wtorek, 15 sierpnia 2017

Nigdy tego nie rób!


Przepraszam. Nie uważam się za osobę, która może mówić ludziom, co im wolno, a czego nie. Ale pewne rzeczy nie powinny się nigdy zdarzać i myślę, że nie trzeba być kimś bardzo wyjątkowym, żeby zdawać sobie z tego sprawę. Mimo to spotkałam się z nimi wielokrotnie. Wy zapewne również.

Poruszałam już na tym blogu temat ryzykownych sytuacji, z którymi można się zetknąć w pracy, która może niekoniecznie jest odpowiednia dla Ciebie; pojawiła się tam między innymi kwestia tajemnicy zawodowej. Część z Was wie, że wykonywałam przez jakiś czas pracę związaną z bardzo poufnymi danymi osobowymi. Zachowanie tajemnicy służbowej nie stanowiło dla mnie problemu. Stawało się to jednak trudniejsze, gdy w grę wchodziły nie tylko zawodowe, ale również prywatne kontakty - a jednak znaczący procent moich klientów stanowili moi znajomi.

Zdarzyło mi się, że jedna moja znajoma w rozmowie ściśle biznesowej podzieliła się ze mną bardzo delikatną informacją dotyczącą jej zdrowia. Nie powiedziałaby mi tego być może nigdy, gdyby nie moja praca. Uznałam, że moim obowiązkiem jest to uszanować i nie nawiązywałam nigdy do zdobytej w ten sposób wiedzy w naszych prywatnych relacjach. Nieraz czułam, że ta wiedza mi ciąży, szczególnie wtedy, gdy z jakichś powodów martwiłam się o moją znajomą i przypuszczałam, że nie dzieje się u niej dobrze. Możliwe, że parokrotnie przesadziłam z moją troską. Zawsze jednak starałam się nie mieszać naszych relacji prywatnych ze sprawami zawodowymi.

Zdarzało mi się również współpracować z osobami, które znałam z kina lub z telewizji, a także prowadzić rozmowę na tematy zawodowe z jedną z najpopularniejszych polskich piosenkarek. Byłam pod ogromnym wrażeniem kultury i życzliwości tych osób. Kto to był? Nie powiem. Nie dlatego spotykali się ze mną, żebym mogła teraz chwalić się w Internecie, że poznałam tego i tamtego!


Dlaczego o tym piszę?


Zupełnie niedawno, w luźnej rozmowie kilku osób, które w zasadzie chwilę wcześniej się poznały, padły w mojej obecności słowa "moim najtrudniejszym klientem był...". Tak, nazwisko też padło. Bardzo znane. Choć nie chciałam tego i ani trochę o to nie zabiegałam, posiadłam tym samym wiedzę o delikatnej i nieprzyjemnej sprawie związanej z osobą kontrowersyjną, której teoretycznie ktoś mógłby chcieć zaszkodzić. Dano mi - i nie tylko mi - taką możliwość, dano nam wiedzę, która powinna być dla nas niedostępna.

Nie była to, niestety, jedyna taka sytuacja. Parę lat wcześniej na jednej imprezie niepozbawionej procentów, ktoś w niewątpliwym stanie upojenia podzielił się ze mną, oczywiście nieproszony, równie nieprzyjemną informacją na temat ojca naszej wspólnej znajomej. Nawet zresztą nie wiem, czy chodziło o niego, czy po prostu ktoś wyciągnął daleko idące wnioski na podstawie zbieżności nazwisk. To nie ma znaczenia. Ktoś, komu powierzono delikatne dane osobowe, nie powinien był ich wykorzystywać w prywatnej rozmowie.

Dlaczego to takie ważne?


Przede wszystkim, łamanie tajemnicy zawodowej jest niezgodne z prawem. Konsekwencje mogą być różne w zależności od kalibru przewinienia, od zwolnienia z pracy aż po karę pozbawienia wolności na podstawie artykułu 266 Kodeksu Karnego. 

Wiadomo, nie pójdziesz do więzienia za to, że powiesz komuś: "a, rozmawiałam w pracy przez telefon z Taką Ważną Osobą!". Konsekwencje karne dotyczą znacznie poważniejszych przewin. Warto jednak mieć świadomość, że ujawnianie poufnych danych, z którymi spotykamy się w pracy, jest prawnie zabronione. Naprawdę, jest tyle innych tematów, które można poruszyć w rozmowie...

Poza tym - zastanówcie się. Wasze dane osobowe też są w rękach ludzi, wielu różnych ludzi. Ktoś opiekuje się Twoim rachunkiem bankowym, ktoś zna Twoją dokumentację medyczną, ktoś wie, że zalegasz z jakąś płatnością. Ktoś wie, jaką telewizję oglądasz i jakie masz ubezpieczenie. To są ludzie, tacy jak Ty czy ja. To mogą być również ludzie, którzy znają Was lub Waszych znajomych. W końcu świat jest mały. Czy nie chcielibyście wierzyć w to, że ci ludzie traktują Wasze dane z należytym szacunkiem i nie naruszają tajemnicy zawodowej? Czy chcecie czuć się spokojnie, nie obawiając się. że komuś na jakiejś imprezie wypsnie się informacja o Waszych finansach czy o stanie zdrowia?

Traktujcie innych tak, jak sami chcecie być traktowani. Zostawcie sprawy służbowe w pracy, a na imprezie porozmawiajcie lepiej o pogodzie. Ponoć idzie ochłodzenie.

Oddaję ten tekst w Wasze ręce z lekkim drżeniem serca, mam jednak nadzieję, że spotka się z Waszym zrozumieniem. A może z intensywną dyskusją?


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Posłuchaj ze mną muzyki.

Lennon Stella
Źródło: Youtube.
Od dawna miałam ochotę napisać ten tekst. Okazja jest idealna, bo mam wrażenie, że po niedawnych poważnych wpisach zrobiło się dość smutno na tym blogu. A kiedy gra ulubiona muzyka, trudno się nie uśmiechnąć :) Zapraszam do posłuchania ze mną muzyki, która najczęściej rozbrzmiewa w moich czterech ścianach.

Funkcjonuję wystarczająco długo w mediach społecznościowych, by wiedzieć, że ludzie lubią przede wszystkim te piosenki, które znają. Rzadko zdarza się, że ktoś poświęci czas na kliknięcie w link, pod którym kryje się nieznana mu piosenka. Chciałabym Was prosić, o ile macie na to czas i macie taką możliwość, żeby tym razem było inaczej. Posłuchajcie razem ze mną. To nie są zwykłe piosenki - co najmniej jedna osoba, którą znacie, uważa je za ważną część swojego życia. Teoretycznie istnieje szansa, że staną się równie wyjątkowe dla Was.

Zaczynamy!

1. "Nashville", czyli country, blues, gospel.


