poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Pudding ryżowy z borówkami.



Miniony piątek był ciekawym dniem. Zrobiłam aż dwie nowe rzeczy, których nie robiłam nigdy w życiu. Po raz pierwszy prowadziłam transmisję na żywo - szczerze, bardzo fajne doświadczenie. Mogę kiedyś poprowadzić jeszcze jedną, dla Was, tylko musimy wymyślić, o czym będę gadać :)

Po raz pierwszy upiekłam też pudding. Prawdę mówiąc, nie przypominam sobie, żebym w ogóle kiedykolwiek jadła coś takiego. A i tak, cała ja, musiałam go zrobić po swojemu. Jak przeczytałam w oryginalnym przepisie, że mam pokroić chleb na kawałki i dodać do ciasta, to tak trochę pożałowałam tego chleba. Poszukałam innego przepisu, w którym nie wykorzystano chleba, tylko mąkę. Znacząco zmniejszyłam też ilość cukru, a i tak wydawał mi się za słodki. Inspirowałam się przepisem ze strony amerykańskiej - oni chyba strasznie dużo słodzą!

Gotowy pudding wyglądał pięknie, miał wspaniałą konsystencję i świetnie smakował - choć następnym razem dam jeszcze mniej cukru! Czy to obiad, czy deser? Hm, to zależy od Ciebie ;) Ale chyba bliżej mu jednak do deseru.

Ponieważ nasz wspaniały ogród na RODOS obrodził w duże ilości borówek, z przyjemnością wykorzystałam je do zrobienia pysznego borówkowego puddingu.

Składniki:

300 g ryżu (ja użyłam brązowego)
2 szklanki mleka
5 jaj
4 łyżki mąki
1 szklanka cukru (możesz spróbować dać mniej)
cynamon, gałka muszkatołowa, sól
1 szklanka borówek (lub więcej)

Ugotuj ryż z odrobiną soli. Zmiksuj mleko, jaja, mąkę i cukier na gładką masę, dodaj ryż i przyprawy, starannie wymieszaj. Wylej masę na blachę. Na koniec dodaj borówki - rozmieść je dość równomiernie.

Jedynym minusem puddingu jest to, że trzeba go dość długo piec - około godziny. Wcześniej po prostu pływa :D Wyjmujesz go z piekarnika, kiedy ma już stałą konsystencję. Nie przejmuj się tym, że jest dość wilgotny. To jest pudding, taki ma być :)

Następnego dnia też smakuje wspaniale!

piątek, 2 sierpnia 2019

Nasze wakacje na RODOS.



Jedni spędzają wakacje na Bali, inni na Krecie, a my na RODOS. Znacie ten skrót? Rodzinne Ogródki Działkowe Ogrodzone Siatką.

Nasze Rodos jest o tyle wyjątkowe, że mieszkamy na nim na co dzień. Spędzamy na Rodos wiosnę, lato, jesień i zimę. To trochę tak, jakbyśmy zawsze byli na wakacjach :) Czy jest przez to nudno? Nieee... Życie codzienne toczy się wszędzie, na Rodos także. Często jesteśmy zbyt zajęci, zbyt pochłonięci codziennością by w pełni nacieszyć się miejscem, w którym mieszkamy. Gdy przychodzi czas, by odpocząć i zrelaksować się w otoczeniu przyrody - wystarczy otworzyć drzwi.



Przeprowadzka na wieś.


Decyzja, że zamieszkamy poza miastem zapadła mniej więcej w tym samym czasie, co decyzja o naszym ślubie. Było oczywiste, że musimy znaleźć coś większego niż maleńka kawalerka, którą mieliśmy wówczas do dyspozycji. Nie planowaliśmy jeszcze powiększenia rodziny, ale nie wykluczaliśmy, że kiedyś dzieci się pojawią - a wtedy nie byłoby szans, żebyśmy się tam pomieścili. Jak nieraz żartowałam, nie byłoby gdzie tego dziecka postawić! Nasze możliwości finansowe pozwalały albo na zakup mieszkania w mieście, albo na zakup małego domu na wsi. Oboje marzyliśmy o domu.

Sprawdziliśmy wiele ofert. Każdy dom miał jednak jakiś feler... Aż trafiliśmy na to jedno, wyjątkowe ogłoszenie. Miejscowość już znaliśmy, oglądaliśmy tam wcześniej inny dom. 
Kiedy zobaczyłam ogród na zdjęciach dołączonych do ogłoszenia, od razu zapowiedziałam mężowi, że będzie łatwo przekonać mnie do kupienia tego domu. Tak też było w istocie. Oboje daliśmy mu się uwieść. Podjęliśmy decyzję o zakupie od razu, kiedy tylko zobaczyliśmy dom, nie potrzebowaliśmy czasu do namysłu.


My na RODOS.


Ogrodnicy z nas nieszczególni, zwłaszcza ze mnie. Właściwie moje prace związane z ogrodem polegają głównie na zbieraniu owoców. W tej chwili mamy mnóstwo przepysznych, słodziutkich borówek amerykańskich. Robert je uwielbia :) Ostatnio nazbierałam ich trochę, żeby dodać do ciasta, które właśnie piekłam - ale same w sobie okazały się taką atrakcją, że upiekłam ciasto bez borówek :)


Mamy też maliny, kolejny przysmak Roberta :) A także porzeczki, aronię, brzoskwinie, pigwę, jabłka... Przed pojawieniem się dzieci robiliśmy z nich nalewki, teraz celujemy raczej w konfitury, dżemy, ciasta owocowe. Albo po prostu zjadamy :) Ale nie jesteśmy w stanie przejeść takiej ilości.

