sobota, 25 czerwca 2022

"Ada nie chce spać" Barbary Wicher - wyciszająca książka o zwykłej-niezwykłej codzienności!


Małpeczka idzie spać...
Lew idzie spać...
Kotek idzie spać...
Misio idzie spać...

To był jakiś czas temu jeden z rytuałów Roberta przed zaśnięciem - wyliczanie zwierzątek, które razem z nim idą spać. Z czasem przestał spełniać swoje zadanie, bo zamiast usypiać, zaczął rozbudzać :) Robert miał tyle frajdy z zastanawiania się nad kolejnymi zwierzątkami (a czasem i pojazdami), że opuszczała go senność! Ale miło wspominam czas, kiedy małpeczka i lew potrafili ukołysać go do snu :)

Książka "Ada nie chce spać" autorstwa Barbary Wicher w pewien sposób przywołała moje wspomnienia związane z tamtymi wieczorami. Jest to książka wyciszająca, usypiająca - podobnie jak nasz dawny rytuał. A i zwierzątka też się w niej znajdą!

Zachwyt, zaskoczenie i znowu zachwyt

"Ada..." zachwyciła mnie już okładką. Jestem wzrokowcem, a taka estetyka bardzo trafia w mój gust. Ilekroć patrzyłam na okładkę "Ady...", jakoś mimowolnie robiło mi się ciepło na sercu. Oczywiście ilustracje w środku są równie piękne, barwne, starannie wykonane i zachęcające do czytania, a ich autorką jest Aneta Krella-Moch.

Sam pomysł, na jakim oparta jest książka, wydaje się oczywisty: mała dziewczynka nie chce zasnąć, coś jednak sprawia, że udaje się ją wyciszyć i ukołysać do snu. Proste, prawda? A jednak "Ada..." obfituje w zaskoczenia.

To, co zwróciło moją uwagę na samym początku: Ada kładzie się spać w dzień, gdy słońce jest jeszcze wysoko na niebie. Dla mnie jako mamy jest to nietypowe, z punktu widzenia moich dzieci zupełnie egzotyczne - moi chłopcy zasypiają po zmroku. Zdarza się oczywiście, że są zmęczeni po intensywnym dniu pełnym zabaw, i baterie rozładowują im się wcześniej ;) Ale tu mamy dziewczynkę, która jest wysyłana do łóżka przez zachodem słońca, choć chętnie by się jeszcze pobawiła.

Wiem jednak, że w wielu domach tak to działa - są stałe godziny zasypiania, niezależne od tego, czy na niebie świeci słońce, czy też księżyc. U nas te stałe pory są po prostu trochę późniejsze niż u Ady.

Kolejnym zaskoczeniem było to, że ta wyciszająca książka przez pierwsze kilka stron... w ogóle nie wycisza! Poznajemy w niej świat Ady, pełen kolorów, ciekawostek, uroku - i sami chcielibyśmy pozostać w nim trochę dłużej, zamiast kłaść się do łóżka. Kiedy czytałam ten fragment po raz pierwszy, pomyślałam sobie: "O nie, nie ma opcji, żeby moje dzieci przy tym zasnęły!".

Ale największe zaskoczenie czekało mnie na następnych stronach...

Książka w książce

Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio spotkałam się z taką oryginalną koncepcją. Największą przygodą Ady i zasadniczą treścią książki okazuje się czytanie przed zaśnięciem. Ada czyta z mamą książeczkę o dzikich zwierzętach. Początkowo jest ożywiona, naśladuje zwierzątka, wtrąca uwagi i spostrzeżenia. Stopniowo staje się spokojniejsza, cichsza, bardziej senna, aż wreszcie zasypia. Te zmiany w jej zachowaniu są ściśle powiązane z zachowaniem zwierząt, o których opowiada książeczka.

Ten pomysł urzekł mnie jako czytelniczkę. Lubię, gdy proste codzienne czynności są ukazane w książkach w taki sposób, że wydają się najpiękniejszą barwną przygodą. Tutaj przeżywamy wraz z Adą jej emocje i wrażenia związane z lekturą ulubionej książki. Mam wrażenie, że to nieczęsto spotykany motyw w literaturze, zarówno tej dla dzieci, jak i tej dla starszych czytelników. Pamiętam, że jeden z rozdziałów książki o Marysi z drugiej klasy, o której wspominałam w tym tekście, opowiadał o jej wrażeniach związanych z czytaniem "Słoneczka" Marii Buyno-Arctowej. Innych podobnych motywów w tej chwili sobie nie przypominam - może mi podpowiecie? 


Przyznam, że moi chłopcy nie zasnęli przy książce o Adzie ;) Ale ten fakt nie wpływa na mój pozytywny odbiór tej książki. Jest napisana pięknym językiem, pełna ciepła, zrozumienia dla bohaterki i ogólnie - miłości do życia i świata :) Polecam!

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję autorce - Barbarze Wicher.

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

"10 czynności dla zdrowotności według Tobiego, kotka psotliwego" Marzeny Żurek - recenzja przedpremierowa!

Uwielbiam polecać Wam wartościowe książki. A już szczególną przyjemność mam wtedy, gdy mogę Wam polecić wartościową książkę napisaną przez autorkę, którą znam i lubię. Tak jest właśnie w tym przypadku :)

Marzenę Żurek poznałam ...dzieści lat temu, gdy obie byłyśmy nastolatkami. Już wówczas uważałam się za pisarkę, a w mojej głowie powoli zaczynała kiełkować opowieść, którą spisałam znacznie później, i która niedługo będzie mieć swoją premierę. O twórczości Marzeny natomiast nie wiedziałam nic, zupełnie nic. Dowiedziałam się dopiero dwa lata temu, gdy Marzenka wysłała mi jeden z wierszy o Tobim, kotku na schwał. Od tamtej pory śledzę z fascynacją i podziwem jej drogę pisarską, jej relacje ze spotkań autorskich i wszystkie fantastyczne działania, które podjęła, by kotek Tobi dotarł ze swoimi mądrymi radami do jak najszerszego grona młodych odbiorców.

Uroczy, puchaty kot (narysowany w mój absolutnie ulubiony sposób, czyli zero karykatury, a samo kocie piękno!) i mądre porady dotyczące zdrowego odżywiania się i trybu życia - co za doskonałe połączenie! Wyrazista, łatwo zapamiętywalna postać Tobiego z miejsca zdobędzie uwagę tych czytelników, których twarz rozpromienia się na widok kociej mordki. Porady napisane prostym językiem, ilość tekstu, która nie przytłacza, a dzięki rymom łatwo wpada w ucho - to idealny sposób, by trafić do dziecięcego odbiorcy :) Niewątpliwie pomysł Marzeny się sprawdził, i dlatego dzielny Tobi doczekał się kolejnej książki, w której dzieli się z dziećmi swoją mądrością. Nosi ona tytuł: "10 czynności dla zdrowotności według Tobiego, kotka psotliwego".

