego. Latające koniki żyją na łące, w kwiatach zwanych wingawiami, w czasie swoich przygód spotykają trzmiele, ważki, a nawet żółwia - czy raczej żółwicę, mądrą i uroczą Genowefę. Zagrożenie stanowią dla nich pająki, szarańcza, duże ryby oraz mięsożerne rośliny, które wyrosły na bagnach. Koniberki są naprawdę bardzo małymi stworzonkami... Ich perspektywa pozwala nam obejrzeć łąkę w powiększeniu, przyjrzeć się jej z bliska, zobaczyć, jak wielką rewolucję w życiu tak małych istotek może wywołać ulewny deszcz lub plaga szarańczy. Wspaniałe, barwne ilustracje wykonane przez Anię Jamróz pomagają czytelnikowi pięknie ukazują ten ogromny, różnorodny świat zaczarowanej łąki.
Same koniberki przypominają swoim zachowaniem ludzi, w szczególności dzieci - bo większość rozdziałów opisuje perypetie najmłodszych mieszkańców łąki. Ich dziecięce zabawy, przygody, a także troski mogą się skojarzyć młodemu czytelnikowi z własnymi doświadczeniami. Lęk przed dużą zjeżdżalnią, zgubiony ładny drobiazg należący do przyjaciółki, sprzeczka z rodzeństwem - to problemy, które dzieci zrozumieją i będą potrafiły sobie wyobrazić, jak czułyby się w sytuacji koniberków, które się z nimi mierzą. Dlatego też przesłanie płynące z każdego rozdziału jest w pełni zrozumiałe i pouczające.
Powrót na łąkę
Książka, która trafiła w moje ręce, to kontynuacja historii rozpoczętej w pierwszym zbiorze opowieści z życia latających koników, zatytułowanym po prostu "Koniberki". Pierwszy rozdział bardzo pobieżnie wprowadza nas w rzeczywistość i zwyczaje koniberków, odniosłam raczej wrażenie, ze jestem wrzucona bezpośrednio do magicznej rzeczywistości łąki i muszę się w niej odnaleźć sama - ale to wcale mi nie przeszkadzało, wręcz dodało uroku całej przygodzie :) Czułam się jak w dzieciństwie, gdy zaczynałam oglądać nową dobranockę i stopniowo odkrywałam, o czym ona będzie! Zresztą, to skojarzenie jest nieprzypadkowe - myślę, że na podstawie opowiadań o koniberkach można byłoby nakręcić wspaniałą dobranockę, nie tylko piękną wizualnie (te kwiaty i wielobarwne koniki!), ale też bardzo mądrą. Każdy rozdział opowiada w zasadzie jedną, zamkniętą przygodę, która ma swój wyraźnie nakreślony morał.
Są to proste historyjki, niezbyt wymyślne, a ich przesłanie nie jest może szczególnie oryginalne, ale podane w wyjątkowo atrakcyjny, czarujący i bezpretensjonalny sposób. Historia o plotce, która przekazywana z ust do ust została dramatycznie wyolbrzymiona i zniekształcona, skojarzyła mi się i z baśnią Andersena, i z wierszem Brzechwy, i pewnie jeszcze na wiele sposobów ją opowiedziano, ale... przyznam szczerze, że wersja Weroniki Szelęgiewicz podoba mi się najbardziej :) Zresztą, to opowiadanie ma jeszcze jeden morał, z pewnością docenią go młodzi czytelnicy, których przyjaciele nie zawsze zachowują się wzorowo.
Tylko dla dzieci?
Czy "Koniberki. Powrót na łąkę" to książka tylko dla najmłodszych czytelników? Z jednej strony tak. Jest to baśniowa opowieść pisana niewątpliwie z myślą o dzieciach, dostosowana do ich wieku i raczej pozbawiona "mrugnięć okiem" do dorosłego odbiorcy - chyba że za takie uznamy subtelne wzmianki o wychowywaniu dzieci, pojawiające się w dialogach starszych koniberków. Niemniej, lektura sprawiła mi mnóstwo przyjemności, a jej bohaterów szczerze polubiłam. Moim ulubieńcem stał się nieustraszony Węgielek :) Każdy z koniberków ma swój wyrazisty, dobrze zarysowany charakter, dzięki czemu żaden czytelnik, ani duży, ani mały, nie pogubi się w mnogości bohaterów.
Znalazłam też dla siebie ulubiony fragment :) Kiedy Gwiazdeczka, która obwołała się przyszłą królową koniberków, usłyszała reprymendę od rodziców (oj, było mi jej wtedy szkoda!), po namyśle stwierdziła sama do siebie: "Prawdziwa królowa da sobie radę ze wszystkim. Także z przeprosinami". To dopiero siła charakteru! Myślę, że niejedna dorosła królowa mogłaby nauczyć się tej postawy od Gwiazdeczki.
Rzadko myślę o oddychaniu. Najczęściej wtedy, gdy z jakichś powodów mam z nim kłopoty - co, obawiam się, może mnie niedługo czekać, gdyż wrześniowe przeziębienie ewidentnie się na mnie czai. Czasami jednak myślę też o oddychaniu, gdy się relaksuję, albo wręcz przeciwnie - gdy intensywnie pracuję nad czymś. Oddech jest wtedy bardzo potrzebny.
Tym właśnie były dla mnie minione letnie dni: oddechem. Zarówno tym oddechem relaksu między codziennością, urozmaiceniem czasu dzielonego między pracę, pisanie i dom - jak i oddechem wspierającym działanie, dotleniającym mięśnie i pomagającym w osiąganiu celów.