Mamy dmuchany basen, właściwie nawet kilka basenów - trzy mniejsze, bardziej dziecięce i jeden duży, dla dorosłych. Nieraz towarzyszy naszym ogrodowym imprezom :)

Mamy urokliwą altankę, idealną na spotkania w nieco większym gronie. Kiedy organizujemy imprezy, to zawsze tam. W pewnej odległości od altanki stawiamy grilla :)


Na drzewie wisi huśtawka Roberta, prezent od znajomych, którzy odwiedzili nas niedawno. Stara huśtawka, widoczna na zdjęciu, jest raczej nieużywana, ale strasznie ciężko ją zdemontować.

Robert uwielbia biegać po ogrodzie, szukać owoców, bujać się na huśtawce. Michał dopiero odkrywa uroki tego miejsca. Nie umie jeszcze chodzić, za to bardzo chętnie raczkuje, co w ogrodzie jest jednak trochę kłopotliwe :) Gdy był mniejszy, często kładłam go na kocu, w tej chwili z pewnością w ciągu kilku sekund byłby już w trawie. Przy okazji ostatniej imprezy ogrodowej ustawiliśmy jego kojec obok altanki. Mógł być z nami, bawić się, nawet trochę tańczył na stojąco :) 

Czemu nie wyjazd?


Mam również plany wyjazdowe w tym roku - zamierzamy odwiedzić moich rodziców. Mieszkają daleko, więc to cała wyprawa. Ich okolice są, muszę to przyznać, jeszcze piękniejsze niż nasze RODOS. Wspaniałe lasy, pola, łąki, brzeg rzeki, dzika przyroda... Jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Najczęściej tam właśnie jeździmy na wakacje. W tym roku po raz pierwszy Michał odwiedzi dziadków :) 

Prawda jest taka, że im liczniejsza staje się nasza rodzina, tym trudniej gdzieś pojechać. Trzeba poprosić kogoś o opiekę nad zwierzętami, zwłaszcza nad naszym szalonym psem. Dzieci są jeszcze małe i potrzebują dużo uwagi. Nie mówię już o takich kwestiach, jak finanse i ograniczona liczba dni urlopu. Powiedzmy, że inne dalekie podróże planujemy dopiero na przyszły rok :)


Tu, gdzie mieszkamy, możemy robić dużo fantastycznych rzeczy. Mamy blisko do Puszczy Niepołomickiej, po której lubimy spacerować, chociaż komary czasem nas trochę zniechęcają ;) Często jeździmy do Krakowa, w którym zawsze się coś dzieje. Nie narzekamy na monotonię.

Czasem trochę tęskni się nam za żeglowaniem ;) Kiedy dzieci podrosną, na pewno weźmiemy je na łódkę!


Tekst powstał w ramach akcji Wyciśnij LATO jak cytrynkę! 




wtorek, 30 lipca 2019

7 grzechów początkującego pisarza, które popełniłam.


Po raz kolejny zapraszam Was dzisiaj do mojego małego, pisarskiego światka :) Chciałam Wam powiedzieć, że najwięcej w życiu można się nauczyć na błędach. Swoich i cudzych. Jako że mam dobre serce, pozwolę Wam wyciągnąć wnioski z moich błędów ;) Może do czegoś Wam się przyda ta wiedza. Jeśli nie, to może przynajmniej się trochę pośmiejecie :)

To nie są przykłady z pracy nad książką, o której wspominałam Wam poprzednio, ale z wszystkich lat mojego pisania, mniej więcej od czasów wczesnonastoletnich do obecnych.

Jakie 7 grzechów początkującego pisarza z całą pewnością popełniłam?

1. Brak researchu i znajomości realiów.



Jako nastoletnia pisarka z wielkimi ambicjami byłam dość bystrą, myślącą osobą, do tego oczytaną. Jednak naprawdę szokująco późno dotarła do mnie prosta prawda, że ci autorzy, którzy piszą o Kalifornii, mają amerykańsko brzmiące nazwiska, a ci autorzy, którzy opisują polskie realia, są bez wątpienia Polakami. Czytałam noty biograficzne pisarzy, a nawet pełne biografie, widziałam związki między ich życiorysem, doświadczeniem i wykształceniem a opisywanymi przez nich realiami - i jakoś nie zadzwoniło mi ani razu w głowie, że takie same związki powinny zaistnieć w mojej karierze pisarskiej. Skąd. Żyłam w przekonaniu, że wystarczy dobry temat i moja nieograniczona wyobraźnia, a mogę napisać o wszystkim, dosłownie o wszystkim. Serio. Pisałam o Hollywood, o adoptowanych afroamerykańskich czworaczkach (to nie jest żart), aż wreszcie na co najmniej dwa lata oddałam serce i duszę mojej pierwszej wielkiej i ambitnej powieści szesnastolatce z bujną i złą przeszłością, która zostaje zatrudniona jako pielęgniarka i dosłownie przywraca ludziom wzrok. Nie wiem, jakim cudem nikt mnie przez ten czas nie uświadomił, że przecież nie mam pojęcia o rzeczach, które wydaje mi się, że opisuję. Nie wiem, czemu sama sobie tego nie uzmysłowiłam. Gdy chodziło o moją twórczość, miałam przedziwne klapki na oczach.

Pamiętam, że w pewnym momencie zaczęło do mnie docierać, że coś się nie zgadza. Moje bohaterki, amerykańskie oczywiście bardziej niż Statua Wolności, obchodziły na przykład bardzo tradycyjne polskie Boże Narodzenie. Było więcej elementów świadczących o tym, że są raczej Polkami. Bliska osoba doradziła mi wówczas, żebym rzuciła to w chole żebym umieściła akcję w środowisku Polonii amerykańskiej. Świetnie, tylko że to nie rozwiązywało problemu. Ja nadal nie miałam pojęcia o życiu amerykańskiej Polonii, nie miałam pojęcia, jak wygląda Chicago, w którym rzekomo umiejscowiłam akcję, a realia opisywane przeze mnie nie były zapewne ani amerykańskie, ani polskie, ani w ogóle żadne. 