O ile pierwsza część, czyli "Żywieniowe przygody Tobiego..." skupiała się na kwestiach dotyczących zdrowej diety, "10 czynności..." porusza nieco szerszą tematykę. Rymowane porady Tobiego dotyczą tutaj takich kwestii jak higiena osobista, znaczenie sportu i ruchu w codziennym rytmie, rola odpoczynku i snu, a także oczywiście - zdrowe posiłki spożywane o odpowiednich porach.

Tobi przygląda się porządkowi dnia, od śniadania zjedzonego z samego rana (to ważne, by o nim nie zapominać!), poprzez poranną higienę, obowiązki szkolne, aż po wieczorny odpoczynek i kolację zjedzoną 2 godziny przed dobrym i zdrowym snem. Myślę, że całkiem sympatycznym pomysłem byłoby spróbować spędzić cały dzień, stosując się dokładnie do wytycznych Tobiego - zresztą, kto mówi o jednym dniu? Gdy młody czytelnik zaprzyjaźni się z psotliwym kotkiem i zaufa jego mądrym radom, może się okazać, że zacznie pilnować zasad higieny i stałych pór posiłków bardziej niż kiedykolwiek - bo Tobi tak powiedział. Pamiętam z mojego dzieciństwa, a teraz widzę to samo u moich dzieci - że celne stwierdzenia płynące z ust postaci z bajek wielokrotnie zapadają w pamięć mocniej niż uwagi pań w przedszkolu. Nie od dzisiaj wiadomo, że nauka staje się bardziej efektywna, gdy jest związana z zabawą i rozrywką. Tobi wydaje mi się idealną postacią do roli mądrego przewodnika po zdrowym życiu, takiego, który jednocześnie uczy, bawi i zachwyca swoim nieodpartym kocim urokiem.

Dodam, że niemal na każdej stronie znajdują się proste i zabawne ilustracje z Tobim, wykonane przez Martę Raźniewską. Mam wrażenie, że nie tylko dzieci, ale też całkiem dorośli miłośnicy kotów będą mieli sporo frajdy z ich oglądania!

Książkę zamyka wspaniały bonus dla całej rodziny: gra planszowa! Ucieszyłam się ogromnie na jej widok, bo mój Robert przeżywa właśnie etap fascynacji grami planszowymi. Gra "Kraina pokus" zaproponowana przez Marzenę Żurek polega między innymi na jedzeniu pysznych warzyw i owoców, na odpowiadaniu na proste pytania (np. wymień pięć czerwonych warzyw) i wykonywaniu prostych ćwiczeń, bo w końcu w zdrowym ciele zdrowy duch! Jestem przekonana, że dzieci będą się przy niej świetnie bawić, a spożycie warzyw i owoców w domu wzrośnie, oj, wzrośnie :)




Czy widzę jakieś minusy? Może jeden: pierwszy wierszyk, poświęcony samej postaci Tobiego i opisywaniu, jaki z niego piękny kot, wydaje mi się dosyć długi. Takie rozwiązanie ma oczywiście swoje zalety, dziecięcy czytelnik zdoła się dzięki niemu bardziej przywiązać do postaci kotka i z tym większą przyjemnością będzie czytać, co czarujący Tobi ma do powiedzenia. Ale ja, dorosły czytelnik, czekałam z pewną niecierpliwością, kiedy Tobi skończy opowiadać o sobie i przejdzie do rzeczy ;)

Nie jestem też wielką fanką ilustracji przedstawiającej wirusy i bakterie ;) Ale to jest tylko i wyłącznie kwestia moich osobistych preferencji. Zauważyłam, że taki trend - pokazywania małych stworków, które trzeba wyeliminować - jest ogólnie bardzo modny w różnych bajkach zachęcających dzieci do dbania o higienę. Widocznie to po prostu się sprawdza. Dodam też, że w wykonaniu Marty Raźniewskiej nawet te nieszczęsne wirusy i bakterie prezentują się całkiem niebrzydko i niestrasznie!

Komu polecam "10 czynności dla zdrowotności"?

- rodzicom, którzy lubią czytać dzieciom na głos, a przy okazji chcą, żeby lektura miała walory edukacyjne,

- kociarzom, którzy chcą popatrzeć na ładne i zabawne obrazki z kotkiem w roli głównej,

- w zasadzie każdemu, kto potrzebuje pewnego przypomnienia zasad dotyczących zdrowego trybu życia, 

- dzieciom, dzieciom, dzieciom. Książka adresowana jest raczej do dzieci szkolnych, mniej więcej 1-2 klasa podstawówki, odnoszę jednak wrażenie, że przedszkolaki też będą się przy niej świetnie bawić i zrozumieją zawarty w niej przekaz.

Czekam z niecierpliwością na premierę! Dam Wam znać, kiedy "10 czynności... " będzie dostępne w sprzedaży!

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki przed premierą bardzo dziękuję autorce, Marzenie Żurek.



środa, 23 lutego 2022

Kilka rzeczy, które zamierzam zrobić po skończeniu 35 lat

Oglądałam kiedyś serial o dwóch detektywach. Ten starszy, doświadczony, trochę zgorzkniały i pokiereszowany przez los, miał 35 lat. Tyle co ja teraz. Miał też zakola i zmarszczki. Ja jeszcze nie mam (no dobra, trochę zmarszczek się znajdzie, zwłaszcza koło oczu).

Nie, nie czuję się stara. Doświadczona już prędzej, ale stara? Gdzieżby! Przecież jestem młodą pisarką, jeszcze pod koniec minionego roku byłam młodszym specjalistą w obsłudze bankowości elektronicznej, dość niedawno młodą blogerką, kilka lat temu młodą mamą, wcześniej młodą mężatką, a nawet panną młodą :) Gdzieś po drodze jeszcze byłam młodym agentem ubezpieczeniowym i pewnie młodym kimś jeszcze. Moja recepta na niekończącą się młodość brzmi: stale zaczynaj coś nowego. Tym sposobem zawsze będziesz osobą początkującą, świeżakiem, juniorem.

Trzydzieste piąte to takie trochę okrągłe urodziny. Połowa drogi między magiczną trzydziestką i magiczną czterdziestką. Niektórzy, np. Riennahera, tworzą z tej okazji listy trzydziestu pięciu rzeczy, które zamierzają zrobić po trzydziestych piątych urodzinach. Postanowiłam się zainspirować :) Ale aż trzydzieści pięć punktów? To byłaby strasznie długa lista! Poprzestanę na tradycyjnych siedmiu, za to rozbudowanych punktach.

Zatem, po trzydziestych piątych urodzinach...

1. Wydam co najmniej sześć książek.

Dlaczego tyle? Bo w przypadku pięciu książek sprawa jest już postanowiona, podpisałam umowę wydawniczą na pięć tomów serii "Wszyscy mamy źle w głowach". A skoro nie zamierzam na tym poprzestać i chcę osiągnąć jeszcze więcej w tej dziedzinie - dlatego z okazji urodzin życzę sobie co najmniej sześciu :) Szósta książka będzie prawdopodobnie kolejnym tomem, chociaż kto wie? Może przyjdzie mi do głowy pomysł na całkiem nową historię?