Od kilku lat właśnie to gra u mnie najczęściej. Pomyśleć, że przed "Nashville" uważałam muzykę country za coś w stylu amerykańskiego disco polo z kowbojskimi kapeluszami i gitarą. Kiedy dowiedziałam się, że kolega męża poleca nam do obejrzenia świetny serial o wokalistach country, byłam zaciekawiona, ale też żałowałam trochę, że ten świetny serial nie jest np. o wokalistach rockowych. Pierwsza piosenka, która pojawiła się w serialu - "Already gone" (będąca nawiasem mówiąc aż do piątego sezonu największą tajemnicą serialu i jedną z dwóch najkrótszych piosenek, jakie znam, dopiero w piątym sezonie zyskała zwrotki) - pierwsza piosenka utwierdzała mnie jeszcze w moich wyobrażeniach na temat country. Ale już następne piosenki, które pojawiły się w pierwszym odcinku, nie pozostawiły złudzeń - czekała nas wielka muzyczna uczta. Posłuchajcie, jeśli nie wierzycie.

Clare Bowen & Sam Palladio - "If I didn't know better" 

Dlaczego napisałam "country, blues, gospel"? Muzyka country w serialu flirtuje z tymi dwoma gatunkami, jak również i z rockiem. Szczególnie fascynuje mnie połączenie, a raczej współwystępowanie country i gospel, nieoczywiste, odważne i piękne. Jako że uwielbiam i country, i gospel, jest to dla mnie połączenie marzeń.

Chaley Rose - "Wayfaring Stranger"

Właściwie mogłabym teraz zasypać Was linkami do genialnych utworów z "Nashville" i na tym zakończyć ten wpis. Ale są jeszcze inne piosenki, których chcę z Wami posłuchać. Dlatego wybrałam tylko kilka szczególnie dla mnie ważnych, a reszty - mam nadzieję - poszukacie sami.


Hayden Panettiere - "Consider me"


Lennon Stella - "Wild card" 
UWAGA! Jeśli macie zamiar zacząć oglądać "Nashville", w końcówce tego filmu jest znaczący spoiler!


Aubrey Peebles - "The Book"

2. Klasyka rocka.


Nie oszukujmy się - przeboje, które kocha cały świat, kocham i ja :) Nie jestem pod tym względem ani trochę wyjątkowa. Nawet jeśli kilkanaście lat temu koleżanki patrzyły na mnie jak na dziwoląga, bo cieszyłam się jak szalona ze świeżo zakupionej płyty Pink Floyd, a one zasłuchiwały się wówczas w najnowszych przebojach Shaggy'ego.

To jednak nie przypadek, że wszelkie listy przebojów wszechczasów okupują potężne, szlachetne ballady i hymny rockowe. To jest muzyka, która się nigdy nie starzeje, do której się wraca, której słuchają kolejne pokolenia.

Wszyscy znają takie utwory jak "Stairway to heaven", "November rain" czy "Wind of change", więc celowo w moim zestawieniu umieszczam inne, równie piękne, których mogliście jeszcze nie słyszeć.


Robert Plant - "Moonlight in Samosa"


Slade - "Far, far away"


Budgie - "Parents"


King Crimson - "Epitaph"

3. Loreena McKennitt "Dark night of the soul".


Moja fascynacja tym utworem to jakaś przedziwna historia. Trudno nawet nazwać mnie fanką Loreeny. Doceniam kunszt artystyczny i umiejętności, jednak większość jej utworów zwyczajnie mnie usypia, a słuchanie jej płyty przeważnie kończy się tym, że po przesłuchaniu kilku utworów, których nawet nie umiem zanucić, i tak wracam po raz kolejny do "Dark night of the soul".

To jest jedyna piosenka spośród wszystkich, absolutnie wszystkich, które znam, której mogłabym słuchać bez końca i zawsze stanowi dla mnie równie intensywne przeżycie. Jedyna, która nie jest w stanie mi się znudzić, obrzydnąć, spowszednieć. Co o tyle mnie zadziwia, że przecież jej kompozycja jest tak prosta, że wręcz monotonna: zwrotka - refren - zwrotka - refren - zwrotka - refren - zwrotka - delikatna wokaliza na koniec. Nic skomplikowanego.

Urzeka mnie jej klimat pełen namiętności. Oraz fakt, że nawet gdy się wie, że jej słowa to poemat św. Jana od Krzyża i dotyczą tak naprawdę Boga, a nie dwojga kochanków - to ta wiedza nie sprawia, że ta namiętność wydaje się czymś niewłaściwym, raczej dodaje głębi całej piosence, którą można interpretować na dwa sposoby.


Loreena McKennitt - "Dark night of the soul"

4. Muzyka przełomu lat 60. i 80. :)


Celowo tak napisałam. I nie oznacza to wcale, że nie lubię lat siedemdziesiątych. Owszem, bardzo je lubię. Uważam jednak, że jeśli chodzi o muzykę, lata sześćdziesiąte i osiemdziesiąte łączy jakiś wspólny mianownik, który mnie właśnie szczególnie pociąga. Muzyka lat 80. odwołuje się do lat 60., wraca do niej, czerpie z niej. Jest w niej też jakaś taka melancholia, jakby tęsknota za minionymi latami. Sami posłuchajcie.


Gene Pitney & Marc Almond - "Something's gotten hold of my heart"


Chistopher Cross - "Arthur's Theme (Best that you can do)"


Shakin' Stevens - "Teardrops"

5. Energicznie, dynamicznie, rockowo!


Jeśli zaczynacie już podejrzewać, że słucham wyłącznie ballad, mam dla Was coś na ożywienie :) Tak naprawdę uwielbiam rocka i choć te piosenki nie zawsze przychodzą mi do głowy, gdy ktoś pyta mnie o moje ulubione tytuły, to jednak dają mi zawsze mnóstwo radości i pozytywnej energii.


The Offspring - "Self esteem"


AC/DC - "You shook me all night long"


Papa Roach - "Last resort"

6. I wiele innych.


"I dreamed a dream" z musicalu "Les Miserables". "Uninvited" Alanis Morrisette. "Fantasy" zespołu Earth, Wind & Fire. "Innuendo" Queen. "Fade to black" Metalliki. "By the sword" Slasha. "Fast car" Tracy Chapman. "Invisible touch" zespołu Genesis. "You win again" zespołu Bee Gees. "Wuthering heights" Kate Bush. "My immortal" Evanescence. "The Rose" Bette Midler. "Are you strong enough to be my man?" Sheryl Crow. "River of time" Lauren Christy. "Holding back the years" Simply Red. "List" Edyty Górniak. "Objazdowe nieme kino" Perfectu. "Jest taki samotny dom" Budki Suflera. "Requiem dla siebie samej" zespołu Dwa Plus Jeden. "Don't stop believin'" Journey. "Lune" z musicalu "Notre Dame de Paris". "You haven't seen the last of me" Cher. "Stressed out" zespołu Twenty One Pilots. "Jah heavy load" Ijahmana Leviego. "Oxygen" zespołu JJ72. Mogę tak wymieniać do jutra, a i tak podejrzewam, że będę jeszcze parę razy uzupełniać ten tekst, bo to po prostu niemożliwe, żebym wymieniła wszystkie utwory, które powinny się tu znaleźć. Piosenki różniące się gatunkami muzycznymi, czasem powstania, treścią.