Wdech, wydech, zachowaj spokój
Praca w sezonie letnim różni się od zwykłej, codziennej pracy w innych miesiącach tym, że ruch jest nieco mniejszy, bo klienci są na urlopach ;) Ale też nas, osób odbierających telefony, jest w tym czasie znacznie mniej. W dodatku często zdarza się, że brakuje kogoś z przełożonych, czasami kogoś, z kim chciało się ustalić coś ważnego... Będę wspominać pracę w lipcu i sierpniu jako stresujący czas, nie tyle za względu na rozmowy z klientami i wypełnianie obowiązków, co ze względu na kwestie organizacyjne, w których kilkakrotnie pojawiało się zamieszanie. Nieraz potrzebny był głęboki oddech, rozluźnienie i zrozumienie, że pomyłki się zdarzają, ale wszystko da się wyprostować, i na pewno nikt nie każe mi ponosić konsekwencji cudzych błędów.
Wdech, wydech, jak miło Was widzieć!
Od lewej: ja, Angela Węcka, Patrycja Żurek
Tegoroczne lato dostarczyło mi kilku cudownych okazji do spotkań z osobami, które poznałam dzięki działalności w grupach pisarskich. Pisałam Wam już o spotkaniu z Madką Roku i Weroniką Szelęgiewicz, niedługo później miałam też wielką przyjemność spędzić popołudnie ze wspaniałą Patrycją Żurek oraz z Angelą i Tomkiem Węckimi. A na początku sierpnia odwiedziła mnie moja pisarska bratnia dusza, Joanna Krystyna Radosz, autorka recenzowanych na tym blogu "Szkoły wyprzedzania" oraz "Czarnej książki. Zostać mistrzem". Przywiozła ze sobą słońce do deszczowego i podmokłego Krakowa, wzbudziła sympatię i zaufanie mojej rodziny włącznie z kotami, wręczyła cudne prezenty literackie z nie mniej cudnymi dedykacjami, grała z moimi dziećmi w kolory, zniosła dzielnie moje preferencje muzyczne, piła z nami kawę z prądem, czy raczej prąd z kawą, i w ogóle aż dziwnie pusto się zrobiło, gdy wyjechała... (Był taki moment, kiedy rozważaliśmy możliwość zaadoptowania Asi, ale wyszło nam, że różnica wieku między nami jest zbyt mała, by było to możliwe).
Wdech, wydech i znów masz kilka lat
Jest jedna mała wioska nad rzeką Bug, w województwie lubelskim, której potrzebuję jak powietrza. Gdy tam jestem, ładują się moje wewnętrzne baterie. Każdy zakątek, każdy mijany dom przywołuje wspomnienia i myśli sprzed lat, i nie myślę tu o kilku, nawet kilkunastu latach - ale wręcz o trzydziestu. Widzę je oczami dziecka, którym byłam. Gdy patrzę w wodę w miejscu, w którym pływałam co roku jako mała dziewczynka, a później dorastająca dziewczyna i młoda kobieta, dociera do mnie, że niektóre stare sprawy pozostają na zawsze młode ;)
Jednocześnie - jak długo osoba w moim wieku może czuć się jak dziecko i nie zmęczyć się tym uczuciem? Po około tygodniu brakowało mi jednak mojej dorosłości i samodzielności ;) Może główną przyczyną pewnego zmęczenia tymi wakacjami była pogoda, która w drugiej połowie sierpnia wyjątkowo nie dopisała. Przez dwa-trzy dni praktycznie w ogóle nie wychodziliśmy z domu. W pozostałe - chwytaliśmy każdą chwilę bez deszczu, żeby pójść na spacer!
Wdech, przepona, postaw dźwięk
Tegoroczne lato to również dwa występy sceniczne. Jeden w duecie z mężem na festynie we wspomnianej małej miejscowości, drugi w Krakowie z zespołem Genezyp Kapen. Ze śpiewaniem na scenie wiąże się kilka specyficznych odczuć. Pierwsze: że to kocham :) Drugie, jak bardzo to dla mnie ważne, by nie być samą na scenie. Kiedyś myślałam, że jestem typową solistką, jednak uwielbiam dzielić energię sceniczną z zespołem lub po prostu z drugą osobą. Trzecie odczucie: jak bardzo przy tym wszystkim, pomimo scenicznego makijażu i radości z przebywania na scenie, jestem jednak w pierwszej kolejności mamą. Do chwili, w której wezmę do ręki mikrofon, zastanawiam się nad tym, czy moje dzieci są właściwie zaopiekowane i jak sobie radzą beze mnie, po skończonym występie myślę o momencie, w którym będę ich tulić do snu. Nie da się przełączyć w głowie wajchy: teraz wokalistka, a dopiero za chwilę mama. Ta mama zawsze tam jest :)
Wdech, wydech i... pozwól mu rozwijać się w swoim tempie!
Letnie zabawy na placu zabaw dały nam sposobność, by przyjrzeć się interakcjom Michała z innymi dziećmi. Czasem pojawiał się niepokój. Nie powiem, spodziewałam się, że młodsze dziecko dwójki młodszych dzieci, artystycznych dusz i dziwaków, będzie raczej chodzić własnymi drogami niż brylować w społeczeństwie. Michał jest do tego nieduży i ma w sobie mnóstwo wręcz niemowlęcego uroku, chętnie tańczy i jest niezwykle muzykalny, a choć potrafi mówić całymi zdaniami, korzysta z tej umiejętności rzadko i na własnych zasadach. Bywa strachliwy, płaczliwy, trudny we współpracy. Gdybym nie wiedziała, ile ma lat, spokojnie uwierzyłabym, że jest nawet o rok młodszy!