2. Pojadę na duży rockowy koncert.

Nie mam szczęścia do koncertów, odkąd w drodze na Inwazję Mocy z The Cranberries dowiedziałam się, że zespół odwołał przyjazd. Poważnie, myślę, że bylibyście zaskoczeni, na jak niewielu koncertach w życiu byłam. Dość powiedzieć, że pamiętam nieporównywalnie więcej koncertów, w których uczestniczyłam jako wykonawca niż tych, których słuchałam jako publiczność, i wcale nie oznacza to, że spędziłam pół życia na scenie :D Od dłuższego czasu chcę nadrobić zaległości, jednak ciągle coś utrudnia mi realizację tych planów. Finanse, małe dzieci, pandemia, z powodu której odwołano większość kulturalnych wydarzeń w ciągu ostatnich dwóch lat... Obawiam się, że w tym roku też może się to zdarzyć. Wierzę jednak, że w końcu się uda!

3. Będę mówić ważnym dla mnie ludziom, że są dla mnie ważni.

To wydaje się takie proste, prawda? Otóż mam wrażenie, że czasami może się to stać prawdziwym wyzwaniem. A nawet jeśli nie - na pewno warto przypominać sobie o tym od czasu do czasu, zwłaszcza wtedy, gdy pochłaniają nas codziennie sprawy, stres, zmęczenie i nerwowość.

4. Schudnę i/lub nauczę się akceptować to, jak mój wygląd zmienia się z czasem.

O moim planowanym schudnięciu to czytacie już chyba od roku, prawda? Na swoje usprawiedliwienie mam to, że do niedawna takie postanowienia były dla mnie bardzo łatwe do zrealizowania. Wystarczyła moja silna wola i kilka ćwiczeń. Nie da się ukryć, metabolizm po trzydziestce się zmienia. Choroba, siedzący tryb życia i uzależnienie od słodyczy też nie ułatwiają sprawy.

(Tak, wiem, nie mam dużej nadwagi. Ale tej małej też chciałabym nie mieć!) :D 

Ale wiecie co? Dotarło do mnie ostatnio - gdy po raz kolejny tłumaczyłam pewnej pięknej i cudownej osobie, że wcale nie wygląda staro - że ta akceptacja własnego wyglądu jest jeszcze ważniejsza niż schudnięcie. Bo czas nas dogoni, prędzej czy później. Nawet jeśli w tym roku ostro wezmę się za siebie i będę wyglądać o dekadę młodziej, to przecież nie będzie to trwało wiecznie. I nie powinno! Życie i doświadczenie zostawia na nas ślad. Po mojej sylwetce widać, że jestem mamą, po moich oczach widać, że sporo czytałam i że dużo się śmiałam, te trudniejsze przeżycia też zostawiły swoje ślady. Mój wygląd przypomina mi o tym, kim byłam i kim jestem. Nie chciałabym mieć ciała innej osoby, skoro jestem właśnie tą. 

5. Doprowadzę dom do takiego stanu, że będzie można nagrywać w nim serial paradokumentalny!

 

Nie, żeby kręcenie serialu należało do moich celów czy planów... Ale rozumiecie, chodzi mi o takie wnętrze, gdzie można bez poczucia obciachu robić zdjęcia, nagrywać filmiki i nie przejmować się tłem, zaprosić kogoś wymagającego... Teraz pewne zawstydzenie się pojawia, jest ciasno, sporo niedoróbek, to i owo do remontu, każdy mebel z innej bajki. 

Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że nie jesteśmy tu szczęśliwi. Jesteśmy. Ale bywa niewygodnie, zwłaszcza gdy chcemy zaprosić gości i nie bardzo mamy gdzie ich posadzić. Ze zrobieniem zdjęcia pamiątkowego też przeważnie mamy kłopot, bo na każdej ścianie jest coś mało fotogenicznego :D Plany i pomysły są, teraz tylko trzeba znaleźć czas i ekipę, która pomoże nam upiększyć nasz dom. 

6. Wybiorę się jeszcze raz na nocny spacer.

 


To był w zasadzie przypadek, że z jednej firmowej imprezy wróciłam do domu bardzo późno, pociągiem. Nie zasiedziałam się, nie straciłam poczucia czasu, po prostu to naprawdę tyle trwało. Nieszczególnie cieszyła mnie perspektywa przejścia ok. 5 kilometrów samotnie w nocy, ale o tej porze była to jedyna możliwa opcja.

Słuchajcie, było magicznie.

Spokojna noc, księżyc w pełni, śnieg migoczący w blasku ulicznych lamp, gdzieniegdzie jeszcze światełka choinkowe i świąteczne dekoracje. Mnóstwo czasu na swobodne rozmyślania i odpoczynek dla umysłu. Spokój, za jakim się tęskni w codziennym zamieszaniu i hałasie. Naprawdę chciałabym to przeżyć jeszcze raz.

Czy się bałam? Może przez jakąś chwilę ;) Od dawna nie wierzę w tego mitycznego złoczyńcę, który przez całą noc czai się za krzakiem, bo a nuż będzie tamtędy przechodzić jakaś samotna kobieta. Jeśli coś się ma zdarzyć, to się zdarzy, bez względu na godzinę. A przyjemność z nocnego spaceru jest zbyt wielka, by rezygnować z niej przez nieuzasadnione lęki.

7. Wezmę się za porządki w swojej głowie.

O tym też już nieraz wspominałam. Bo wiem od dawna, że to jest do zrobienia, i szczerze, jestem na siebie wściekła z tego powodu.

Wiecie, gdy człowiek kaszle i ma gorączkę, to idzie do lekarza. Gdy człowieka boli ząb, natychmiast szuka dentysty. Gdy człowiek ma odrosty i rozdwojone końcówki, pędzi do fryzjera, aż się za nim kurzy! A gdy człowiek od lat kiepsko sobie radzi z emocjami, stresem, relacjami, fatalnie niskim poczuciem własnej wartości? To tak sobie... no... żyje z dnia na dzień, dzielnie, bo głupota też może być dzielna, wpycha sobie ten głaz codziennie na szczyt góry, bez narzekania, bo dobrze wie, że świat nie widzi ciężaru. Świat widzi niezadowoloną minę, wybuchy gniewu, roztargnienie, przewrażliwienie, lenistwo, zawalanie najprostszych spraw, a przez większość czasu widzi po prostu uśmiech i pewną postawę, bo przecież chwile słabości staramy się ukryć, gdy tylko możemy.

Trochę przypadkiem wyszło, że kończę pisać ten tekst właśnie dzisiaj, w Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. Nie taki był zamysł, bo i nie to miało być tematem, ale może, może... Ktoś przeczyta te słowa, pomyśli: mam podobnie i postanowi zawalczyć o siebie?