Kilkanaście lat temu czułam, podobnie jak moi rówieśnicy, silną potrzebę określenia tego, kim jestem i jakiej muzyki słucham. Teraz myślę, że nie warto w ramach poczucia przynależności do jakiejś grupy słuchaczy danego gatunku zamykać się na dobre piosenki, które w pierwszej chwili wydają się niekoniecznie z mojej bajki. Słucham tego, co mi się podoba, co mnie w jakiś sposób porusza.

Będzie mi bardzo miło, jeśli podzielisz się ze mną swoimi wrażeniami na temat tej listy. Może któraś piosenka szczególnie Ci się spodobała?

piątek, 4 sierpnia 2017

Już prawie osiem miesięcy karmienia piersią.

Fot. Marcin Tytko
http://marcintytko.wixsite.com/fotografia
Wspominałam już tu parokrotnie na temat karmienia piersią. Zdecydowałam się jednak napisać o tym trochę więcej. Jak zawsze - nie z pozycji eksperta, ale z pozycji osoby, dla której jest to temat aktualny i świeży. A przy okazji - zgadnijcie, co właśnie robię w tej chwili ;)

Karmię piersią już prawie od ośmiu miesięcy. Jakieś półtora miesiąca temu zaczęłam wprowadzać do diety Roberta inne pokarmy. Już teraz czuję, że kiedyś będzie mi bardzo brakowało tej wygody, jaka wiąże się z karmieniem piersią. Jeśli oczywiście nie ma problemów z laktacją, karmienie piersią to najłatwiejszy i najprzyjemniejszy sposób karmienia dziecka: nie musisz martwić się o przygotowanie jedzenia, o to, czy porcja jest odpowiednia, czy skład jest zdrowy, po prostu karmisz, korzystasz z dobrodziejstwa natury.

Chciałabym podzielić się z Wami kilkoma informacjami. Kto wie, może komuś z Was naprawdę się przydadzą.

Prawidłowa pozycja (i czy musisz się jej trzymać).


W czasie ciąży musiałam podjąć bardzo wiele decyzji. Jedne były lepsze, inne gorsze. Zapisanie się do szkoły rodzenia uważam za jedną z tych zdecydowanie najlepszych. Wiedza, którą wówczas uzyskałam, pomogła mi już po porodzie umiejętnie przystawić moje dziecko do piersi i uniknąć niedogodności wiążących się z niewłaściwą pozycją do karmienia. To bardzo ułatwiło życie nam obojgu.

Jak należy przystawić dziecko do piersi? Tak żeby i jemu, i matce było wygodnie. Brzuszek dziecka leży na brzuchu matki, jedna ręka matki trzyma dziecko tak, żeby móc delikatnie sterować jego główką, druga ręka podaje dziecku lekko spłaszczoną pierś. Ważne jest, aby usta dziecka objęły całą brodawkę, nie tylko koniec sutka.

Zobacz, jak to wygląda na ilustracji:

Źródło: Przychodnia Medyczna VENA
Dzięki tej pozycji dziecku jest łatwiej, Tobie wygodniej, a umiejętne podanie dziecku całej brodawki sutkowej sprawi, że dziecko dostanie cały pokarm, który kryje się w Twojej piersi i nie pogryzie Ci sutka - a uwierz, że nawet bez zębów jest w stanie to zrobić :)

Dobrze, ale czy musisz za każdym razem trzymać dziecko w tej pozycji i używać do karmienia obu rąk? Bardzo szybko przyda ci się przynajmniej jedna wolna ręka. Choćby po to, żeby sięgnąć po coś do picia - prawdopodobnie na początku będzie Ci się często chciało pić podczas karmienia. Ja piłam ogromne ilości wody. Poza tym, co tu dużo mówić, szybko zacznie Ci się nudzić. Dziecko (szczególnie na początku) je około 20-30 minut, trudno wytrzymać przez cały ten czas i nie ruszać rękami. Nie martw się, przyszła karmiąca mamo, poradzisz sobie. Stopniowo uwolnisz najpierw jedną rękę, potem obie. Ja w tej chwili mam obie ręce wolne, gdy karmię. I jasne, że nie odkurzam w tym czasie mieszkania ani nie robię zbyt skomplikowanych rzeczy, ale z przyjemnością korzystam z tej swobody, gdy dziecko jest przez dłuższy czas spokojne, a ja mogę np. coś poczytać. To jest nasz wspólny czas na odpoczynek.
Czasem karmimy się w pozycji leżącej, czasem jeszcze w innej, jak nam jest wygodnie w danej chwili. Kiedy nabierzecie wprawy, Ty i dziecko, ta czynność staje się dla Was całkowicie naturalna. Jest naturalna.

"Robisz to źle", "robisz to dziwnie", "a jakie są Pani odczucia?".


Przygotowana w szkole rodzenia, pełna zapału i dobrych myśli, prowadzona przez świeżo nabyty instynkt macierzyński, przystawisz swoje nowo narodzone dziecko do piersi. Wiesz, jak to zrobić i chcesz robić to po swojemu. Bądź gotowa, droga przyszła matko karmiąca, na to, że będziesz karmiła swoje dziecko po swojemu... u siebie w domu. Póki będziesz w szpitalu, jest całkiem prawdopodobne, że każda lekarka i każda położna czuły się zobowiązane do pouczenia Cię i przedstawienia swojej wizji karmienia piersią. Ja musiałam np. wypełniać rozpiskę, o której godzinie karmiłam dziecko i przez ile minut jadło. Ideałem, do którego miałam dążyć, było karmienie równo co trzy godziny. Ponieważ nie od razu pojawił się u mnie pokarm, a Robert ewidentnie się nie najadał, wkrótce byłam totalnie skołowana i nie wiedziałam już, czy karmię go za często, za rzadko, za długo czy za krótko i czy przypadkiem nie robię mu przy okazji jakiejś krzywdy. 

Na szczęście przyszła do mnie w końcu cudowna położna, która uczyła mnie w szkole rodzenia. Kiedy usłyszała, jaki mam problem, ona jako jedyna zapytała: "a jakie są pani odczucia"? I zachęciła mnie do tego, żeby zaufać przede wszystkim sobie i wyłowić z tego gąszczu dobrych rad to, co wydaje mi się odpowiadać mnie i Robertowi. 

Kiedy wyszliśmy ze szpitala, nie potrzebowaliśmy już rozpiski, nie potrzebowaliśmy kolejnych teorii i rad. Poradziliśmy sobie bez nich. Co nie znaczy, że już żadne rady i teorie się nie pojawiły :) Nie tylko lekarze i położne mają swoje wizje prawidłowego karmienia. Koleżanki i rodzina również je mają :)

Skoki rozwojowe.