Jestem daleka od wypowiadania się na temat charakteru takiego małego dziecka, niemniej wydaje mi się prawdopodobne, że Misio wyrośnie na artystę i outsidera. Możliwe, że się jeszcze zdziwię ;) Festyn go przytłoczył, podczas gdy inne dzieci bawiły się razem na placu zabaw, on trzymał się z boku, zwiedzał mało uczęszczane kąty. Trochę jak jego mama w dzieciństwie ;)
Obserwuję go uważnie, ale ze spokojem. Wiem, że czasem wystarczy poczekać, wziąć głęboki wdech, a za chwilę Michaś poczuje się pewniej i współpraca z nim będzie łatwiejsza. Pośpiech i nerwowość nie są dobrymi doradcami.
Wydech, napnij mięśnie, wdech, rozluźnij mięśnie
Wspomniałam Wam na początku roku, że - delikatnie mówiąc - nie jestem w swojej życiowej formie fizycznej? Cóż, mogę powiedzieć tyle, że od tamtego czasu nie odnotowałam zmiany na lepsze. Trochę wypierałam ten fakt (w czym wybitnie pomagały zdjęcia od czarodziejów fotografii, na których wyglądam jak bogini), trochę też podeszłam do samej siebie ze zrozumieniem - to nie jest dla mnie łatwy rok. Wszystko ma swój czas, bywa tak, że dbanie o siebie musi polegać na tym, że nie będziesz od siebie wymagać zbyt wiele i pozwolisz sobie na słabości.
Ale przyszła pora i na zmiany. Jestem na początku drogi, więc na razie nie ma sensu chwalić się rezultatami czy nowymi przyzwyczajeniami. Jedno mogę powiedzieć: jestem konsekwentna. Mam swój wyznaczony czas w ciągu dnia na ćwiczenia, mam w sobie dużo entuzjazmu i determinacji. Póki co, wierzę, że to wystarczy :)
Pamiętam, jak ładnych parę lat temu, ćwicząc, zrozumiałam tę prostą zasadę, że z prawidłowym oddechem można zrobić znacznie więcej. Można sięgnąć dalej, użyć większej siły, pokonać swoje ograniczenia. To nadal działa, i nie tyczy się tylko ćwiczeń. Działa w pracy, w kontaktach z ludźmi, gdy czasami pojawiają się wzajemne napięcia i frustracja. Działa na scenie, gdy wydobywam z siebie dźwięki. Działa przy wychowywaniu dzieci, gdy najprostszym rozwiązaniem problemu okazuje się chwila cierpliwości. Czasami wszystko, czego nam trzeba, to odrobina oddechu.
Do naszego ogrodu, tak zwanego drugiego (w odróżnieniu od pierwszego, mniejszego otaczającego dom), prowadzi furtka, którą z jednej strony oplata winogrono, a z drugiej strony róża. Wygląda jak przejście do książkowego tajemniczego ogrodu, i bardzo lubię to skojarzenie.
- Mamo, musimyzbieraćmalinki!Tylkouważaj, żebyniezbieraćmrówek - przestrzega mnie Robert z całą powagą czterolatka.
Robert przechodzi właśnie ten etap rozwoju, kiedy stopniowo uczy się akceptować małe żyjątka takie jak owady i pajęczaki. Nie powiem, żeby to był szybki proces, choć wydawałoby się, że dziecko od urodzenia wychowujące się na wsi będzie traktować muchy czy mrówki jako element codzienności. Ale cóż, na wszystko przyjdzie czas.
- Och, mrówka! Ojej, mrówka!Mamo, tyzbieraj malinki. - Po kilku bliskich spotkaniach z drapieżnikiem Robert postanawia ograniczyć się do samego dopingowania i zarządzania. - Tylkozbierajczerwone, nieróżowe! Świetnieciidzie!
Jest upalny dzień, ale słońce schowało się litościwie, a liście i źdźbła trawy bujają się, kołysane przez delikatny wiatr. Coś w kolorze chmur i zapachu powietrza zwiastuje zbliżającą się burzę, ale nie śpieszy jej się zbytnio. Zanim spadną pierwsze krople deszczu, zdążymy zebrać jeszcze sporo malin.
- Mamo, patrz, motylek! Jaki biały!
Motylki należą do tej grupy owadów, których Robert się nie boi. Nic dziwnego, mają piękne skrzydła.
- Mamo, zobacz, ileborówek!
Rzeczywiście, na krzakach pojawiły się pierwsze dojrzałe borówki i całe mnóstwo niedojrzałych. Wyglądają jak wielobarwne korale.
- Zbierzmytylkoteniebieskie!
Zebraliśmy, wracamy do malin. Mrówka wspina się po mojej nodze, strącam ją dość energicznym ruchem.
Pozbywam się ośmionożnego intruza w sposób, cóż, mało malowniczy, ale skuteczny.
- Mamo, kleszczykitoteżsąnasiprzyjaciele.
- Onie! - tym razem protestuję. - Kleszczykinie.
Nadal siedzimy w trawie. Może i są tu mrówki i kleszcze, ale są też maliny, motyle, kwiaty i letni wiatr, a mój mały synek z opaloną skórą i krótko przystrzyżonymi jasnymi włosami cieszy się tą chwilą równie mocno jak ja.
- Mamo, patrz, motylek! - Pokazuje znowu. - Jestbrązowy, wyglądajakczekolada!
Chwilo, trwaj. Jesteś magiczna.
Jakiś czas później wracamy do domu, żeby się umyć i zjeść zebrane owoce.