To nie będzie jutro ani pojutrze, ale wiem, że znajdę na to czas. Dla siebie, dla dzieci, dla wszystkich bliskich, którzy mnie potrzebują. Dla tych wszystkich planów, które tu wypisałam, łatwiej je będzie realizować bez obciążenia głazem :)

Życzcie mi, żebym niedługo mogła przy każdym z tych punktów napisać: zrobione!


piątek, 4 lutego 2022

Kwarantanna i cytryny



Wszystko jest po coś. Wszystko dzieje się w jakimś celu.

Nie jestem wielką zwolenniczką poglądu, że cierpienie uszlachetnia (jeśli uważacie mnie za taką - cóż, możliwe, że macie nieaktualne dane). Niezmiennie jednak wierzę, że nic się nie dzieje bez przyczyny i z tych cytryn, które czasem zsyła nam los, zawsze można zrobić pyszną lemoniadę. Albo chociaż cytrynówkę.

We wtorek późnym wieczorem dowiedzieliśmy się, że jedno z nas miało bliski kontakt z osobą zarażoną wirusem. Nie sądziłam wtedy, prawdę mówiąc, że skończy się to kwarantanną. Oboje czuliśmy się dobrze, choć na samą wieść o tym, że mogliśmy się zarazić, zaczęliśmy zauważać u siebie najróżniejsze objawy :D Bardziej niż ewentualną chorobą stresowaliśmy się perspektywą zapisu na test i czekania w kolejce. Udało nam się załatwić sprawę bez większego trudu. W środę po południu byliśmy już po teście i spokojnie czekaliśmy na wyniki, przekonani, że lada chwila będziemy mieli to z głowy. Stało się jednak inaczej.

Cytryny

Korona długo nas omijała, albo raczej my ją omijaliśmy. Stosowaliśmy się do zaleceń, choć też nie zachowywaliśmy ostrożności większej niż ta, której od nas wymagano. Po dwóch latach od wybuchu pandemii potrzebowaliśmy po prostu normalnego życia. Spotkań ze znajomymi, zakupów, spacerów, wypadów na miasto, sporadycznych wycieczek. Wiadomo, bez szaleństw - nie jesteśmy imprezowiczami, mamy dzieci, pracę, większość popołudni i wieczorów i tak spędzamy w domu. Czy można było uniknąć zarażenia? Szczerze wątpię, gdy patrzę na to, ile osób w naszym otoczeniu choruje. Musielibyśmy chyba naprawdę nie ruszać się z domu.

Zatem teraz nie ruszymy się przez długi czas - przez dwa i pół tygodnia. Mogłoby być krócej, gdybyśmy po dziesięciu dniach zabrali chłopców na test. Jednak nie wyobrażam sobie, żebym miała zawieźć pięciolatka i trzylatka (zwłaszcza trzylatka!) na pobranie wymazu z nosa, co nawet dla dorosłej osoby jest nieprzyjemnym badaniem. Tylko po to, żeby zyskać kilka dni? Nie ma takiej opcji! Nawet mój przełożony zgodził się ze mną w tej kwestii.

Odwołałam wszystkie plany na najbliższe dni. W tym badanie lekarskie, na które się czeka, sesję zdjęciową, spotkanie z dawno niewidzianą rodziną. Nie odwołałam planów związanych z pisaniem i wydaniem mojej serii, choć wywiązanie się z terminów będzie teraz o wiele trudniejsze. Wierzę jednak, że dam radę.

Lemoniada

To pierwsza moja kwarantanna - i oby ostatnia! Ale jeśli chodzi o siedzenie w domu z dziećmi, mam już pewną wprawę. W końcu za nami już dwa lockdowny. Pierwszy był szokiem, na drugi byliśmy już nieźle przygotowani. Z obu wyszliśmy zwycięsko, zmęczeni, ale też wzbogaceni o dobre wspomnienia i nowe umiejętności. Tak też będzie tym razem.

Mamy czego się uczyć. Michał nadal przekonuje się do nocnika, korzysta z niego coraz częściej, ale pielucha nadal jest w użyciu. Mam nadzieję, że przed końcem kwarantanny to się zmieni. Z Robertem na pewno poćwiczymy czytanie i pisanie. Zapowiada się ładna pogoda, więc będziemy często wychodzić do ogrodu. Tym razem zostajemy w domu w czwórkę, więc mąż będzie mógł spędzić z nami więcej czasu, będę miała też więcej chwil tylko dla siebie. Przeznaczę je na pisanie i przygotowanie pierwszego tomu serii do wydania.


Czy się boję? Oczywiście. Boję się frustracji, tego, że będziemy nerwowi i przemęczeni, że poczujemy się gorzej... Boję się kolejnej długiej przerwy w pracy, nie wątpię, że powrót będzie trudny. Boję się, że ominie nas sporo ciekawych okazji, że urodziny spędzone w czterech ścianach będą dość przygnębiające... Ale poradziliśmy sobie już z większymi wyzwaniami. Wierzę, że czekają nas dobre dni :)

czwartek, 20 stycznia 2022

"Nikt nie widzi Słoni" Katarzyny Wierzbickiej - trzy historie w jednej pięknej bajce


Pięknie zapakowana przesyłka od Wydawnictwa Pactwa dotarła do mnie jakoś tuż przed świętami. Od razu wzięłam się do czytania, jednak przełom grudnia i stycznia był dla mnie tak intensywnym czasem, że dopiero teraz udało mi się dokończyć recenzję. Może to i lepiej, bo przez ten czas przemyślenia na temat tej historii, a właściwie trzech historii, zdążyły ułożyć się w mojej głowie.

W bajce o słoniach, czy raczej Słoniach, mieszczą się bowiem trzy historie. Domyślałam się tego już po objętości książki - choć nie jest to może wielkie tomiszcze jak "Elf do zadań specjalnych" tej samej autorki. Gdy jednak przygoda niewidzialnego pana Słonia znajduje szczęśliwy finał mniej więcej w połowie książki, stało się dla mnie jasne, że na następnych stronach pojawi się już kolejną opowieść z odrębnym, choć może podobnym przesłaniem. I rzeczywiście, druga połowa książki opowiada o córeczce Słonia i Słonicy, która nie jest niewidzialna, jednak jej wygląd spotyka się z brakiem akceptacji ze strony rówieśników. A także, w pierwszej kolejności, ich rodziców, na co warto zwrócić uwagę.

Ale zacznijmy od początku, od pana Słonia.

Nie widzisz słonia w pokoju?



Powiedzenie o słoniu w pokoju, którego nie sposób przeoczyć, a jednak się go ignoruje, jest może bardziej popularne w języku angielskim (elephant in the room) niż w polskim, ale łatwo zrozumieć jego znaczenie. Słoń, czyli jakiś problem, zjawisko, może drażliwy temat, jest ignorowany, nie mówi się o nim, udaje się, że go nie ma - bo inaczej trzeba by było jakoś na niego zareagować, odnieść się do niego, może pomóc? Może wiązałoby się to z wyjściem ze swojej strefy komfortu? Łatwiej udawać, że słoń jest niewidzialny.