O tym również miałam szczęście dowiedzieć się jeszcze w szkole rodzenia, więc z przyjemnością przekazuję wiedzę dalej. Świadomość istnienia skoków rozwojowych pomogła mi przetrwać trudne chwile, kiedy moje dziecko, które jeszcze dzień wcześniej jadło pięknie i bezproblemowo, nagle zaczęło miotać się, szarpać i płakać przy piersi, desperacko ciągnąć to z jednego, to z drugiego sutka. Zachowywał się, jakby się nie najadał. Był marudny i kiepsko spał.

Kiedy pojawiają się skoki rozwojowe i jak bardzo są intensywne, to oczywiście indywidualna kwestia. Według mojej wiedzy, najbardziej znaczące są skoki rozwojowe w okolicy szóstego tygodnia, trzeciego miesiąca i szóstego miesiąca. Ponoć w sumie jest ich aż siedem. 

Jak poradzić sobie ze skokiem rozwojowym? Trzeba uzbroić się w cierpliwość. Pamiętaj, że Twoje mleko jest najlepszym, co możesz dać swojemu dziecku. Dostosowuje się do jego potrzeb i zmienia się razem z nimi. Po kilku dniach karmienie się ustabilizuje, a Twoje maleństwo znowu będzie jadło i spało spokojnie. Nie dzieje się nic złego ani nietypowego.

Oczywiście jeśli masz jakiekolwiek obawy, warto konsultować się z położną lub z pediatrą. Ale ważne jest też, żebyś zaufała sobie. 

Dieta karmiącej matki.


To nie będzie rozsądne, jeśli będę próbowała wypowiadać się stanowczo w tej kwestii. Mogę Was odesłać do bloga Hafiji, która jest ekspertem w tej dziedzinie. Jednak Hafija też nie daje prostych odpowiedzi na pytanie, jak to jest z tą dietą matki karmiącej. Trzeba uważać na to, co się je? Nie trzeba w ogóle uważać? Wystarczy unikać niektórych produktów? Można jeść wszystko?

Trzeba pamiętać o dwóch rzeczach, które są w tym wszystkim pewne. Po pierwsze, niemowlak ma jeszcze bardzo niedojrzały układ pokarmowy. Może mieć kolki, może mieć problemy z trawieniem nawet jeśli przykładnie trzymasz się diety. Po drugie, mleko matki powstaje w gruczołach piersiowych z krwi matki, a nie bezpośrednio z tego, co matka zjadła. Czyli nawet jeśli zjadłaś smażonego kotleta, to wcale nie znaczy, że ten sam kotlet w wersji płynnej poleci z Twojej piersi do ust dziecka. Warto jeść zdrowo i różnorodnie, ale bez ciągłych obaw o to, czy zaszkodzisz swojemu dziecku.

O moich perypetiach związanych z karmieniem piersią pisałam w tym tekście. Obecnie jem już nawet kapustę, nie odmawiam sobie praktycznie niczego, jedynie sushi i alkoholu. Nie stwierdziłam żadnej korelacji między moją dietą a tym, jak Robert trawi. Musisz jednak, droga przyszła mamo karmiąca, wyrobić sobie zdanie samodzielnie. 

Karmienie piersią a alkohol.


Właśnie, jak to jest z tym alkoholem? Myślę, że ta kwestia nie budzi wątpliwości: piłaś - nie karm! Czy to jednak oznacza, że musisz całkowicie zrezygnować z alkoholu na czas karmienia piersią? Wiele mam tak robi. Ja sama - choć mogłabym żyć bez alkoholu, poczułam kilkakrotnie potrzebę udowodnienia sobie, że mogę się napić, jeśli tego chcę. 

Co zrobić, jeśli chcesz napić się piwa lub wina, a karmisz piersią? Przede wszystkim przygotuj sobie odciągnięty pokarm. Z laktatorem warto się zaprzyjaźnić, zapas pokarmu w zamrażalniku przyda Ci się chociażby w sytuacji, kiedy będziesz musiała wyjść gdzieś bez dziecka. Zatem, jeśli planujesz napić się alkoholu, przygotuj sobie taki zapas. Najlepiej zacznij pić wtedy, kiedy dziecko jest najedzone, czyli krótko po karmieniu - zyskasz trochę czasu :) Gdy dziecko ponownie zgłodnieje, daj mu odciągnięty pokarm. Po wypiciu alkoholu zjedz coś, to rozrzedzi alkohol we krwi. Gdy przyjdzie czas na następne karmienie, niewielka ilość alkoholu powinna już ulotnić się z Twojego organizmu.

A co z większą ilością alkoholu? Takiej nie spożywaj w ogóle. No coś Ty. Masz pod opieką malutkie dziecko, bądź dla niego trzeźwa. Nawet jeśli masz taki luksus, że możesz powierzyć dziecko komuś innemu na czas Twojego imprezowania, to z pewnością nie chciałabyś zajmować się nim, będąc na kacu. 

Karmienie piersią w miejscu publicznym.


Następna kontrowersyjna kwestia. Zastanawiasz się, czy możesz karmić piersią w miejscu publicznym? Odpowiem Ci pytaniem: a krępujesz się?

Ja może nie tyle krępowałam się, co miałam opory. To w końcu kawałek nagiego ciała, które może nie każdy chce oglądać. Ale powiem Ci szczerze, że z czasem to ma mniejsze znaczenie. Ważniejsze jest to, że Twoje dziecko prosi Cię, żebyś dała mu jeść.

Mojemu słodkiemu i bezproblemowemu niemowlakowi zdarzyło się zgłodnieć w restauracji, w której oprócz nas byli też inni ludzie. Zastanowiłam się przez chwilę, czy będzie im bardzo przeszkadzało, jeśli w czasie, gdy oni będą konsumować swój obiad, moje dziecko również będzie konsumowało. Po czym odpowiedziałam sama sobie, że chyba mniej kłopotliwe będzie dziecko cichutko i spokojnie ssące pierś niż dziecko płaczące wniebogłosy, bo jest głodne. I nakarmiłam go.

Tak, można się schować. Przeważnie w takiej sytuacji szukam możliwie dyskretnego miejsca. Można się zakryć. Ale wiecie, mój synek niekoniecznie lubi jeść z bluzką na twarzy, a jego wygoda jest dla mnie ważna. To jest tylko ciało, widok normalny i znany ludzkości od tysiącleci. Jeśli komuś to tak bardzo przeszkadza, to chyba w każdej sytuacji jemu jest łatwiej się odwrócić niż karmiącej chować się pod stołem.

Jeśli masz do mnie pytania - pisz śmiało, odpowiem tak rzetelnie, jak tylko umiem. Jeśli nie zgadzasz się z tym, co napisałam - tym bardziej pisz, może się mylę i powinnam zweryfikować swoje przekonania?

sobota, 29 lipca 2017

Charlie Gard nie żyje.

Źródło: BBC
Charlie Gard nie żyje. Zmarł wczoraj po odłączeniu od maszyn podtrzymujących jego życie. W przyszłym tygodniu skończyłby rok.