... a każde z nich o innym temperamencie, inaczej wyrażające siebie, inaczej reagujące na otaczającą go rzeczywistość niedzielnego, upalnego popołudnia w centrum Krakowa. Stanowiliśmy barwną gromadę, kiedy tak szliśmy w dziesiątkę ulicami miasta i pilnowaliśmy, by nie rozdzielili nas turyści, rowerzyści, bryczki z końmi i tramwaje :) W dziesiątkę, bo była z nami również pisarka Weronika Szelęgiewicz, autorka wspaniałych "Koniberków" - o nich opowiem Wam innym razem!
Jak to się stało, że spotkałam się z Madką Roku w Krakowie?
W czwartek późnym wieczorem Kasia napisała do mnie, że będzie przelotem w Krakowie. Spontaniczna akcja, sporo załatwiania i stresu, i pewnie praktycznie od razu będą wracać, bo i tak dzieci będą wymęczone podróżą. Przez chwilę próbowałam kombinować, co by tu zrobić, żeby choć na chwilę znaleźć się w pobliżu i uścisnąć dłoń wspaniałej osobie, z którą znam się internetowo od blisko trzech lat. Wyczułam jednak, że to będzie kłopot, i nie drążyłam tematu. Sama wiem, jak to jest, gdy przyjeżdża się na chwilę do dużego, nieznanego miasta (Kraków jest może mniejszy od Warszawy, ale też potrafi onieśmielić) i próbuje się zdążyć ze wszystkim.
Madka Roku odezwała się jednak jeszcze raz, w sobotę. Zadzwoniła do mnie i powiedziała, że kurczę, czasu mało, ale naprawdę fajnie byłoby się spotkać, może uda się choć na chwilę? Miałam trochę zdarte gardło i planowałam raczej odpoczywać przez całą niedzielę, ale perspektywa spotkania była zbyt kusząca, żeby z niej zrezygnować z tak błahego powodu :)
Skąd my w ogóle się znamy?
Pierwsze moje zetknięcie z blogiem Kasi to był niewątpliwie ten tekst. O matko (Madko), jak ja się śmiałam. Napisałam w komentarzu, że prawie pękłam, a byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży, więc pękanie trochę nie było wskazane... :) Dzieci Madki zauroczyły mnie od razu, podobnie jak jej poczucie humoru i błyskotliwe riposty. Od razu wiedziałam, że będę odwiedzać ten adres regularnie, a może kiedyś przeczytam jakąś książkę Kasi... Bo że ma wielki dar pisania, widziałam od razu.
Kasia sprawia wrażenie osoby delikatnej i nieśmiałej, ale gdy pisze, wstępuje w nią... jakaś magiczna istota, najpewniej któraś z jej fantastycznych opowiadań :) Pisze dowcipnie, inteligentnie, bywa ostra jak brzytwa, a co najbardziej zaskakujące - w swoich tekstach dla dorosłych nie unika makabry. W tym roku premierę będzie miała jej powieść "Tajne przez magiczne", którą miałam przyjemność czytać jako beta-czytelniczka. Przyznam, że nieraz byłam zaskoczona, jakie mroczne wizje potrafi wykreować umysł tej dziewczyny o łagodnych oczach i anielskim uśmiechu.
Wielokrotnie wspierałyśmy się i dopingowałyśmy nawzajem jako dwie początkujące pisarki, przy czym doprawdy nie wiem, skąd w Kasi przekonanie, że jesteśmy pod tym względem równe - u mnie próżno szukać jakichkolwiek sukcesów literackich, a ona ma na swoim koncie między innymi zwycięstwo w ogólnopolskim konkursie "Piórko", a także bestsellerowego "Elfa do zadań specjalnych". Jednak pomimo tych osiągnięć nie wywyższa się, mam wrażenie, że z nas dwóch to ona jest bardziej skromną.
Spotkanie z Madką i madczątkami
Umówiliśmy się na 15:00 koło Smoka Wawelskiego, ostatecznie spotkaliśmy się około 15:30 (bo w niedzielne upalne popołudnie w centrum Krakowa nie ma miejsc parkingowych) i w pewnej odległości od smoka (bo najmłodsze madczątko się go bało). Robert od razu nawiązał świetną komitywę z mężem Kasi, Michał czarował swoim urokiem dwulatka-wiecznego-niemowlaka i nie opuszczał wózka, w którym wylądował, bo spał w samochodzie. Okazało się to dobrym rozwiązaniem, bo w tym gąszczu dziecięcych nóżek, z których każde tuptały w innym tempie, nóżki Michała nie musiały nadążać za starszym towarzystwem, tylko spokojnie się wiozły.
A nasze spotkanie okazało się w zasadzie jednym wielkim krakowskim spacerem. Od smoka (czy raczej okolic smoka) przez Planty, na Grodzką do lodziarni, potem znowu przez Planty, a na koniec odegraliśmy scenę z filmu "Stary, gdzie moja bryka?", bo szukaliśmy samochodu, który nasi cudowni goście zostawili na szerokiej ulicy z tramwajem, prostopadłej do Dietla. Znaleźliśmy!