Nie mam pojęcia, czemu moja szesnastoletnia cudotwórczyni Mira nie mogła być po prostu Mirką, a cała rzecz nie mogła się dziać gdzieś bliżej mnie. Wiem, że to częsta przypadłość młodych twórców. Mam wrażenie, że obecnie wydawcy przestali już walczyć z tą manierą, bo zauważyli prostą prawdę, że pewna grupa odbiorców woli jednak czytać o Johnie i Mary niż o Jasiu i Marysi. W czasach, gdy próbowałam zaczynać, było to raczej źle odbierane.

2. Brak sprawdzenia rynku.



Powiem więcej. Żyłam w szczerym, głębokim i niezmąconym niczym przekonaniu, że jak już napiszę tę książkę i wyślę ją do wydawnictwa, to ona zostanie wydana. Znałam niby przykład Rowling, której "Harry'ego Pottera" odrzuciło dwanaście wydawnictw, ale ze mną miało być przecież inaczej.

Nie umiałam wskazać ani podobnych książek do mojej, ani autorów piszących podobnie, ani docelowej grupy czytelników - jak to, przecież moją książkę mieli czytać wszyscy, a nie tylko jakaś grupa! Może nie widziałam oczyma wyobraźni siebie odbierającej literackiego Nobla ani kupującej jacht za fortunę zarobioną dzięki mojej książce, ale nie byłam też przygotowana na ani jedną negatywną recenzję. W ogóle się nie zastanawiałam nad odbiorem.

Do wydawców wysyłałam fragmenty, nie całość, żeby nikt mi jej nie ukradł. Z pewnością byli niepocieszeni, że im odebrałam tę wielką szansę ;)

3. Przekonanie o własnej nieomylności.


Nie chodzi o pychę, choć tej również z pewnością mi nie brakowało. Ja byłam pewna, że nie popełniam błędów. Jako osoba, która dostawała szóstki z wypracowań szkolnych, wygrywała konkursy, napisała maturę z polskiego na 100%, pisała do prasy studenckiej artykuły, które przechodziły nietknięte przez ręce wymagającego profesora, wreszcie pracowała jako redaktor - żyłam w przeświadczeniu, że w pisanych przeze mnie tekstach błędy po prostu się nie zdarzają. Nie wysyłałam ich do sprawdzenia, nie szlifowałam ich zbyt długo. 

Zderzenie z rzeczywistością było trudne i zaskakujące. Tak, popełniam błędy, sporo błędów. Może nie ortograficzne i nie składniowe. Ale moją zmorą są na przykład powtórzenia. Jeśli czytacie mnie od jakiegoś czasu, pewnie zauważyliście, że lubię stosować powtórzenia jako chwyt stylistyczny. Problem w tym, że równie często, a może nawet częściej robię to bezwiednie i bez żadnej kontroli. Zdarza mi się użyć tego samego słowa dwa razy w jednym zdaniu.

Inne błędy to na przykład liczne literówki, użycie niewłaściwego słowa przez pomyłkę, użycie słowa w niewłaściwej odmianie, pominięcie słowa... Przypuszczam, że za tymi błędami stoi rozproszenie, które pojawia się bardzo często w życiu pisarza. Często dopada nas codzienność, ktoś nas zagaduje, coś nas odrywa od pracy. Chwila nieuwagi - i pomyłka gotowa.

4. Pisanie w tajemnicy.


Im bardziej nabierałam pokory, im częściej ponosiłam porażki, tym większą miałam skłonność, by schować się przed całym światem z tym moim pisaniem. Miałam poczucie, że moje ambicje literackie były urocze u licealistki i interesujące u studentki, ale dorosłą narażają mnie na śmieszność. Miałam zamiar pracować nad książką w tajemnicy, a potem zaskoczyć wszystkich moim sukcesem.

Miało to też na pewno związek z moim brakiem wiary w powodzenie. Póki nikt nie wiedział o moich ambicjach, nikt nie musiał też wiedzieć o porażce. 

Nie konsultowałam się z innymi pisarzami, nie nawiązywałam znajomości, nie dzieliłam się doświadczeniami związanymi z pisaniem. Nie korzystałam ze wsparcia, pomocy, motywacji. Chyba jedyną osobą, która wiedziała, że ja coś piszę, był mój mąż.

Obecnie widzę ogromny wpływ środowiska literackiego i rozmów o mojej książce na moje postępy w pisaniu. Piszę znacznie szybciej, znacznie rozważniej, mam mnóstwo motywacji i inspiracji właśnie dzięki osobom, które wiedzą o moim pisaniu.

5. Pisanie bez planu.



W którymś momencie, bo nie od razu, nieskończenie uwierzyłam w natchnienie. Uważałam, że książka powinna ze mnie płynąć. Siadałam i pisałam, tak naprawdę nie mając w głowie ani sylwetek bohaterów, ani zarysu akcji, to wszystko miało powstawać na bieżąco. Powstawało, nie powiem. Da się coś napisać w ten sposób. Plan daje jednak niesamowite możliwości, których samo natchnienie nie załatwi. Kiedy wiesz, co się wydarzy, możesz budować napięcie. Możesz sygnalizować, zapowiadać, dawać wskazówki. Kiedy znasz tajemnicę opisywanej przez siebie postaci, którą ona dopiero za jakiś czas wyjawi, możesz pozwolić tej tajemnicy wpływać na jej zachowanie. Potem, gdy prawda wyjdzie na jaw, czytelnik zobaczy - no tak, przecież to od początku było oczywiste!