Wiecie, ilekroć spotykam się ze sformułowaniem "uporczywa terapia", mimowolnie wracam pamięcią do wydarzeń sprzed siedmiu lat i do jednej pani weterynarz, do której moja koleżanka przyniosła wówczas ciężko chorą, wychudzoną białą kotkę. Pani doktor uważała, że kotkę należy natychmiast uśpić. W ostrych słowach skrytykowała toczącą się walkę o uratowanie kotki. Padły słowa takie jak "eksperymentowanie na zwierzęciu", "przedłużanie cierpienia", "znęcanie się".

Kotka ma na imię Molly, właśnie widzę ją wchodzącą do pokoju. Jest zdrowa i piękna, choć dosyć drobna, jest szczęśliwa i kocha swoją rodzinę, czyli nas, potężnym sercem o wiele większym niż jej malutkie ciało.

Eksperymentowanie na zwierzęciu zakończyło się sukcesem.

Czy źle robię, porównując kota do dziecka? Może i źle. Jednak to kot dostał szansę na długie życie.

Usiłowałam być bezstronna, jeśli chodzi o sprawę Charliego Garda. Ale czy matka może być w ogóle bezstronna? Tak łatwo i jednocześnie tak trudno wyobrazić sobie ból innej matki. Matki dziecka skazanego na śmierć. Walczyła do samego końca. Gdy lekarze odmówili współpracy - ona nadal walczyła. Gdy sąd przyznał rację lekarzom - ona się odwoływała. Gdy już nie było dokąd się odwołać, ona mimo wszystko walczyła dalej.

W świecie, w którym tak bardzo cenną wartością jest wolność wyboru, wyborem rodziców Charliego było "chcemy, aby nasze dziecko żyło". I to ten wybór im odebrano.

Powiecie mi, że nie mam racji, że to było sztuczne podtrzymywanie dziecka przy życiu. A ja zapytam: czym różniło się ratowanie tego dziecka od ratowania setek, tysięcy dzieci, o których słyszymy każdego dnia, na których leczenie zbierane są pieniądze? Rozumiałabym, gdyby nie było żadnej szansy. Ale to było powiedziane wyraźnie: szansa była, szansę stanowiło eksperymentalne leczenie, na które rodzice Charliego mieli potrzebne środki.

Śledzę losy chłopczyka z Polski, który obecnie przebywa w Stanach i jest poddawany eksperymentalnej terapii. Jego życie jest dosłownie pasmem bólu. Kibicuję mu z całego serca i wierzę, że się uda. Jednak nie rozumiem, dlaczego Charlie nie mógł dostać takiej szansy.

Mama Biznesowa napisała niedawno, że jeśli masz obok siebie zdrowe dziecko, to masz wszystko. Choć zazwyczaj tak formułowane tezy budzą we mnie sprzeciw, to jednak w tym przypadku zgadzam się w stu procentach. Mam zdrowe dziecko, mam wszystko. Mój codzienny widok to radosne, żywe dziecko rozwijające się pięknie i codziennie uczące się nowych umiejętności, a nie dziecko leżące na szpitalnym łóżku, podpięte do aparatury. Moim zmartwieniem jest, jak uśmierzyć ból wywołany powoli przebijającymi się górnymi siekaczami, a nie - jak pomóc dziecku przetrwać potworny ból wywołany nieuleczalną chorobą. Mam zdrowe dziecko. Nie usłyszę w sądzie, że zapadła decyzja o zakończeniu leczenia mojego dziecka. Jeśli Bóg da, będę patrzeć na mojego syna - nastolatka, mężczyznę, ojca, może nawet dożyję chwili, gdy zobaczę jego wnuki. Mam zdrowe dziecko.

Spoczywaj w pokoju, Charlie, mały wojowniku.


czwartek, 27 lipca 2017

Nie wszystko trwa wiecznie.

Nie wiem, dlaczego to sobie zrobiłam.


A właściwie wiem: dlatego, że ja już taka jestem. Z tych samych powodów czytam artykuły o strasznych i smutnych rzeczach, choć już po nagłówku widzę, że lepiej bym zrobiła nie zaglądając tam, a potem długo nie mogę przestać o tym myśleć. Moja ciekawość jest przeważnie silniejsza od rozsądku i przeważnie wolę jednak przeczytać nawet najtrudniejszą treść niż zastanawiać się, co tam może być.

Dlatego weszłam na stronę bloga, o którym wiem dobrze, że od dawna nie jest aktualizowany. I wiem, dlaczego tak jest.

Wiedziałam, że to zaboli, i przedzierałam się - wpis po wpisie, tydzień po tygodniu przez życie ludzi zupełnie takich jak my, całkiem podobnych. Ona chyba nawet zajmuje się na co dzień mniej więcej tym samym co ja. Mieszkali dość niedaleko nas. Mają synka, tak jak my. Mają czy mieli? Nawet nie wiem, jakiego czasu się używa w takiej sytuacji. Chyba jednak teraźniejszego. W końcu dziecko jest tym, co nadal łączy tych dwoje.

Strasznie się kochali.


Zdaje się, że to na tym blogu znalazłam inspirację dla jednego prezentu, który podarowałam mężowi. Żałowałam, że sama nie wpadłam na ten pomysł. 

Jaka to ironia losu, że kilka zdań wklepanych na klawiaturze i wrzuconych do Internetu okazuje się trwalsza niż "ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską". To wszystko nadal tam jest. Te wyznania, te prezenty, te słodkie słowa. Wpis o tym, że rodzina jest zgraną ekipą. Krótko potem wpis o tym, że życie się zawaliło...

Uświadomiłam sobie na własnym przykładzie, że czytelnicy nigdy nie widzą pełnego obrazu. I Wy też nie widzicie wielu aspektów codziennego życia mojej rodziny. Nie widzicie, jak bardzo czasem nam się nie chce, że czasem nie mamy siły, że czasem miewamy dość. Nie widzicie codziennych problemów. I gdyby... Gdyby kiedykolwiek coś miało pójść niezgodnie z planem, to i Wy zdziwilibyście się: jak to? Przecież była zawsze taka szczęśliwa!

Małżeństwo to seria prób.


Nieco ponad osiem lat temu, po naprawdę trudnym doświadczeniu i bolesnym rozstaniu uważałam, że to naiwne, wkraczać w związek małżeński z kimś, kogo się nie wypróbowało, z kim się nie pomieszkało przez jakiś czas i nie zaznało się wspólnej codzienności. Dzisiaj, starsza i mądrzejsza o osiem lat szczęśliwego związku sądzę, że naiwnością było zakładanie, że drugą osobę można przetestować. Prędzej czy później zawsze znajdziecie się w sytuacji, jakiej wcześniej nie było i w jakiej żadne z Was nie miało okazji się sprawdzić. Wspólne mieszkanie to tylko jedna z wielu prób, wcale nie najtrudniejsza ani najważniejsza.