O czym rozmawialiśmy? Kiedy nie odliczaliśmy kolejno, czy dzieci są nadal w komplecie i nie pilnowaliśmy, czy nikt nie wchodzi pod tramwaj, to w zasadzie o wszystkim. O pisaniu, o młodzieży (zarówno tej przedszkolnej, jak i licealnej), o smakach lodów, o wakacjach, trochę o wspólnych znajomych, o ciekawych miejscach... Wiecie, kiedyś czułam spore onieśmielenie, gdy miałam spotkać się z kimś, kogo znałam tylko z Internetu. Zawsze wydawało mi się, że ta osoba na żywo będzie inna niż się spodziewałam, że nie będzie nam się rozmawiało swobodnie, że to przyzwyczajenie do kontaktu na odległość okaże się zbyt silne, by przełamać dystans. Nic bardziej mylnego. Teraz wiem, że przyjaźń zawarta w Internecie jest taka sama po wylogowaniu. Od czasu, kiedy odkrywałam uroki sieci jako nastolatka, sporo się zmieniło. Nie stawia się już tak bardzo na anonimowość, raczej na autentyczność i szczerość, łatwiej kogoś poznać, wiemy o sobie więcej, łatwiej nam sobie wyobrazić tę osobę po drugiej stronie ekranu.
I mówię to ja, która ciągle jeszcze trochę zbieram się po tym, jak z hukiem rozleciały się dwie ważne dla mnie relacje, internetowe właśnie. Cóż, zawsze uważałam, że generalizowanie jest złe ;)
Następne spotkanie
Odbędzie się na pewno. Może w Krakowie, może w Warszawie, zapewne na którychś Targach Książki albo na zlocie pisarzy. Ale wiem, że się odbędzie. Skąd wiem?
Wyobraźcie sobie, że przez cały czas naszego spotkania miałam przy sobie egzemplarz "Królewicza, który się odważył" ("Elfa" zostawiłam w domu, i dobrze, bo byłoby mi z nim ciężko na spacerze) i nie wzięłam autografu od jego autorki! Kiedy sobie przypomniałam, że przecież chciałam o to poprosić, to okazało się, że nikt w naszym gronie nie ma przy sobie długopisu. Nawet próbowałam go kupić w Żabce, ale nie mieli długopisów na sprzedaż. Za to Robert naciągnął mnie na jajko niespodziankę, którego nawet nie zjadł.
Zatem widzicie, musimy się spotkać jeszcze raz, żeby Kasia podpisała mi "Królewicza". I "Tajne". I wszystkie inne świetne książki, które jeszcze wyda. Jest na co czekać!
Czerwiec 2015. Z okazji urodzin męża wznoszę toast szklanką pomarańczowego soku. Picie alkoholu nie wchodzi w grę, bo kłóci się z naszymi staraniami o dziecko. Próbujemy od roku - dla niektórych dopiero, dla nas już od roku. Mam wrażenie, że połowa świata jest w ciąży, a druga połowa to tatusiowie (moje frustracje są zdecydowanie na bakier z matematyką i logiką), i tylko nam się ciągle nie udaje. Przyjaciele kibicują nam i są pod wrażeniem naszej wytrwałości. Niektórzy mówią nam, że już teraz jesteśmy wspaniałymi rodzicami dla tego dziecka, które kiedyś się pojawi.
Prawdę mówiąc - wtedy byliśmy chyba najlepszymi. Nie zdążyliśmy popełnić żadnych błędów ;)
Wiecie, rodzicielstwo przypomina trochę teleturniej w stylu "Postaw na milion". Kiedy zaczynasz, masz w garści fortunę. Potem z każdą błędną, nieprzemyślaną decyzją, z każdą nieostrożnością, niecierpliwością, przeoczeniem, masz tego kapitału trochę mniej, aż wreszcie zaczynasz się obawiać, czy dotrzesz do ostatniego etapu z jakąkolwiek kasą, a może nawet zastanowisz się, czy decyzja o wzięciu udziału była słuszna.
Dobra wiadomość jest taka, że najprawdopodobniej wygrasz ten turniej. Ale nie wygrasz go z milionem w kieszeni. Pewną część złudzeń i obietnic trzeba oddać po drodze.
Czerwiec 2021. Miesiąc, w którym prawie nie widziano mnie (a raczej: nie słyszano) w pracy, bo oprócz dwóch dni, cały spędziłam na L4. Ktoś musiał zostać z chorymi dziećmi w domu. Już wiem, jak to jest - kochać swoje dziecko do szaleństwa, ale jednak czekać z utęsknieniem na chwilę, gdy pojedzie ono do przedszkola. Już wiem, że choć najpiękniejszym dźwiękiem na świecie jest dziecięcy śmiech, to niemal równie piękna jest cisza :)
Z mojego początkowego miliona została już znacznie mniejsza kwota. Już wiem, że słowo "nigdy" potrafi szybko stracić ważność. Już wiem, jak to jest krzyczeć na dziecko, widzieć smutek w jego oczach i krzyczeć nadal. I wiem, jakie to podłe uczucie, gdy dziecko mówi: "mamo, nie krzycz na mnie" - a jednocześnie, jaka to duma, że potrafi tak pięknie zawalczyć o siebie, nie boi się tego powiedzieć.
Myślę, że to są emocje, na które nie da się przygotować. Można sobie wyobrazić bardzo wiele, ale nie to, że nagle zmienia się cała codzienność. Że dziecko nie przyjechało tu na kilka tygodni czy miesięcy, ale zostaje na stałe - także wtedy, gdy nie masz siły, chorujesz, coś cię boli, lub zwyczajnie masz ochotę poczuć się przez chwilę wolna i swobodna jak dawniej. Nie będziesz miała takich potrzeb? Wybacz, ale tego też nie jesteś w stanie sprawdzić :)
Czerwiec 2021. Po całym popołudniu spędzonym w ogrodzie wracamy do domu. Na kuchennym krześle wisi koc, chwilę wcześniej przyniesiony z ogrodu. Michał pociąga za koc. Choć jestem w kuchni tuż obok niego, nie zauważam momentu, w którym krzesło spada mu na stopę. Dopiero głośny płacz Misia uświadamia mi, co się stało.