Mam silne wrażenie, że autorka książki, Katarzyna Wierzbicka, odwołuje się właśnie do tego przysłowia i na jego podstawie buduje opowieść o Słoniu. Pan Słoń pracuje w biurze, jeździ tramwajem, czyta gazetę, ciągle jednak nikt nie zauważa jego istnienia. Dlaczego?

Jeśli odpowiedź kryje się we wspomnianym powiedzeniu, to prawdopodobnie wygląd Słonia jest tu problemem, drażliwą kwestią, której ludzie wolą na wszelki wypadek nie zauważać. W bajce przyczyna jego inności jest oczywista, to w końcu słoń żyjący wśród ludzi. Ma trąbę, kły, wielkie uszy. A w prawdziwym życiu? Jeśli spróbujemy wyobrazić sobie, że Słoń jest człowiekiem żyjącym obok nas, to jakie cechy jego wyglądu mogłyby stanowić problem, drażliwy temat? Mógłby być np. obcokrajowcem, mieć inny kolor skóry. Inną przyczyną mogłaby być choroba lub niepełnosprawność. 

Dalsza część historii również otwiera mnóstwo możliwości interpretacji. Nie będę zdradzać, co się w niej wydarzy, powiem tylko że Słoń będzie miał okazję przekonać się, jak to jest być widzialnym. I nie zawsze będzie to przyjemne doświadczenie. Bardzo dobrze go w tej sytuacji rozumiem, myślę, że Wy także. Lubimy być dostrzegani, doceniani, ale od czasu do czasu dobrze jest też wtopić się w tło i nie musieć spełniać niczyich oczekiwań. Prawdziwym szczęściem jest, gdy możemy balansować między jedną i drugą potrzebą, raz być widocznym, a raz nie. Czy Słoniowi się to uda? Najlepiej będzie, jeśli przekonacie się sami! :)

Córeczka Słonia


Córeczka Słonia nie jest niewidzialna, mam wrażenie, że wręcz przeciwnie. Wszyscy od razu zauważają, że różni się od innych dzieci. To była ta część książki, którą jako mamie najtrudniej było mi czytać - zresztą mam wrażenie, że autorka bardzo świadomie odwołuje się do macierzyńskich emocji i doświadczeń. Nasze dzieci są dla nas najpiękniejsze i najbardziej wyjątkowe na świecie, wiemy jednak, że nie każdy, kogo spotkają na swojej drodze, dostrzeże ich piękno i zalety. Mogą spotkać się z odrzuceniem i okrucieństwem, nie zawsze zdołamy je na to przygotować.


Fabuła w tej części historii jest bardzo prosta i w pewien sposób przewidywalna, na pewno bardziej niż w opowieści o Słoniu. Skojarzyła mi się zresztą z opowiadaniem Danuty Wawiłow "Chcę mieć przyjaciela!", które bardzo lubiłam w dzieciństwie. Są jednak dwie szczególne istotne rzeczy, o których chciałam wspomnieć. Pierwsza: że wszystko zaczyna się od dorosłych. Zanim dzieci odrzucą Słoniczkę, najpierw dorośli zwracają uwagę na jej wygląd. Dokładnie tak samo odbywa się to w rzeczywistości. Dzieci chłoną jak gąbka to, co do nich dociera, co przy nich mówimy, jak reagujemy, jak odnosimy się do ludzi, którzy się od nas różnią. Jeśli chcemy wychować otwartych młodych ludzi, akceptujących inność, pełnych szacunku i zrozumienia, jest tylko jedna droga: musimy zacząć od siebie.

Druga ważna rzecz, którą chciałam podkreślić: jest taki moment, gdy Słoniczka, zachęcana przez nową koleżankę, próbuje stać się kimś innym, zmienić się w kogoś bardziej akceptowalnego. Bardzo skojarzyła mi się w tym momencie z małą słoniczką, którą sama byłam wiele lat temu. I myślę, że niejedna z nas była taką słoniczką, niejeden z nas był takim słonikiem. Próba wpasowania się w otoczenie, by zyskać akceptację, to jedno z uniwersalnych doświadczeń. Cieszę się, że powstaje coraz więcej mądrych książek dla dzieci, takich jak "Nikt nie widzi Słoni", które pozwalają zrozumieć, że nie warto dopasowywać się na siłę. Jesteś wyjątkową, pełną zalet osobą, taką, jaką jesteś. 

A trzecia historia?


Wspomniałam na początku, że w książce Katarzyny Wierzbickiej kryją się trzy historie. Gdzie jest trzecia? Jest nieco bardziej zakamuflowana niż dwie pozostałe. Znalazłam ją w ostatnim zdaniu książki: Może kiedyś zauważą także nas, dorosłych...?


To historia dzieciństwa Słonia i Słonicy. Tak, widzę ją tam, choć nie jest opisana. Widzę wspomnienia, które odżywają w nich, gdy patrzą, jak ich mała córeczka radzi sobie w towarzystwie innych dzieci. Przypomina im się, jak to oni musieli się mierzyć z reakcjami otoczenia, zetknęli się z odrzuceniem, z wrogością. Boją się, że córeczka doświadczy tego samego, a oni będą musieli pomóc jej wytrwać w poczuciu własnej wartości. A przecież ich własna samoocena tyle razy ucierpiała, gdy słyszeli od innych, że są brzydcy, że tu nie pasują. Zbudowali dla siebie bezpieczny świat, w którym czują się dobrze, ale nie mogą w nieskończoność trzymać córeczki pod kloszem. Wiedzą, że będzie musiała żyć w otoczeniu ludzi, dla których nieraz będzie niewygodna, drażliwa... Niewidzialna.

Często dorośli, borykający się z trudnymi wspomnieniami z dzieciństwa, nigdy nie otrzymują pomocy. Nie szukają jej. Przecież sobie radzą: mają pracę, opłacają rachunki, dbają o dom. Tylko gdzieś tam w środku ciągle żyje skrzywdzone małe słoniątko, którego nikt nie widzi, bo nie chce. Może pora się o nie zatroszczyć?

To dla kogo jest ta książka - dla dzieci czy dla rodziców?


Jak dobrze wiecie, nie pierwszy raz spotykam się z twórczością Katarzyny Wierzbickiej. Mam wrażenie, że pewną charakterystyczną cechą tej autorki jest to, że jej książki przemawiają zarówno do dzieci, jak i do dorosłych, często nawet bardziej do dorosłych. Niewątpliwie tak jest i w tym przypadku. Mam wrażenie, że nawet szata graficzna, utrzymana w szarościach i przytłumionych kolorach, charakterystyczna czcionka i klimatyczne ilustracje autorstwa Agi Gaj sugerują w pewien sposób, że to nie jest łatwa, banalna książeczka dla najmłodszych czytelników. Jest to ambitna, wielowymiarowa pozycja, do której moi mali czytelnicy muszą jeszcze dojrzeć - a ja z przyjemnością do niej wrócę razem z nimi.