Dla mnie i mojego męża rodzicielstwo jest póki co jedną z trudniejszych prób. Przypuszczam, że nie różnimy się pod tym względem od wielu młodych małżeństw. Potrafię sobie z łatwością wyobrazić parę, która nie przetrwała takiej próby. Nie oszukujmy się, urodzenie dziecka nie zmieniło mnie ani w Miss Polonia, ani w anioła. W dodatku pojawienie się trzeciego lokatora w naszej sypialni oznacza dokładnie to, co oznacza, z wszystkimi urokami i niekoniecznie urokami tej sytuacji. Serio, jeśli kiedykolwiek wymykaliście się rodzicom czy opiekunom i przeżywaliście przygody przedmałżeńskie, to jest to pikuś w porównaniu z przygodą małżeńską, którą przeżywasz, kiedy razem z mężem wymkniecie się słodko śpiącemu niemowlakowi. To jest dopiero adrenalina!

Bywam zmęczona, a czasem powiedziałabym raczej, że bywam wypoczęta. Widok odpoczywającego męża nie przeszkadzałby mi ani trochę, gdyby nie fakt, że ja również bardzo chętnie położyłabym się obok, tak jak robiłam to przez lata, tak jak robiłam to jeszcze niedawno. A teraz nie mogę. Często kumulują się we mnie negatywne emocje, które prędzej czy później muszą znaleźć ujście. A jednocześnie - i dzięki Bogu! - nie zdarza mi się złościć na dziecko. To przecież malutka, bezbronna istotka, która niczym nie zasłużyła sobie na mój gniew. Jednak oznacza to też, że jedynym adresatem moich burzowych chmur, mojej frustracji i nieraz naprawdę nieładnych słów jest mój mąż. Nie zazdroszczę.

Kiedyś miałam zasadę: możemy się kłócić, obyśmy tylko się pogodzili, zanim pójdziemy spać. Żebyśmy zawsze mogli powiedzieć sobie dobranoc i przytulić się. Teraz już i tę zasadę udało nam się raz czy dwa razy naruszyć. Ale po nocy zawsze przychodzi dzień i jeśli nawet nie było dobranoc, to przecież można to naprawić słodkim pocałunkiem na dzień dobry. Ostatecznie ważniejsze od wszystkich zasad, postanowień i ustaleń jest to pierwsze: "ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską".

Nie chodzi o to, żebyśmy oboje skrupulatnie wypełniali wszystkie punkty i zaliczali kolejne testy jak w szkolnej ławie, ale żebyśmy uczyli się wspólnie, jak wychodzić pomyślnie z kolejnych prób, którymi obdarza nas los.

A co, jeśli jednak się nie uda?


Znam kilka samotnych matek. Znałam małżeństwa, które się rozpadły. Ja sama kochałam już jednego mężczyznę przed moim mężem. Nie wyszłam za niego za mąż, ale naprawdę niewiele brakowało. Gdyby doszło do tego ślubu, na pewno już w tej chwili byłabym po rozwodzie, z dzieckiem czy bez dziecka. Ciekawe swoją drogą, czy osoby, które były tak bardzo oburzone naszym rozstaniem, zdają sobie z tego sprawę. 

Ale co chcę Wam powiedzieć? Życie się nie kończy w momencie rozstania. Ja znalazłam największą miłość już po tym, kiedy myślałam, że świat się zawalił i nic dobrego już mnie nie spotka. A przecież i wcześniej kochałam szczerze, ta miłość, której już nie ma, była prawdziwa. Choć na wspomnienie chwil spędzonych z byłym narzeczonym czuję raczej irytację niż romantyczne wzruszenia, to jednak pamiętam dobrze, co czułam i to było autentyczne, to było naprawdę. 

Czasem coś musi się skończyć, nawet coś dobrego, po to, żeby przyszło coś lepszego. Coś najlepszego. Wierzę, że autorka czytanego przeze mnie bloga ma to najlepsze jeszcze przed sobą. Równie mocno wierzę w to, że ja mam swoje najlepsze tu i teraz, codziennie blisko siebie, codziennie w moich ramionach.

wtorek, 18 lipca 2017

5 x NAJ..., czyli subiektywne zestawienie wyjątkowych filmów

Zdarza mi się nieraz, że gdy widzę jakiś film i jest on dla mnie w jakiś sposób wyjątkowy, przychodzi mi do głowy myśl "muszę kiedyś o nim napisać". Potem najczęściej o tym zapominam. Nawet kiedy zmobilizowałam się raz do stworzenia subiektywnej listy dziesięciu najważniejszych dla mnie filmów, nie zdołałam umieścić na niej nawet połowy tych najważniejszych, najbardziej znaczących, najbardziej wyjątkowych.

Dzisiejsze zestawienie też na pewno nie będzie kompletne. Ale mam ten komfort, że nic nie stoi na przeszkodzie, abym kiedyś zrobiła następne ;) To nie jest lista moich ulubionych filmów, ani też lista najważniejszych, jakie w życiu widziałam. To raczej luźne i nieco przypadkowe zestawienie filmów, które w jakiejś specyficznej kategorii okazały się dla mnie tymi NAJ, a łączy je to, że nie są w żadnej z tych kategorii zbyt oczywistym wyborem.

1. Film najbardziej wartościowy.


Chasing Mavericks, 2012
Źródło: Filmweb
Ok, na pewno istnieje mnóstwo bardziej wartościowych filmów i pewnie wiele z nich widziałam. Ostatecznie to nie jest film o wielkich ludziach robiących wielkie rzeczy... Przynajmniej nie w tym sensie. To jest film o plaży, wielkich falach i dwóch mężczyznach: jednym młodym, zuchwałym i niepokornym i drugim, dojrzałym, odpowiedzialnym, kochającym. Na pierwszy rzut oka w tym filmie nie ma nic więcej niż to, co zobaczył w nim jeden recenzent: deski surfingowe i skąpo ubrane dziewczyny. (Bez przesady. One są po prostu w kostiumach kąpielowych).

Tymczasem, jeśli zechcesz zobaczyć drugie dno w tej historii opartej na faktach, to dowiesz się z niej między innymi, że można przeżyć życie bez gniewu, unoszenia się dumą i chowania urazy, a do przebaczenia wystarczy wyciągnięta dłoń - bo życie, miłość i pasja są zbyt ważne, żeby tracić czas na trwanie w negatywnych emocjach. Zobaczysz, że czasem rodzina to nie tylko te osoby bezpośrednio spokrewnione ze sobą, ale czasem najbliższą rodzinę poznajesz i wybierasz i to ona pozostaje Twoim jedynym filarem, gdy wszystko inne wydaje się zawodzić. Wreszcie - że nie ma marzenia zbyt szalonego i zbyt odważnego i że warto iść za swoją miłością i pasją aż do samego końca.

Ten prosty film o surferach do tej pory tkwi w mojej głowie. Zawsze go polecam, gdy ktoś chce obejrzeć coś wartościowego.