Raz po raz przeżywam ten moment w myślach. Jestem mamą-sierotą, mamą-dzieckiem, mamą totalnie zagubioną i nieodpowiedzialną, która najbardziej chciałaby, żeby przyszedł ktoś dorosły i ogarnął ten chaos. Tylko że dorosłą, teoretycznie, jestem tutaj ja... W pierwszej chwili w ogóle nie zauważam, że coś się stało. Z pobłażliwym uśmiechem biorę synka na ręce, przygotowuję się do karmienia, w końcu nic tak nie uspokaja wystraszonego dziecka jak cyc pocieszacz. Potem czuję, że coś płynie mi po nodze.
Paznokieć u dużego palca cały czerwony. Na szczęście nie robi mi się słabo, może dlatego, że już kiedyś widziałam podobny uraz na własnej stopie. Ale i tak nie mam pojęcia, co robić. Przemywamy, staramy się zakleić, ale dziecko natychmiast zdejmuje opatrunek. Uspokajam go jak umiem, w końcu mi się udaje. Palec trochę puchnie, więc jedziemy na pogotowie. Misio zasypia w samochodzie. W szpitalu noszę go na rękach niemal bez przerwy przez trzy godziny, a on już swoje waży. Przez większość czasu jest spokojny, daje się nawet rozbawić.
Złamania na szczęście nie ma, jest za to otwarta rana i opatrunek, który trzeba zmieniać codziennie. A nas kiedyś, kiedyś może i uczono, jak się bandażuje stopę, ale wówczas obiekt bandażowany był spokojny, współpracował, nie był przerażonym dwulatkiem i nie kończyła mu się cierpliwość... W ogóle kto ma to zrobić, ja czy mąż, skoro oboje czujemy się równie niekompetentni? Ostatecznie bandażował mąż, ja trzymałam małą nóżkę i uspokajałam pacjenta.
Nikt cię nie pyta, matko, czy poradzisz sobie z rannym dzieckiem w domu. Nie są to też umiejętności, które spływają na ciebie magicznie po porodzie. Jest to jednak test, który musisz zdać. Bo bez względu na to, jak bezradna się czujesz, twoje dziecko jest w tej sytuacji jeszcze bardziej bezradne. A jego oparciem, opoką, dorosłą osobą jesteś ty.
Półtora tygodnia po tym zdarzeniu mogę powiedzieć, że poradziliśmy sobie - choć przy okazji musieliśmy się sporo nauczyć, przede wszystkim tego, jak opanować emocje, gdy jesteśmy nie mniej zestresowani niż dziecko, któremu musimy zapewnić opiekę i poczucie bezpieczeństwa. Ranka się zagoiła, opatrunek jest już niepotrzebny.
Gdyby wtedy, w czerwcu 2015, gdy byłam najlepszą wersją siebie jako matki, ktoś powiedział mi, że będziemy musieli radzić sobie z takimi sytuacjami, jak bym zareagowała? Może wzruszyłabym ramionami i stwierdziłabym, że cóż, na pewno jakoś byśmy się nauczyli. Może wierzyłabym naiwnie, że upilnujemy, nie dojdzie do takiego wypadku. Moja wyobraźnia nie zdołałaby objąć sytuacji, w jakiej jeszcze nie byłam.
Z przygodą zwaną macierzyństwem wiąże się nieraz zmęczenie, strach, bezradność. Popełniamy błędy. Nie wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć. Jest to jednak cudowna przygoda, pełna śmiechów, zabaw, całusów, przytulanek, zachwytów nad rozwojem dziecka, przezabawnych rozmów i chwil, które wspomina się latami.
Nie milknie dyskusja o modzie na brzydotę, a ja trafiłam dziś na opis filmu, który w ciekawy sposób odnosi się do podobnych kwestii. Nosi tytuł "Klub brzydkich dzieci". Pokazuje rzeczywistość, w której najmniej atrakcyjne fizycznie dzieci są przewożone do specjalnego portu, by "oczyścić" społeczeństwo z brzydoty.
Sam pomysł na scenariusz wydaje mi się urzekający, widzę w nim próbę podjęcia rozważań o kondycji ludzkości, o źródłach nietolerancji i rasizmu, i o presji pokazywania pięknych, idealnych ludzi, słowem, duże ambicje i mocny przekaz ubrany w konwencję filmu familijnego. Jednak, gdy tylko przeczytałam opis, w mojej głowie pojawiła się myśl: to powinna być kreskówka.
Dlaczego? Moim zdaniem, tylko w kreskówce da się pokazać z czystym sumieniem: ta osoba jest brzydka. Łatka brzydala nie wyrządzi żadnej krzywdy narysowanej postaci - choć oczywiście nie znaczy to, że w kreskówce wszystko wolno. Wolno jednak, w moim odczuciu, odrobinę więcej :)
Bo wyobraźcie sobie taką sytuację: aktor odgrywający rolę brzydala (ale brzydala-brzydala, nie osobę o charakterystycznej urodzie albo zaniedbaną, po prostu brzydkiego człowieka) okaże się uderzająco podobny do małoletniego, wrażliwego, może zakompleksionego chłopaka, który film obejrzy. I jaką wiadomość otrzymuje od twórców filmu taki widz, jego rodzina i znajomi? Że jego wygląd, jego uszy/piegi/nos/okulary/włosy/sylwetka są nieakceptowalne, z ich powodu mogą go spotkać przykrości, szykany, a nawet wykluczenie.