Pracuję w tym momencie nad drugim tomem książki, którą niedawno skończyłam pisać (i jeszcze doszlifowuję). Zanim jeszcze zaczęłam pisać pierwszy rozdział pierwszego tomu wiedziałam, jak zakończy się całość, z jakimi problemami będą się mierzyć poszczególne postacie i jakie są ważniejsze punkty fabuły. Daje mi to bardzo dużo swobody i komfortu. Kiedy zaczynam pisać o danej postaci, już wiem, co ona zrobi później, jaka jest jej historia, czego jeszcze czytelnik o niej nie wie. Oczywiście, nie wszystko jest dokładnie zaplanowane, a moi bohaterowie zaskakują mnie po wielokroć. Ale kontrola nad opowiadaną historią pozostaje jednak w moich rękach.

6. Szalone eksperymenty z formą.


Pablo Picasso, "Femme Assise"
Źródło: Forbes
Ja w ogóle dużo czytałam. Głównie książki ambitne, psychologiczne. A w nich: strumienie świadomości, narracja przeplatana wierszem, czytanie według klucza, szalone i niespodziewane zmiany narratora, próby odwzorowania podróży między wymiarami w narracji i formie... Chyba zrozumiałe, że też tak chciałam. 

Moje próby literackie nieraz bardziej przypominały zbiór krótkich form niż spójną powieść. Nigdy nie było wiadomo, czy w następnym rozdziale nie wyskoczy znienacka nowy narrator. Albo wiersz. Albo kilka nowych postaci, których nie było wcześniej i które nie mają żadnego, ale to żadnego związku z wcześniejszymi wątkami. Po prostu natchnienie kazało mi pisać o nich właśnie w tamtym momencie. 

Wiecie, co powiedział Pablo Picasso? "Naucz się zasad jak profesjonalista, by móc je potem łamać jak artysta".  

Eksperymenty nie są złe, jeśli umiesz pisać. Pytanie, czy potrafisz rzetelnie ocenić swoje umiejętności?

To, że nabrałam pokory, wcale nie oznacza, że całkowicie zaprzestałam eksperymentowania. W książce, nad którą pracuję, zabawa polega na tym, że postaci i perspektyw narracyjnych jest wyjątkowo dużo, każda uwzględnia indywidualne cechy postaci i nieco się wyróżnia, a dodatkowo ta wielogłosowa narracja wzbogacona jest jeszcze fragmentami pamiętnika jednej z postaci oraz wierszami kilku innych (i każdy ma swój styl pisania). Mieści się to jednak w pewnych ramach. Wiem już, że nie wszystko mi wolno.

7. PODDAWANIE SIĘ.


To jest najgorszy grzech. 

Jak wspomniałam wcześniej, nie byłam przygotowana na to, że wydawnictwo mnie odrzuci. Chyba dlatego nie wiedziałam, jak sobie z tym odrzuceniem poradzić.

Zgoda, dobrze się stało, że wspomniana w punkcie pierwszym powieść nie doczekała się wydania. Pewnie nadal ciągnąłby się za mną wstyd z jej powodu. Ale później pisałam też inne teksty, które miały przynajmniej potencjał.

Wydaje mi się, że raz byłam dość blisko wymarzonego debiutu powieściowego. Miałam przyzwoity tekst, choć niepozbawiony wspomnianych wcześniej błędów - pisany bez planu, eksperymentujący z formą. Miałam dobrą recenzję napisaną przez nie byle kogo, bo przez profesora wykładającego historię literatury. Miałam zebrane opinie od beta-czytelników. Udało mi się nawet opublikować fragmenty na łamach prasy studenckiej.

Wysłałam tekst do dwóch wydawnictw. Jedno odmówiło bez uzasadnienia. Z drugiego otrzymałam bardzo szybką i dość niejednoznaczną, choć raczej odmowną odpowiedź. Podjęłam dyskusję z redaktorem. Dowiedziałam się, jakie wady ma moja propozycja. W pewnym momencie dyskusja ustała, ja zapewniłam, że będę pracować nad tekstem i na tym stanęło. Wydrukowałam całość, naniosłam długopisem liczne poprawki i... tyle. Nigdy ich nie wprowadziłam. Kartki zalegały, niszczyły się, przekładane z miejsca na miejsce, aż wreszcie wyrzuciłam je przy okazji którejś przeprowadzki.

Któregoś dnia usłyszałam, jak profesor, który recenzował moją książkę mówi, że gdyby ktoś ze studentów napisał coś naprawdę dobrego, to on zrobiłby wszystko, żeby to zostało wydane. Czyli mój tekst nie był naprawdę dobry, zrozumiałam. Przyznam, że chyba się trochę obraziłam.

Zraziłam się tak bardzo, że zanim następnym razem wysłałam cokolwiek do wydawnictwa, minęło niecałe 10 lat (rany, naprawdę aż tyle?). Jak wiele można było zrobić w tym czasie!

Jeśli spróbujesz, może Ci się nie udać. Jeśli nie spróbujesz - nie uda się na pewno.
Wyślij tekst nie do jednego czy dwóch, ale do trzydziestu wydawnictw. Szansa na pozytywną odpowiedź jest wtedy trochę większa. 
Jeśli się nie uda, nadal nie rezygnuj. Spróbuj się dowiedzieć, dlaczego się nie udało. Co możesz zrobić, by to zmienić?