2. Film najbardziej artystyczny.


Amelia, 2001
Źródło: Filmweb
Zawsze byłam przekonana, że "Amelia" jest czymś więcej niż historyjką o dziewczynie znajdującej chłopaka. Bywam odosobniona w tym poglądzie. Pamiętam do tej pory, jak osoba, będąca dla mnie chyba największym autorytetem w dziedzinie filmów, wypowiedziała się o "Amelii" krytycznie i lekceważąco i dodała, że czeka na europejski film o bohaterce, która znajduje miłość i jest przy tym inteligentna, dowcipna, gruba i brzydka. No cóż. Utożsamienie się z bohaterką graną przez prześliczną Audrey Tatou nie jest łatwe ani dla mnie, ani dla wielu kobiet, które znam, no bo niby wiemy, że ona taka nieśmiała i samotna i zagubiona, ale my same w naszych samotnościach i nieśmiałościach nie czujemy się ani w połowie tak urocze.

Niemniej, lubię patrzeć na to wszystko, co składa się na świat przedstawiony filmu o uroczej Amelii. Bo widzę tam spore bogactwo. Przede wszystkim bogactwo sztuki. Świat Amelii roi się od artystów. Sąsiad pieczołowicie odtwarzający obraz Renoira, tajemniczy Nino i jego album złożony z poskładanych na nowo kawałków podartych zdjęć, obrazy w pokoju Amelii... Wszystko to jest przepełnione duchem sztuki, magii, wyobraźni. Artystyczny jest też sam obraz Paryża - pokolorowanego, "wyczyszczonego" z graffiti, nie do końca realnego i współczesnego, pełnego dźwięków akordeonu. "Amelia" to też film o tym, że każdy z nas jest inny, ale w tej inności jednak jesteśmy do siebie bardzo podobni: mamy swoje wspomnienia z dzieciństwa, swoje małe przyjemności, swoje drobne dziwactwa, swoje tęsknoty i marzenia.

3. Film najbardziej mieszający w głowie i dający do myślenia.


W głowie się nie mieści, 2015
Źródło: Filmweb
Oglądałam sporo takich filmów i niełatwo mnie zaskoczyć. W końcu uwielbiam tematykę światów równoległych, innych wymiarów, podróży w czasie. Widziałam wiele dobrych, trudnych filmów, które zrobiły na mnie wrażenie i skłoniły do długich przemyśleń. A jednak w tej kategorii wygrywa kreskówka dla dzieci.

Właściwie - dla dzieci i nie tylko dla nich. Jak niemal każda kreskówka powstała po roku 2001, "W głowie się nie mieści" próbuje trafić zarówno do młodszych, jak i do starszych odbiorców. Robi to jednak - zresztą z powodzeniem - w inny sposób niż pozostałe kreskówki; nie przez mrugnięcia okiem i mniej lub bardziej zakamuflowane dowcipy tylko dla dorosłych, ale przez bardzo poważne i dorosłe treści ukazane w kolorowej i przystępnej formie. "W głowie się nie mieści" pokazuje moim zdaniem lepiej niż niejeden "poważny" film na ten temat, na czym polega i jak wygląda depresja u dziecka. Czy nadużywam tutaj słowa depresja? Być może - w końcu problemy małej Riley udało się rozwiązać nieco łatwiej, niż byłoby to możliwe w przypadku prawdziwej choroby. Jednak jeśli miałabym sobie wyobrazić kreskówkę mówiącą stricte o dziecięcej depresji, to widziałabym ją właśnie tak: stopniowo upadające fundamenty, coraz większa obojętność, "wyłączanie" kolejnych emocji. Koszmarne sny.

Dlaczego jeszcze ten film zamieszał mi w głowie? Zaczęłam zastanawiać się w pewnym momencie, które z przedstawionych (lub wspomnianych) w nim wydarzeń można nazwać realnymi. I nadal nie znam prostej odpowiedzi na to pytanie. OK, wiem, że to jest bajka i nic z tego nie wydarzyło się naprawdę, ale jednak każda fabuła ma swój świat przedstawiony i swój ciąg wydarzeń. A tutaj? Oczywiście mamy Riley i wydarzenia z jej życia, utratę pracy jej taty, przeprowadzkę, próby odnalezienia się w nowym miejscu... Jednak to nie Riley jest tak naprawdę główną bohaterką tego filmu, a emocje w jej głowie. Zatem cała podróż Radości i Smutku, ich walka o powrót do centrum dowodzenia, cała Fabryka Snów, wyspy osobowości - czy to dzieje się naprawdę? A wymyślony przyjaciel Riley spotkany przez Radość, czy on jest prawdziwy, czy właśnie... wymyślony? W tej rzeczywistości, w której Radość i Smutek przemierzają zakamarki umysłu Riley, jest on przecież równie realny jak one dwie i cała reszta emocji. A czy emocje można nazwać nieprawdziwymi, wymyślonymi? Przecież są one najzupełniej realną częścią życia. I tak można w nieskończoność...

Film polecam jako absolutnie genialny i praktycznie pozbawiony wad.

4. Film najlepiej zagrany.


Moon, 2009
Źródło: Filmweb
O "Moon" mogę pisać tylko w superlatywach. Jeden z najlepszych, najbardziej poruszających, najbardziej głębokich filmów science-fiction, jakie widziałam. Odrobinę niedoceniony, ale to mnie na swój sposób cieszy - bo mogę mieć "swój" ulubiony film, którego nie widziały tłumy i którym nie zachwyca się dosłownie każdy. Mogę szukać nawiązań do "Moon" w innych, bardziej znanych filmach i cieszyć się tym, że nie każdy je dostrzeże.

Największą siłą "Moon" jest aktorstwo. Nie efekty specjalne, których jest mało, nawet nie scenariusz, który jest wyjątkowo ciekawy, ale wielki popis aktorski Sama Rockwella i niemal równie dobrego Robina Chalka. Nie wspominając już o głosie Kevina Spaceya. Dlaczego żaden z panów nie był nawet nominowany do Oscara za występ w tym filmie? Cóż, to tylko science-fiction, gatunek raczej konsekwentnie pomijany przez Akademię Filmową.

Co jest tak wyjątkowego w rolach Rockwella i Chalka? Chyba nie mogę tu napisać zbyt wiele bez zdradzania znaczących tajemnic fabuły, a chciałabym, żebyście obejrzeli ten film i jeszcze nie wiedzieli. Są znakomici. Tyle mogę powiedzieć.

5. Film, który najbardziej mnie zaskoczył.


Czy Wy też macie tak, że gdy tworzycie jakieś zestawienia i listy, to najtrudniejszy jest punkt ostatni? Ja zawsze mam z nim problem. Bo nagle zaczynam czuć, że ogranicza mnie skończona liczba punktów. I widzę co najmniej kilka pozycji godnych zostania numerem 5. Albo 7. Albo 10. W zależności od tego, jak duże umyśliłam sobie zestawienie.

Nie inaczej było teraz. Co gorsza, zapomniałam, jaki film miałam na myśli, kiedy zaczynałam pisać ten tekst - a na pewno miałam w głowie pięć filmów. W międzyczasie zastanawiałam się, czy nie zrobić większego zestawienia i nie wzbogacić listy o kolejne filmy, więc kandydatów na numer 5 mam nawet kilka i nie wiem, który z nich najbardziej zasłużył na miejsce tutaj.