Spojrzałam na zdjęcia obsady "Klubu brzydkich dzieci". Odtwórca głównej roli, Sem Hulsmann, jest naprawdę prześlicznym chłopcem z doklejonymi gigantycznymi uszami. Czyli: ładny aktor w roli brzydkiego, zjawisko, które obserwujemy na ekranach od lat. Wiecie, co myślę? Że to ma swoje dobre i złe strony.
Kadr z filmu "Króliczek"
Przypomina mi się dyskusja, którą toczyłam z jedną znaną blogerką przy okazji premiery filmu "The DUFF": dlaczego w rolach kopciuszków, które mają przejść metamorfozę, obsadza się zawsze piękne aktorki? Nawiasem mówiąc, zostałam wtedy uznana za hejtera, bo niewystarczająco zachwycałam się urodą Emmy Stone w "Króliczku" (nie mam nic do Emmy, po prostu jej kreacja aktorska do mnie trafiła) :D Ale tak, wspomniana Emma, Mae Whitman z "The DUFF", Rachael Leigh Cook z filmu "Cała ona", którą oszpecić miały okulary, Anne Hathaway, która w "Pamiętniku księżniczki" straszyła gęstymi brwiami i nieułożonymi włosami, Sandra Bullock w "Miss Agent" - to wszystko bardzo atrakcyjne kobiety o mało kontrowersyjnej urodzie, łatwej dla oka. Regularne rysy twarzy, duże oczy, zgrabna sylwetka. Nieraz pojawiały się w zestawieniach najpiękniejszych aktorek, najpiękniejszych ludzi świata.
Wiecie, widzę sens w takich decyzjach obsadowych. Moim zdaniem, to jest wiadomość dla odbiorców: ej, serio, my się tu tylko bawimy, udajemy, ona wcale nie jest brzydka, co za brzydota w ogóle, każda kobieta jest piękna i koniec. Duże okulary, niemodny ciuch - to tylko rekwizyty, symbole mające nakreślić tematykę filmu. Wcale nie mam przekonania, czy byłoby lepiej, gdyby zahukana Laney Boggs miała rozbieżnego zeza, a agentka Grace Hart sporą nadwagę - czy wówczas młodzi widzowie nie dostaliby przekazu, że choroby oczu i dodatkowe kilogramy są złe i świadczą o brzydocie?
Jaka jest zła strona? Taka, że wciąż mało widzimy na ekranie przeciętności, zwykłego wyglądu niepozbawionego mankamentów, odbiegającego od standardów. Szkoda mi utalentowanych aktorów, którym nieidealny wygląd zamyka drzwi do wielu ról - choć wszyscy znamy mnóstwo wyjątków od tej reguły :)
Ja podtrzymuję moje zdanie: wolę, gdy temat brzydoty i wykluczenia z powodu wyglądu podejmują filmy animowane. Jak choćby mój ulubiony "Shrek". Łatwo się z nim utożsamić, bo chyba każdy czuł się kiedyś niezrozumiany, niechciany, oceniany po pozorach - a jednocześnie, nikt z nas nie wygląda jak on ;)
Kadr z filmu "Shrek"
Wiecie, co Wam powiem? Jestem estetką i lubię patrzeć na pięknych ludzi. I mam to szczęście, że widzę ich wszędzie! Nie tylko na ekranie, ale też na ulicy, na moim osiedlu, w autobusie, w mieście, wśród znajomych. Świat jest pełen pięknych ludzi, różnych ludzi, oryginalnych ludzi, interesujących ludzi. Co oni z tą brzydotą w ogóle... :)
Przyszedł czas na kolejne zestawienie anegdotek z życia moich synków! Tym razem związane tematycznie z Dniem Dziecka, ale nie tylko. Zapraszam - będzie zabawnie, będzie i wzruszająco!
***
Z okazji Dnia Dziecka chłopcy dostali w prezencie pudełko, co już samo z siebie ucieszyło ich ogromnie. Nic dziwnego, znam ich nie od wczoraj. Do tej pory pamiętam szczęście Roberta, który pod choinką znalazł kilkanaście autek oraz garaż (czyli opakowanie). Pamiętam też, jak podekscytowany otwierał wielkanocne czekoladowe jajka w poszukiwaniu niespodzianki i cieszył się, że w środku jest czekolada! W takich chwilach modlę się tylko, żeby zachowali to ufne, pozytywne spojrzenie na świat jak najdłużej, zanim czyjeś drwiące pytania - i z czego się cieszysz? - każą im myśleć, że naiwnością jest oczekiwać tak niewiele.
Niemniej, pudełko otrzymane przez nich wczoraj miało zawartość, i to nie byle jaką. Znajdowała się w nim między innymi kosiarka, taczka, konewka i mnóstwo foremek do piasku. Zachwycony Robert dopytywał raz po raz, czy dzisiaj są urodziny jego i Michała? Wielką radość zmąciło jednak odkrycie, że obaj z braciszkiem chcą się bawić czerwoną kosiarką w tym samym czasie.
- Czemu ja myślałam, że jak dostaną pudło zabawek, to się nimi podzielą? - pytałam retorycznie, próbując jednocześnie doprowadzić do pokojowego rozstrzygnięcia Bitwy o Kosiarkę.
- Trzeba kupować dwa pudła - skwitował mąż.
Wkrótce jednak Robert odkrył, że pozostałe skarby znalezione w pudełku są równie atrakcyjne. Jego entuzjazm wzbudziła szczególnie konewka, bo mógł z jej pomocą podlewać kwiatki! Trochę się tylko rozczarował, gdy po podlaniu nie urosły.