Polecam. Bardzo.


Warto wspomnieć, że książka została wydrukowana na papierze pochodzącym z legalnych źródeł i posiada etykietę FSC. Brawo dla Wydawnictwa Pactwa, które dba nie tylko o wydawanie wartościowych treści, ale też o drukowanie ich w odpowiedzialny sposób, z troską o środowisko! 

piątek, 31 grudnia 2021

Rok 2021 i rewolucje

Oj. Oj. Ojej.

Już koniec roku? Przecież dopiero się zaczął...

Kiedy wróciłam dziś pamięcią do początku roku 2021, dotarło do mnie, że jednak wydarzyło się w nim bardzo dużo. Przeżyliśmy rewolucję, i to niejedną. Nie o każdej Wam napiszę, ale o większości z nich - z przyjemnością :)

Rok na etacie


Na trzy czwarte etatu, jeśli chodzi o ścisłość. Koniec roku 2020 przyniósł mi pozytywne zakończenie procesu rekrutacji, natomiast styczeń 2021 rzucił mnie na głęboką wodę, każąc szybko przyzwyczaić się do zupełnie nowego trybu życia. Trudny był zwłaszcza początek, gdy codziennie jeździłam do Krakowa na szkolenie stacjonarne. Opisałam perypetie z tym związane w tekście zatytułowanym Czas dorosnąć? Mama idzie do pracy!

Łączenie pracy z życiem rodzinnym wielokrotnie okazywało się wyzwaniem. Gdy pod koniec marca pojawił się kolejny lockdown, przymusowa przerwa w pracy znacząco wybiła mnie z rytmu. Podobnie było miesiąc później, gdy wskutek chorób i zdarzeń losowych pewną część maja i większość czerwca spędziłam na L4 (sama albo z którymś z dzieci). To sprawiło, że bardzo długo czułam się w mojej pracy początkująca. W międzyczasie pojawiały się w firmie kolejne osoby i mimo krótszego stażu zdawały się wdrażać o wiele szybciej niż ja. Bywało ciężko, intensywnie, nieraz zastanawiałam się, czy na pewno wybrałam właściwą ścieżkę zawodową. Ale koniec roku znów przyniósł pozytywne zmiany - od stycznia przechodzę do innego działu, bardziej zaawansowanego pod względem wiedzy i kompetencji, pozwalającego też na większą różnorodność zadań i pracę bardziej dostosowaną do moich predyspozycji. Czeka mnie szkolenie i ogrom nowych informacji do przyswojenia w raczej krótkim czasie, ale wierzę, że warto :)

Rok pisarski


Od lewej: ja, Patrycja Żurek, Angela Węcka, Aleksandra Rak


To była długa i niesamowita podróż, zakończona pozytywnym finałem: podpisałam umowę wydawniczą na pięć tomów mojej serii o licealistach. Oprócz tego, moje opowiadania dostały się do dwóch antologii, które mają się ukazać w przyszłym roku. W 2022 czeka mnie mocne wyjście z szuflady, premiery, spotkania autorskie, zderzenie mojej twórczości dotychczas przeznaczonej dla garstki osób - z szeroką publicznością.

Nie wszyscy będą zachwyceni. Nie wszystkie recenzje będą pozytywne. Moje inspiracje, fascynacje, zakochania... będą w rękach osób, których nie znam nawet z widzenia. Niektórzy odłożą książkę po kilku stronach i stwierdzą, że nie uznają takiej literatury. Niektórzy powiedzą, że nie znam się na tym, o czym piszę, że sięgam za wysoko, zbyt ambitnie.

Ale jestem przekonana, że wielu ludzi pokocha moich bohaterów. Mają dar zdobywania serc, ich losy angażują, wzbudzają emocje, sprawiają, że czytelnik czeka na więcej. Nie są idealni, nie są papierowi, przypominają żywych ludzi - i tacy właśnie są dla mnie, żywi, prawdziwi jak przyjaciele, z którymi jestem zżyta od dawna. Jak bardzo liczna i nietypowa rodzina :) Nie mogę się doczekać, kiedy będziecie mogli poznać ich bliżej :)

Rok pisarski wiązał się także z prowadzeniem grup dla pisarzy: Piszemy codziennie - grupa wsparcia oraz Od czeladnika do rzemieślnika. A także z niespodziewanym zamknięciem innej grupy, która kiedyś była dla mnie bardzo ważna. Nie sposób pominąć tego zdarzenia w podsumowaniu rocznym, bo jednak położyło się cieniem na całym maju, a jeśli mam być szczera, to i na następnych miesiącach. Po prostu to nie jest sprawa, o której się łatwo zapomina. To jest coś, co zostaje i wraca w nieprzewidzianych momentach. Zauważyliście może kiedyś, że niesprawiedliwe zakończenia (w książkach, w filmach) najbardziej zapadają w pamięć? W życiu jest tak samo. To niesprawiedliwe zakończenie zostanie ze mną prawdopodobnie na wiele lat, a może i na zawsze.

Więcej na ten temat napisałam w tym tekście: Mali ludzie, małe zdrady. Więksi ludzie, większe zdrady, zresztą najczęściej czytanym przez Was w tym roku. Choć mam poczucie, że napisałam go dosyć enigmatycznie i chyba trochę niesprawiedliwie... dla samej siebie. Mam skłonność do brania winy na siebie, ale nie, nie jestem czarnym charakterem tej historii.

Rok pisarski to również liczne spotkania z kochanymi przyjaciółmi po piórze :) A także radość z ich sukcesów. Gdy spotkamy się w tym gronie w 2022 roku, może będę mogła się im odwdzięczyć za te wszystkie cudowne autografy i dedykacje!

Ja i mój mąż z Kasią Wierzbicką

Joanna Wtulich i ja

Macierzyństwo i zmiany


W życiu matki, zwłaszcza matki małych dzieci, każdy dzień obfituje w zmiany i rewolucje. Ta najważniejsza w tym roku to definitywne zakończenie drogi mlecznej. Stało się to dość niedawno, krótko przed trzecimi urodzinami Michasia - jeśli chodzi o karmienie, zdecydowanie byliśmy długodystansowcami! :) Skończyło się trochę inaczej niż w przypadku Roberta, bo praktycznie z dnia na dzień. Którejś nocy poczułam, że karmienie nie zdaje egzaminu, że oboje, ja i Michaś, jesteśmy przy nim coraz bardziej sfrustrowani. Powiedziałam: już koniec, starczy, a on, ku mojemu zaskoczeniu... obrócił się na drugi bok i zasnął. Tak po prostu. Następnej nocy przez jakąś minutę domagał się piersi, ale gdy odmówiłam, ponownie zasnął bez większego protestu. I to było na tyle. Szybko odkryłam, że od tego czasu sypiamy lepiej, bez przerw, i jesteśmy znacznie spokojniejsi.