Przede wszystkim - NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ.

piątek, 26 lipca 2019

Jeśli to czytasz po latach...



Gościu, który zaglądasz na tę stronę po latach, może nawet trudno mi sobie uzmysłowić, po ilu. Nie mam pojęcia, jak tu trafiłeś, bo wiedz, że w moich czasach to nie był najczęściej odwiedzany adres w Internecie. Macie w ogóle Internet, czy trafiłeś na niego w inny sposób?

Zresztą nieważne, i tak mi przecież nie odpowiesz.

Kiedy to piszę, jest rok 2019, koniec lipca. Siedzę w fotelu, mam przed sobą duży ekran, uderzam palcami w klawisze, na których są litery. Korzystam z komputera, a dokładniej z laptopa. 

Autorka, której relację właśnie czytasz, to trzydziestodwuletnia matka dwójki dzieci, mężatka. Ma dom z ogrodem i kilka ukochanych zwierzaków. Poza byciem mamą i pisaniem niewiele w życiu robi, choć nigdy się nie nudzi. Nie wiem, co o niej wiesz, może nic, a może coś. W chwili, gdy pisze te słowa, jest trochę niespełniona, ale ma w sobie mnóstwo wiary i determinacji. 

Opowiem Ci trochę o jej czasach.


Żyjemy w rodzinach, choć coraz więcej osób cieszy się z niezależności i z życia w pojedynkę. Słowa takie jak singiel, singielka zrobiły dużą karierę, wyparły myślenie o starych pannach i starych kawalerach. Dociera do nas, że lepiej żyć samemu niż w związku, w którym źle się dzieje. Staliśmy się bardziej wrażliwi na krzywdę i przemoc w rodzinie, choć jeszcze sporo nam brakuje.

Stosunkowo niedawno zaczęliśmy się uczyć, jak rozumieć dzieci. Serio, wcześniej były dla nas jak takie małe zwierzątka, które trzeba wytresować... a, czekaj, do tego przejdę później. Możesz mi nie uwierzyć, ale w moich czasach wiele osób uważało jeszcze, że dzieci trzeba bić. Nawet nie, że można, ale że bez tego się ich nie wychowa! Tak, mnie też to szokuje.

Dostajemy pieniądze za to, że mamy dzieci. Taka odgórna polityka, chyba ktoś uznał, że jest nas jeszcze za mało. Niektórym się to bardzo nie podoba, inni się z tego bardzo cieszą. W każdym razie temat budzi emocje.


Media stanowią potężną władzę. Nic nie wskazuje na to, żeby to miało się zmienić, więc chyba wiesz, o czym mówię.

Są tacy ludzie, którzy płacą innym ludziom za pisanie opinii w Internecie. A nawet za znieważanie i obrażanie. Coraz trudniej wierzyć w słowo pisane.

W moich czasach nie brakuje ludzi gotowych postawić znak równości między obrażeniem symbolu a obrażeniem człowieka. Wielu uważa wręcz, że obrażenie symbolu jest gorsze. Bawimy się w przepychanki, "kto zaczął".

Ludzie biją ludzi za inny wygląd, poglądy, a nawet za to, z kim ktoś idzie do łóżka. Ale spokojnie, nie wszyscy. Z dnia na dzień rośnie coraz większe grono ludzi, którzy rozumieją, że różnimy się pięknie.

W moich czasach nadal trwa walka o równouprawnienie kobiet. Mężczyźni uważają, że przesadzamy. Chociaż powiem Ci, że spotykam mężczyzn, którzy bronią praw kobiet z większym zapałem niż ja! 

W ogóle widzę w naszych czasach dużo solidarności, i to jest piękne. Heteroseksualni idą w marszach równości ramię w ramię z homoseksualnymi, w marszach poparcia dla kobiet biorą udział całe rodziny. Uczniowie popierają nauczycieli. Ciekawe, czy w Twoich czasach też trzeba maszerować i strajkować, by upomnieć się o swoje prawa.


To my jesteśmy tymi, którzy strasznie zanieczyścili Ziemię, ale też tymi, którzy zdali sobie z tego sprawę i zaczęli szukać rozwiązań ekologicznych. Mamy jednak świadomość, że "wielcy gracze" mają o wiele większy wpływ na kondycję planety niż my.

Pamiętam i czasy, gdy wegetarianizm był uważany za zło, grzech, fanaberię, a wręcz za objaw zaburzenia psychicznego (!), i czasy bardziej mi współczesne, gdy wegetarianizm stał się modny. Nie brakuje ludzi, którzy uważają, że to jedyna możliwa droga.

Otacza nas piękna przyroda, lasy, jeziora, łąki. Wiecznie spierają się dwie tendencje: do dbania o te zielone tereny i do zamieniania ich w kolejne miejsca dla ludzi, osiedla, centra handlowe... Na ten moment nie mamy pojęcia, która tendencja wygra. Ty może już to wiesz.


Wspomniałam o zwierzętach. Za moich czasów sensacyjne okazały się decyzje o zakazie wykorzystywania zwierząt w cyrkach. Wcześniej ludzie zmuszali je do tego, by tańczyły, skakały przez obręcz, chodziły na linach, mówię Ci, istny... cyrk, nomen omen. Są nagrania, na widok których serce się kraje.

Studia nie dają gwarancji, że dostanie się dobrą pracę. Coraz więcej osób z nich rezygnuje.

Wielu ludzi chce tworzyć, pisać, śpiewać, rysować, wielu robi własnoręcznie biżuterię, ubrania. Zaczęliśmy wierzyć w nasze możliwości. Media społecznościowe dały nam spore pole do popisu. Rozkwita kreatywność

Z drugiej strony, trochę zachłysnęliśmy się technologią. Nie ma dnia bez patrzenia w ekran. Czasem nie wytrzymujemy nawet godziny. Dostrzegamy, że cierpią na tym nasze relacje, a mimo to nadal robimy to samo.