Napiszę więc o filmie, który z co najmniej kilku różnych powodów zrobił na mnie wyjątkowe wrażenie i był prawdopodobnie największym zaskoczeniem spośród widzianych przeze mnie filmów.

Terminator 2: Dzień sądu, 1991
Źródło: Filmweb
Nie sprawdziło się chyba nic z tego, co myślałam i wiedziałam o serii o "Terminatorze" przed jej obejrzeniem - oprócz oczywiście tego, że gra w nim Arnold Schwarzenegger :) Natomiast już to, co myślałam o jego aktorstwie, okazało się nieprawdziwe i krzywdzące. Rola Terminatora może nie jest najlepszym aktorskim popisem, jaki widziałam, jest jednak - moim zdaniem - znakomita i dokładnie taka, jaka ma być. Terminator raz przeraża, raz bawi, raz wzrusza, a wszystko to robi przy użyciu minimum środków wyrazu. Jest w końcu cyborgiem.

Mam przyjemność należeć do tej garstki szczęśliwców, którzy nie wiedzieli przed oglądaniem, jaką rolę odgrywa T-800 w drugiej części serii. Nie mam pojęcia, co za szczęśliwe zrządzenie losu uchroniło mnie przed tą wiedzą (a oglądałam "Terminatora" naprawdę późno, już jako dorosła osoba), ale bardzo się cieszę, że było mi dane przeżyć takie zaskoczenie. Bo muszę Wam powiedzieć, że zaskoczenie jest ogromne. Jeśli znasz pierwszą część serii i nie wiesz nic o drugiej, przeżyjesz szok.

Cała seria o Terminatorze zaskoczyła mnie ogromnie - spodziewałam się prostego filmu o elektronicznym zabójcy, filmu jak mnóstwo innych, a trafiłam przede wszystkim na ciekawą i złożoną fabułę, taką zdecydowanie w moim stylu - nie zapomnę, jak po obejrzeniu serii długo dyskutowaliśmy z mężem, próbując odtworzyć jakąś przyczynowo-skutkową (bo przecież nie chronologiczną) kolejność wydarzeń. Natomiast największe wrażenie do tej pory robi część druga, która po dość surowej pierwszej jest jednocześnie filmem akcji, komedią, a w pewnym stopniu nawet filmem familijnym, i na każdym polu broni się świetnie, a do tego ma genialną ścieżkę dźwiękową i najlepszą obsadę spośród wszystkich filmów o Terminatorze.

Co sądzicie o moim zestawieniu? Jakie są Wasze typy? O jakich filmach chcielibyście, żebym napisała następnym razem?

wtorek, 11 lipca 2017

O snach.


Przeżyłam w swoim życiu dwie spektakularne katastrofy: jedną miłosno-związkową, drugą zawodowo-finansową. Z perspektywy czasu uważam, że gorsza była ta druga, gdyż jej bezpośrednie skutki odczuwam do tej pory. Dodajmy do tego cały burzliwy okres mojego dorastania, które nawet jeśli przypominało w czymś znane seriale młodzieżowe, to ja raczej nie byłam w tym serialu żadną z postaci, którymi kiedykolwiek chcieliście być. Niestety, los obdarzył mnie wyjątkowo trwałą pamięcią, co sprawia, że moja kolekcja złych wspomnień jest znacznie większa niż bym tego chciała. Mimo tego wszystkiego, jestem absolutnie przekonana, że nigdy nie przeżyłam nic gorszego niż kilka tygodni temu, kiedy przyśniło mi się, że moje dziecko nie żyje.

Pojawienie się dziecka odkryło przede mną i moim mężem całkowicie nowy poziom koszmarów sennych. W ciągu tych niespełna siedmiu miesięcy obojgu nam dwukrotnie śniła się śmierć synka, a ja mogę do tego zestawienia dopisać jeszcze dwa sny o tym, jak zostawiłam Roberta samego gdzieś poza domem i potem długo próbowałam go znaleźć. A także sny o tym, że mały chodzi sobie swobodnie po łóżku i lada chwila z niego spadnie.

Z reguły im spokojniej Robert śpi, tym bardziej pokręcone są nasze sny. Tak jakby podświadomość przygotowywała nas na to, że jeśli dziecko jest zbyt długo ciche, to znaczy, że sytuacja jest w jakiś sposób nietypowa. Najczęściej gwałtowne przebudzenie jednego z nas budzi i jego. Potem on zazwyczaj zasypia bez trudu. My - z trudem albo wcale.

"Nie mogę zasnąć, bo jak zamykam oczy, znowu to widzę", powiedział mój mąż niedawno w nocy po jednym z takich przebudzeń. Chyba nigdy nie zapomnę, jaki był wtedy poruszony i jak przepraszał synka za jakieś swoje nieistniejące winy, które we śnie doprowadziły do tragicznych wydarzeń. Ja zasnąć mogłam, więc obróciłam się na drugi bok i zamknęłam oczy, aby śnić o długim, upalnym i pełnym różnych perypetii dniu, który kończył się tak, że miałam coś do załatwienia na dworcu w Warszawie, więc udałam się tam razem z małym w foteliku, po czym w drogę powrotną wyruszyłam już bez fotelika... Obudziłam się rano, zlana potem i przerażona, ale szczęśliwa, że to się nie wydarzyło.

A jeszcze niedawno taki śmiech pomieszany z irytacją budziły we mnie hasła krążące po Internecie, wypisane piękną czcionką na jakimś słodkim obrazku z małymi stópkami i serduszkiem z dłoni. Prawdziwą miłość i strach poznasz dopiero, gdy zostaniesz rodzicem. Dziś nadal twierdzę, że poznałam prawdziwą miłość kilka lat przed tym, zanim zostałam matką. Ale strach? Bywałam przerażona. Bywałam bezradna. Bywałam zdruzgotana. Zdarzało mi się czuć, że moje życie się skończyło. I żadne z tych uczuć nie było nawet w połowie tak okropne jak te kilka minut, może sekund, kiedy myślałam, że mojego dziecka już ze mną nie ma. 

Przepraszam. Wiem, że różne rzeczy zdarzają się w życiu i wiem, że może się tak zdarzyć, że te słowa przeczyta jakaś mama, dla której to doświadczenie jest zupełnie realne. Nie wiem i nie wyobrażam sobie, co przeżyłaś. Całe moje doświadczenie to tylko sen. Rano już było po wszystkim.

Przede mną wiele snów, i wiele nowych strachów, których jeszcze nie znam. Będę śnić o jego pierwszych krokach, o pierwszych wyjściach z domu, o jego szkole, o jego pierwszych znajomościach. Będę się bać. I będę się mierzyć z jego strachem, z jego pierwszymi nocnymi koszmarami, z pierwszymi katastrofami w jego życiu. Przetrwamy to wszystko razem. Modlę się tylko o to, żebym zawsze miała o kogo się bać.