Zakończenie karmienia nie wiązało się w moim przypadku z żadnymi dolegliwościami, nie odczuwałam bólu piersi, nie musiałam odciągać mleka, może raz czy dwa razy zdarzyło mi się niewielkie "przeciekanie" ;) Michał czasem przypomina sobie o cycu, najczęściej w stresowych sytuacjach, ale łatwo daje się przekonać, że to już nie dla niego.

Kolejną rewolucją był nocnik :) Tu nie poszło łatwo, przyznaję, głównie dlatego, że po drodze przyplątały się do Michasia różne dolegliwości trawienne i toaleta zaczęła mu się po prostu źle kojarzyć. Cały czas nad tym pracujemy, ale odnotowaliśmy już pewne sukcesy w tej dziedzinie :) Najważniejsze, że Misio już tak się nie boi.

Robert świetnie sobie radzi w przedszkolu, bryluje na angielskim (chodzi na zajęcia ze starszą grupą!), pięknie pisze i koloruje, ma wspaniałych kolegów i koleżanki. Michaś nadal jest naszą kochaną artystyczną duszą, mówi coraz więcej, rozbraja nas swoim urokiem. Obaj są cudowni, pełni radości i mają dobre serduszka :) A jak pięknie okazują sobie miłość!



Rok na blogu


Dobra... Wiem, że nie było najlepiej. Tłumaczę sobie to tak, że czas nie jest z gumy. Skoro pisałam książkę i działałam w środowisku pisarskim, pracowałam, śpiewałam, ćwiczyłam, sporadycznie pozowałam do zdjęć, czytałam, recenzowałam, i w tym wszystkim miałam też czas dla moich ukochanych chłopaków, to któraś z aktywności musiała trochę ucierpieć. Padło na blog, przepraszam.

Jest też tak, że im starsi są chłopcy, tym mniej kompetentna się czuję w niektórych tematach. Nie spędzamy razem całego czasu, przez większość dnia Robert i Michaś są w przedszkolu. Więcej jest rzeczy, które dzieją się w ich życiu bez mojego wpływu i udziału. Często łapię się na tym, że czegoś nie wiem, nie jestem pewna, z całą pewnością daleko mi do wiedzy eksperckiej. Wiadomo, nigdy jej nie obiecywałam, ale są takie chwile, w których nie czuję się nawet średnio zaawansowana ;)

W roku 2021 ukazało się 25 artykułów na blogu. Najmniej jak do tej pory, o połowę mniej niż w 2019. O tym najczęściej czytanym już Wam wspomniałam, najczęściej komentowanym natomiast było podsumowanie roku 2020 - Co dobrego w 2020 roku. Proszę, możecie porównać, jak różnił się mój 2020 od 2021 :)

Najrzadziej czytaliście ten o urodzinach Michała, może dlatego, że jest względnie nowy i jeszcze na niego nie trafiliście: Trzylatek i jego garaż, czyli: trochę o prezentach i dużo o miłości.

Na fanpage'u największą popularnością cieszył się post o cudownej książce "Jednym tchem" mojej kochanej Joanny Krystyny Radosz. Trochę mu w tym pomogłam, bo jestem zdania, że dobrą literaturę promować warto! A najczęściej komentowaliście moją dumną i dość zagadkową jeszcze wtedy wzmiankę o tym, że będę debiutować :) Miło z Waszej strony!

W podsumowaniach lubię umieszczać też teksty z różnych względów ważne dla mnie, dlatego trafia tu także ten: Kolorowe rozmowy w trawie. Podoba mi się, jak go napisałam :)

Co jeszcze?




Śpiewałam. Dwa koncerty, oba bardzo satysfakcjonujące. Miały się odbyć jeszcze dwa inne, ale z przyczyn epidemiologicznych... sami rozumiecie.  Coś się jednak dzieje w tym moim muzycznym życiu, powoli, nieśmiało i z przeszkodami, ale jednak do przodu.

Pozowałam do zdjęć - mało, co było do przewidzenia, ale z bardzo spektakularnym finałem w postaci sesji w Termach Chochołowskich. Wiecie, to było spełnienie marzeń. Samo przebywanie w tak pięknym i przyjemnym miejscu, a już fakt, że przyjechałam tam jako modelka... O takie życie walczyłam :D



Robiłam zdjęcia. Totalnie amatorsko, nawet nie zamierzam twierdzić, że jest inaczej - ale dało mi to tyle radości, że postanowiłam o tym wspomnieć. Uwielbiam zachowywać piękne chwile na dłużej!






Roku 2021 - no, niech Ci będzie... Kopałeś poniżej pasa, ale ostatecznie byłeś niezły ;) 

poniedziałek, 20 grudnia 2021

Najlepsze urodziny w pięcioletnim życiu

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym wpisie zostały zrobione na Sali zabaw DODO w Niepołomicach i umieszczone za zgodą pracowników sali.

Zastanowiłam się dzisiaj, które urodziny - moje własne - mogłabym nazwać najlepszymi w życiu. Zdaje się, że dwudzieste siódme, czyli nie tak znowu odległe ;) Spędzone w knajpce z karaoke, z imprezą zorganizowaną specjalnie dla mnie, z tłumem znajomych i wcale nie mniejszym tłumem nieznajomych, którzy bawili się razem z nami. Albo osiemnaste, bardziej kameralne, z imprezą niespodzianką, którą przygotowały dla mnie przyjaciółki (i którą prawie sabotowałam, bo dziewczyny trochę zbyt wiarygodnie udawały, że niczego nie planują) :D

Robert miał znacznie mniej imprez urodzinowych niż ja, a tych pierwszych na pewno już nie pamięta. Ma dopiero pięć lat. Gdy jednak powtarzał z przekonaniem, że to najlepsze urodziny w jego życiu, jego radość z pewnością była szczera. Widziałam to w jego oczach, w zarumienionych policzkach, w cudownym uśmiechu, w serdeczności, z jaką witał kolegów.

Sala zabaw


Sala zabaw DODO - Niepołomice, zdjęcie zaczerpnięte z fanpage'a

O tym, że warto organizować dziecięce urodziny w tego typu miejscach, przekonałam się już dawno temu, zanim jeszcze zostałam mamą. Miałam okazję uczestniczyć w jednej imprezie urodzinowej jako opiekunka dwóch uroczych dziewczynek. Zapamiętałam ogromną dziecięcą radość, dobrze zorganizowaną zabawę i bezcenne poczucie, że po wszystkim nie trzeba sprzątać domu :D

Mówiąc nieco poważniej - sala zabaw zapewnia swego rodzaju wyrównanie szans. Mieszkamy w małym domu, pięcioro dzieci wraz z rodzicami to byłby w takich warunkach już spory tłum. Na sali zabaw każdy miał mnóstwo miejsca dla siebie, a nasi goście nawet nie byli jedynymi którzy się tam bawili tego dnia :) Każdy może być na moich urodzinach, powtarzał rozradowany Robert, a my bez wahania częstowaliśmy wszystkie dzieci przekąskami z naszego stolika, i tak mieliśmy ich naprawdę dużo.