Pracujemy nad sobą. Ćwiczymy, szkolimy się, staramy się rozwiązywać nasze własne zagadki. Szukamy odpowiedzi. Uczymy się prosić o pomoc.



Trochę Ci zazdroszczę tego, że wiesz, jak wygląda nasza przyszłość. Mimo to nie chciałabym w nią zaglądać, bo nadal wierzę, że kreujemy ją sami. Mam nadzieję, że dobrze nam pójdzie! :)
Pozdrawiam Cię serdecznie.


niedziela, 21 lipca 2019

Kiedyś, panie, były inne czasy... czyli: JAKO DZIECKO BYŁAM HOMOFOBEM.



Kiedyś było lepiej! Prawdopodobnie te słowa jako pierwszy wypowiedział jeden jaskiniowiec do drugiego, gdy poczuł się przygnębiony tymi nowymi czasami. Mogło mu chodzić o jakieś rewolucyjne metody polowania albo o zmiany w prehistorycznych zasadach życia w społeczeństwie.

Zawsze były jakieś inne czasy. Zawsze istniała jakaś rzeczywistość zastana, do której ludzie się przyzwyczaili, a w tej rzeczywistości pojawiały się zmiany, które witano z mniejszą lub większą nieufnością. Można nie lubić zmian, ale gdyby nie one, nigdy nie opuścilibyśmy jaskiń.

Na przestrzeni tych zmieniających się lat jesteśmy w gruncie rzeczy prawie tacy sami: niepewni, wystraszeni, przywiązani do tego, co znamy i co wydaje nam się bezpieczne. Słabo się uczymy.

Jakie czasy, takie internety.


W moim dzieciństwie nie było Internetu, nie było smartfonów, był za to telewizor. Często włączany w moim domu. Przyznam, choć to dziś niepopularne, że wiąże się z nim wiele moich przyjemnych wspomnień. Pamiętam na przykład świąteczne popołudnia, kiedy przy stole zastawionym smakołykami oglądaliśmy całą rodziną dobre filmy. Zawsze wolałam książkę niż telewizor, ale muszę przyznać, że wspólne oglądanie o wiele bardziej sprzyjało rodzinnej integracji. Można było wymieniać się wrażeniami i refleksjami na bieżąco, śmiać się z tych samych gagów, wspólnie komentować i przeżywać oglądany film. 

Teraz oglądanie telewizji jest niemodne, niechętnie się do niego przyznajemy. Za to jesteśmy wiecznie on-line, przyklejeni do monitora, do telefonu. Zamieniliśmy jeden ekran na drugi i wydaje nam się, że to jakaś wielka rzecz.

Jako nastolatka czułam, choć jeszcze o tym nie wiedziałam, ogromną potrzebę korzystania z mediów społecznościowych. Wymieniałam się liścikami z koleżankami, prowadziłam zeszyty, do których można było się wpisywać. W przypływie złego humoru lub refleksji wysyłałam wiadomości do wszystkich osób, których numery miałam wpisane w telefonie. Czasami brałam kartkę i długopis i po prostu pisałam, co mi przyszło do głowy, przelewałam strumień świadomości na papier. Gdybym była nastolatką dziś, zmarnowałabym pewnie trochę mniej papieru.

Rośnie nasza świadomość.


Nie ma tygodnia bez tragedii. Wiecie, kiedyś też nie było, tylko docierało do nas o wiele mniej informacji. Często nie widzieliśmy ludzkich dramatów, bo nie mieliśmy świadomości, że dzieje się coś złego. Bicie nazywaliśmy karceniem, gwałty małżeńskie - obowiązkiem żony, przemoc u sąsiada - nie naszą sprawą.

Wpadło mi niedawno w oko zdanie, w którym ktoś ubolewał nad tym, że w dzisiejszych czasach dzieciom odbiera się niewinność. Rany, nie i nie. Po pierwsze, przestańmy myśleć o niewinności jako o czymś, co można komuś odebrać. To jakieś średniowieczne myślenie. Niewinność możemy stracić, gdy postępujemy źle. Czyjeś postępowanie, nawet bardzo gorszące, nie może wpłynąć na naszą niewinność. Każdy ma swoje sumienie.

Po drugie, na czym ma niby polegać to odbieranie niewinności dzieciom? Na dostrzeżeniu, że dziecko jest istotą seksualną? Jest, czy tego chcemy, czy nie. Na uświadomieniu sobie zagrożeń? Im większa świadomość, tym łatwiej przeciwdziałać. Naszym zadaniem jest nie tylko uchronienie naszych dzieci przed złem, ale też wychowanie ich na myślące, rozumne i empatyczne istoty, które nie krzywdzą innych, reagują, gdy komuś dzieje się coś złego i nie wahają się szukać pomocy, gdy jest to konieczne. To jest wielka odpowiedzialność. Troska o niewinność naszych dzieci nie może nam przysłonić innych zadań, takich jak nauczenie ich szacunku i otwartości na drugiego człowieka.

JAKO DZIECKO BYŁAM HOMOFOBEM. 


Nazwanie kogoś jednym z tych obraźliwych określeń mniejszości seksualnych było wówczas największą obelgą. Chciałeś kogoś obrazić = sugerowałeś, że jest homoseksualny. Śmialiśmy się z głupich żartów. Nasz śmiech budziły np. osoby ubrane na czerwono w piątek, bo to niby miało oznaczać, że ktoś jest gejem/lesbijką. Dlaczego na czerwono i dlaczego akurat w piątek? Pojęcia nie mam. Przy mojej miłości do koloru czerwonego, pewnie w niejeden piątek byłam ubrana jak lesbijka.