Wbrew temu, co moglibyście wywnioskować z powyższego opisu, chłopcy potrafią się bawić ze sobą jedną zabawką. Tu możecie zobaczyć, jak wspaniale Michał woził Roberta na jeżdżącym lewku! Myślę, że mógł wtedy przez chwilę poczuć, jak to jest być tym większym bratem :)
Czasami chłopcy oglądają też razem śmieszne filmiki, jak ten z pieskami kręcącymi się wokół miski z jedzeniem :) Obaj reagowali na nagranie równie entuzjastycznie, przy czym Robert wyrażał tę radość, śpiewając głośno i wyraźnie: pieski kręcą się na kole, pieski kręcą się na kole, tymczasem Michał zawarł ten sam przekaz w znacznie krótszym komunikacie: hau hau hau!
Robert wyraził też w bardzo piękny sposób swoją miłość do braciszka, gdy po raz pierwszy napisał jego imię. Powiem Wam, że choć nadal uwielbiam imię Michał i cieszę się, że wybraliśmy je dla młodszego synka, muszę przyznać, że nie przemyślałam tego, jak ciężko będzie je zapisać kilkuletniemu dziecku. CH i Ł w jednym imieniu! Z literką Ł musiałam pomóc ;) Najbardziej wzruszyło mnie jednak, gdy po napisaniu ostatniej literki Robert z radością odczytał imię, po czym oświadczył poważnie:
- To jest nasz Michał. Wiesz, mama? To jest nasz Michał.
Na potwierdzenie swoich słów, napisał pod spodem nieczytelny gryzmoł, mający oznaczać, że Michał jest nasz. Cóż, nauka pisania słowa "nasz" jeszcze przed nami. Nauka, jak być kochającym starszym bratem, powiodła się bez wątpienia znakomicie.
***
Michał też znakomicie sobie radzi z okazywaniem miłości. Obsypuje nas całusami, przytula się, wita nas z czułością, biegnie do nas z wyciągniętymi rączkami. Pamiętam, jak niedawno oglądaliśmy scenę w serialu Glee (tak, nigdy nie jest za późno na nadrabianie seriali sprzed ponad dekady), gdy Idina Menzel śpiewa "I dreamed a dream" dla odnalezionej po latach córki, a Michaś przez całą piosenkę klaskał w moje dłonie i obdarzał mnie uroczymi uśmiechami. Pomyślałam sobie wtedy, że może Idiną nie jestem i nie zaśpiewam nigdy tak, jak ona, ale mam najcudowniejszy skarb, jaki tylko mogę sobie wyobrazić, a moje marzenie już zawsze będzie spełnione.
Michaś okazuje czułość nie tylko mamie, tacie i bratu, ale też kotom, babci i dziadkowi, sąsiadowi, a także pani agentce ubezpieczeniowej, którą widział po raz pierwszy w życiu. Na razie nie widzę powodów, by go przestrzegać czy zniechęcać do tego. Nie chodzi nigdzie sam, zawsze jest pod opieką osób godnych zaufania. A każdemu przyda się od czasu do czasu uścisk małych łapek, nieprawdaż?
Ostatnio obiektem czułości Michasia stał się również jego największy przyjaciel i pocieszyciel od najmłodszych lat, czyli chłopczyk w lustrze. Michaś postanowił sprawdzić, czy chłopczyk w lustrze ma łaskotki. Chyba miał, bo się śmiał :D Nie byłam zaskoczona, w końcu Michał jest dzieckiem, które próbowało kiedyś połaskotać lodówkę.
***
Robert, oprócz całusów, uścisków i często wyrażanej prośby "usiądź mi na kolankach" - co oznacza, wbrew pozorom, że to on chce usiąść na moich kolanach, zna jeszcze inne wyjątkowe sposoby okazywania miłości. Robert troszczy się o nas.
- Mama, ty kaszlesz, musisz sobie zrobić inhalację - słyszę na przykład ostatnio dość często, bo jestem przeziębiona.
Albo, gdy mąż uderzył się w głowę:
- Co się stało tatusiowi? Ojej! Biedny tatuś!
Bywa i tak, że wzruszenie walczy z rozbawieniem, gdy kochany synek widzi, jak smaruję sobie twarz kremem, i przestrzega mnie poważnie:
- Dobrze, mama, tylko nie za dużo, bo będziesz cała biała!
Albo protestuje stanowczo, gdy zamierzam zjeść wafelek z czekoladą:
- Mama! Nie możesz! Bo będziesz miała czekoladową kupę!
Dostrzegam w tym echa różnych uwag, które Robert słyszy nieraz ode mnie i taty. I choć czasami naprawdę ciężko powstrzymać śmiech, to jednak wiem, że mówi to z miłości, i uwielbiam te jego mądre rady.
Na zakończenie dzisiejszego zestawienia chciałabym Wam opowiedzieć o grze w zagadki :) To jedna z ulubionych zabaw Roberta. Czasami pytamy o zwierzątka, innym razem o pojazdy, zdarza się, że o postacie z bajek. Robert przeważnie zgaduje bardzo ładnie, czasem jednak ma problem z odpowiedzią, ale i tak się nie poddaje i nadrabia sprytem:
- Co to jest? - pytam. - Małe, brązowe, ma długie zęby i gryzie drzewo?
Robert zastanawia się przez chwilę.
- Takie czerwone?
- Nie, brązowe, z długimi zębami.
- Takie czerwono-czarne, i robi: ihaaa? To konik! Konik!
Cóż :) Z podobnym zgadywaniem spotkałam się wiele razy u dorosłych ludzi, nie dziwi mnie więc ono u czteroletniego Roberta :)