Tego typu sale mają również dość uniwersalny wystrój. Obawa, że goście będą z niego niezadowoleni, albo że zabawki będą mało atrakcyjne, raczej w ogóle nie ma racji bytu. Jeśli organizowaliście kiedyś jakiekolwiek przyjęcie w domu, musieliście zadbać o wystrój i o umilacze czasu, to pewnie wiecie, o czym myślę. Cały ten dylemat, czy to im się spodoba, w przypadku sali zabaw po prostu nie istnieje. Wiesz, że się spodoba.

Wydaje mi się, że kiedyś, dawno, dawno temu wyobrażałam sobie siebie jako super oryginalną mamusię, która wszystko robi sama, zapewnia dzieciom nietypowe atrakcje, tematyczne przyjęcia i własnoręcznie wykonane dekoracje. Jasne, to jest fantastyczne, ogromnie podziwiam osoby, które robią takie rzeczy. Tak czy inaczej, najważniejsza jest radość na buzi dziecka, a jestem przekonana, że impreza urodzinowa zorganizowana w miejscu do tego przeznaczonym z pewnością tę radość wywoła.

Nasz pierwszy raz


To były pierwsze urodziny Roberta zorganizowane w taki sposób. Wcześniej robiliśmy po prostu przyjęcia domowe dla rodziny i najbliższych znajomych. Ale teraz Robert ma już pięć lat i dużą potrzebę wspólnej zabawy z kolegami. Już od dawna czekał na te urodziny i wyliczał, kogo chciałby zaprosić.


Z tym zapraszaniem był chyba największy kłopot. Przede wszystkim, listę gości trzeba ustalić z pewnym wyprzedzeniem, a wizja Roberta zmieniała się kilkakrotnie - bo, dajmy na to, pokłócił się z kolegą i już nie chciał go zaprosić ;) Poza tym ja nawet nie znam osobiście większości rodziców jego kolegów, mamy ze sobą kontakt jedynie poprzez grupę na Facebooku. Z jedną z mam nawet nie udało mi się nawiązać kontaktu na czas! Na szczęście uznałyśmy wspólnie, że nic straconego, nadrobimy to niedopatrzenie w najszybszym możliwym terminie.

Sporym dylematem było też: ilu gości zaprosić? Mam wrażenie, że cztery-pięć osób to optymalna ilość. Szczęśliwym trafem wszyscy koledzy (poza tym jednym, z którym nadrobimy) mogli się pojawić na miejscu o określonej porze. A przecież z dziećmi to jest taka loteria! - jednego dnia zdrowe, następnego dnia choruje, innego dnia po prostu coś mu się odwidzi, albo rodzicom coś wypadnie... Najbardziej obawiałam się tego, że z dnia na dzień wszyscy goście odwołają przyjście, i tak po prostu posiedzimy sobie w tej sali sami... Jednak poszczęściło się nam :)

Mieliśmy też dużo szczęścia, jeśli chodzi o lokalizację sali i dostępny termin - a rezerwowałam go dosłownie kilka dni wcześniej! Od jednej z mam dowiedziałam się, że niedawno otworzono salę zabaw w Niepołomicach, bardzo blisko Rynku. To rozwiązało nasz dylemat, jak znaleźć miejsce, do którego wszyscy dojadą bez większych problemów.

Urodziny w DODO

Miejsce zrobiło na nas rewelacyjne wrażenie. To nie jest tylko zwykłe kulkowo, DODO oferuje również mnóstwo innych atrakcji, zabawek, klocków, nawet spory wybór książeczek do poczytania. Każde dziecko znajdzie coś dla siebie - a zapewniam, że o ile Roberta łatwo zabawić, to już trzyletni Michał potrafi być bardziej wybrednym odbiorcą. Po dwóch małych kryzysach, kiedy próbował się dostać do zjeżdżalni ewidentnie dla niego za dużej, znalazł sobie spokojniejszą rozrywkę i bawił się tak wybornie, że przy wychodzeniu trzeba go było odkopać z kulek niczym jeża schowanego w stercie liści :D 


W nieznacznie oddzielonej od reszty sali części, przypominającej mały pokoik, stał przystrojony balonami stolik z przekąskami. Niektóre z nich były wliczone w cenę, inne dokupiliśmy za niewielką opłatą. Większość została do spakowania :D Ale i tak cieszę się, że było ich tak dużo, dzięki nim stół prezentował się wspaniale. Nie zdecydowaliśmy się na tort, trochę chcieliśmy sprawdzić, jak w ogóle sprawdzi się taka formuła urodzin w miejscu, w którym dzieci są przede wszystkim nastawione na skakanie i szaleństwa, niekoniecznie na jedzenie. Po fakcie myślę, że rezygnacja z niektórych przekąsek na rzecz tortu mogłaby być niezłym pomysłem, wartym wypróbowania w przyszłości.

Sala posiada też część kawiarnianą dla rodziców, ale przyznam, że praktycznie w ogóle z niej nie skorzystaliśmy. Nie było kiedy, bo ciągle byliśmy w ruchu i przyglądaliśmy się, jak bawią się nasi mali podopieczni. Przyznam, że nawet weszłam dwukrotnie na konstrukcję przeznaczoną do zabaw, bo musiałam pomóc Michałowi, który jeszcze nie do końca odnajdywał się w tym labiryncie :) I dwa razy zjechałam w kulki! Ale zasadniczo, nie zachęcam do podążania w moje ślady, ta konstrukcja naprawdę jest dla dzieci, nie dla rodziców :)


Starsi chłopcy radzili sobie bez trudu, czasem tylko trzeba było ich pilnować, gdy chcieli wspinać się po siatce jak Spiderman! albo gdy przegrzewali się w bluzach, bo w ferworze zabawy nie pomyśleli, że przydałoby się je zdjąć :) Przyznam, że gdy na samym początku imprezy okazało się, że rodzice naszych gości nie będą siedzieć z nami przy stoliku, po prostu przyjdą po dwóch godzinach odebrać dzieci, ogarnęła mnie obawa, czy sobie poradzimy z taką gromadką. Szybko przekonałam się, że nie będzie to trudne, tym bardziej, że do pomocy mieliśmy czujną i nieustraszoną panią z obsługi :)

Przyznam, że nawet nie wiem, kiedy minęły te dwie godziny. Czas upłynął błyskawicznie, aż trochę żal było wychodzić! Na pewno trafiliśmy na miejsce, do którego będziemy wracać, tym bardziej, że to podobno najlepsze kulkowo na świecie - pewien pięcioletni promyk słońca tak mi mówił :)