Jako nastolatka uważałam się już za osobę bardzo otwartą i tolerancyjną dla inności, stawałam w obronie osób homoseksualnych, uważałam, że należy im się szacunek. Miałam jednak wielkie i tłuste ALE do dodania. Szanuję ich, ale… niech się nie afiszują, niech nie oczekują żadnych praw, przywilejów, niech nie próbują się uważać za normalnych.

A potem poznałam A. I M., i N., i M., i P., i K., i P., i G., i A., i G., i K., i F., i S. … I jeszcze wiele, wiele wspaniałych osób. Nie podaję ich imion, bo nie wszyscy są wyoutowani. Niektórych z nich znałam najpierw dość długo jako życzliwych, oddanych ludzi, niepoprawne gaduły, zdolnych muzyków, aktywnych studentów, odważnych artystów, a potem dowiadywałam się o takim drobiazgu jak orientacja seksualna. Nie zmieniała nic w moim spojrzeniu na fascynującego człowieka, którego znałam. Może poza tym, że wiedziałam już, że niektórzy koledzy raczej nie będą mną zainteresowani ;)

Jestem zwykłą kobietą, która kocha z całego serca pewnego mężczyznę. Mam to szczęście, że nikogo ta nasza miłość nie kłuje w oczy, nikt nie chce nam odmawiać prawa do niej. Tworzymy poprawną, akceptowaną rodzinę. Ha! Gdyby mężczyzna, którego kocham, był kobietą – ja byłabym lesbijką. Tylko tyle różni mnie od tego strasznego LGBTQ, którego niektórzy tak bardzo się boją. Gdyby mężczyzna, którego kocham, był kobietą, musiałabym walczyć o naszą miłość z wrogością społeczeństwa, z nienawiścią kiboli, z przemocą i okrucieństwem ludzi, którzy ruszyli wczoraj do walki z LGBTQ podczas marszu w Białymstoku. Wielu z nich z Bożym imieniem na ustach.

Nie ma nic bardziej niekatolickiego i niechrześcijańskiego niż nienawiść. To powinno być proste. 

Kiedyś moi synowie staną przed wyborem partnera życiowego (a może nie, różnie w życiu bywa). Wiecie, co mówi mi serce matki? Boże… Niech nikt nigdy nie rzuca w nich jajkami, kamieniami, racami za to, że kochają. Bez względu na to, kogo wybiorą.

Przesyłam mnóstwo, mnóstwo ciepłych myśli dla uczestników marszu w Białymstoku. Jesteście kroplą, która drąży skałę. Może dziś wydaje się Wam, że nie zmieniliście wiele, ale to właśnie Wy zmieniacie świat.


Przypominam, że na fanpage'u jest KONKURS! Klikajcie tutaj: LINK

środa, 17 lipca 2019

30 faktów o mnie - co lubię, czego nie lubię?



Bez żadnej specjalnej okazji :) Pisałam Wam już o moich ulubionych książkach, filmach i piosenkach. Dziś wspominam o kilku innych rzeczach. Kto wie, może podczas czytania stwierdzicie, że macie ze mną sporo wspólnego?

Zaczynamy!


1. Kiedy odwiedzam moich rodziców, za każdym razem gramy z mamą w Scrabble. Gramy codziennie, czasem kilka razy dziennie :)

2. W dzieciństwie uwielbiałam zespół Kelly Family, wielokrotnie śniłam/ wyobrażałam sobie/ udawałam, że jestem na ich koncercie :) Miałam kasetę wideo z ich występem i włączałam ją tak często, że w końcu odtwarzacz przerwał taśmę. (No, popsuty już był, to dlatego).

3. Uważam, że nie istnieje na świecie nic pyszniejszego niż domowe ciasto czekoladowe. Na przykład takie.

4. W podstawówce brałam udział w olimpiadzie z wiedzy o sztuce. To było jedno z pierwszych moich doświadczeń związanych z intensywnym uczeniem się. Nie miało ono jednak wielkiego wpływu na moje życie.

5. Uwielbiam wiewiórki. Kiedy wypatrzyłam w jednym sklepie książeczkę o wiewiórce dla Roberta, cieszyłam się chyba bardziej niż on :)

6. Mam dziką radochę z faktu, że najnowszym agentem 007 będzie ciemnoskóra kobieta. Nie zmienia to faktu, że James Bond zawsze będzie wyglądał dla mnie jak Pierce Brosnan.

7. Oglądałam skoki narciarskie długo przed tym, zanim Małysz zaczął wygrywać.

8. Nie wszystkie lektury szkolne przeczytałam, ale bez większych problemów pisałam sprawdziany z ich treści.

9. Kiedy drugi raz w życiu odwiedzałam Barcelonę, czułam się tak, jakbym wracała do domu.

10. Oglądałam filmową adaptację musicalu "Hair" tyle razy, ile razy była powtarzana w telewizji.

11. Niedawno obejrzeliśmy z mężem wszystkie 5 sezonów serialu z czasów naszego dorastania, czyli "Ally McBeal". Przedziwna sprawa z tym serialem. W żadnym innym nie widziałam tylu moich ulubionych aktorów i zarazem tylu irytujących mnie, w jakiś sposób obrzydliwych dla mnie motywów, zahaczających o moje fobie. Aż dziwne, że pająki tam nie łaziły. Mimo wszystko oglądałam z dużą przyjemnością, a Robert zakochał się w piosence tytułowej.

12. Moją pierwszą pracą w życiu było udzielanie korepetycji z angielskiego. Pierwszą bardziej oficjalną - roznoszenie ulotek jednej pizzerii. Wolałam korepetycje, choć wspomnienia związane z ulotkami mają po latach pewien urok.

13. Pierwszym kotem, którego przygarnęłam, była Molly. To było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy broniłam pracę magisterską.

14. Nigdy w życiu nie jadłam hamburgera. I pewnie już nie zjem :D

15. Ponad osiem lat temu z dnia na dzień przestałam pić kawę. Zaczęłam z powrotem, kiedy urodziłam drugie dziecko. Nie, to wcale nie ma związku :D

16. Alejka, przy której mieszkam, nazywa się Akacjowa. Zanim się o tym dowiedzieliśmy, chcieliśmy przeforsować nazwę "Pod wielkim świerkiem".

17. Kiedy myślę o najlepszych wspomnieniach, zawsze przed oczami stają mi wakacje. Wspinanie się na szczyt góry, przeskakiwanie przez morskie fale, oglądanie tęczy nad rzeką, śpiewanie przy ognisku...

18. Obejrzałam tylko jeden odcinek "Gry o tron" i nigdy nie poczułam potrzeby, żeby obejrzeć więcej.

19. Niedawno po raz pierwszy widziałam mecz kobiecej piłki nożnej. Naprawdę się zaangażowałam! (tylko emocjonalnie).

20. Chętnie odwiedziłabym jeszcze raz Chorwację, to jedno z ciekawszych miejsc, w których byłam.

21. Uwielbiam abstrakcyjne dowcipy. Albo takie, w których wystarczy opowiedzieć samą puentę i już jest śmiesznie :) W ogóle uważam, że w dowcipach jest często więcej mądrości życiowej, niż by się zdawało.

22. Poszłam do ślubu w bordowych butach, które kosztowały mnie jedyne 20 zł, bo miały niepopularny rozmiar i maleńką plamkę przy obcasie. Uwielbiałam je.

23. Gdyby ktoś chciał kiedyś stworzyć idealne perfumy dla mnie, musiałyby pachnieć mandarynkami, kawą i czymś absurdalnym, np. tortem urodzinowym.

24. Kocham lata osiemdziesiąte, przede wszystkim za muzykę. Zdecydowana większość moich ulubionych utworów pochodzi z tego okresu.

25. Rozumiem, co się do mnie mówi po francusku, włosku i hiszpańsku, ale sama nie posługuję się tymi językami (może trochę francuskim).

26. Raz w życiu śpiewałam w filharmonii.

27. Mam kilka sukienek z czasów, kiedy byłam jeszcze w gimnazjum. Nadal czasem noszę, choć już rzadko.

28. Miewam względnie często sny, w których prowadzę samochód. W rzeczywistości nie umiem tego robić, nie mam prawa jazdy.

29. W tym roku po raz pierwszy obejrzałam disneyowskiego "Dzwonnika z Notre Dame" i pokochałam ten sposób opowiedzenia historii o Quasimodo. Wcześniej udawałam, że ta kreskówka nie istnieje. W ogóle uwielbiam disneyowskie wersje istniejących historii :)

30. Zapytałam męża, jaka jest jego ulubiona potrawa robiona przeze mnie. Wskazał między innymi pizzę ziemniaczaną :) Wspomniał też o torcie z pizzy, który zrobiłam kiedyś na jego urodziny.

To na razie tyle :) Ciekawa jestem, czy coś z tej listy Was zaskoczyło?

Przypominam, że na fanpage'u jest KONKURS! Klikajcie tutaj: LINK

sobota, 13 lipca 2019

Ulubione zabawki moich dzieci!



Wiecie, gdyby ktoś zadał mi pytanie, dlaczego zdecydowałam się pisać blog o dzieciach, odpowiedź brzmiałaby: bo mam dzieci. To takie proste, prawda? Gdybym miała hodowlę szynszyli, pewnie pisałabym blog o szynszylach. Ale nie mam.

Tak naprawdę chciałam po prostu pisać, a temat pojawił się sam... No dobra, może niekoniecznie sam, ale to nie jest tekst o tym, skąd się dzieci biorą. W każdym razie, od przeciętnej blogerki parentingowej dzieli mnie z pewnością wiele. Przede wszystkim, nie wrzucam na bloga zdjęć moich dzieci. Nie wystawiam recenzji, nie piszę o kosmetykach (wręcz przyznaję się do tego, że moje dzieci używają tylko niezbędnego minimum), nie chwalę się ciuszkami ani mebelkami. 

Ale dzisiaj chciałabym zarekomendować Wam kilka świetnych zabawek, które moje dzieciaki: Robert (2,5 roku) i Michał (7 miesięcy) naprawdę uwielbiają!

Kiedy wejdziecie do przeciętnego sklepu z zabawkami, zostaniecie z miejsca zbombardowani: kolorami, przepychem, różnorodnością. Potem zobaczycie, że połowa tych dobrodziejstw świeci, a jedna trzecia gra albo gada. A większość tych, które grają i gadają, potrafi też świecić. I vice versa. A niektóre też potrafią się poruszać samodzielnie. Można im regulować głośność, zmieniać melodie, kolor światła i częstotliwość migania... Kiedy widzisz to wszystko i jesteś mało doświadczonym rodzicem, który nie wie jeszcze, że wkrótce będzie wyjmować baterie z grających zabawek - łatwo uwierzyć, że dziecko potrzebuje tych wszystkich bajerów. Przecież są dostępne, najwyraźniej są modne. 

Moje dzieci też oczywiście je mają, nie twierdzę, że nie. Mają też puzzle, książeczki, klocki, autka. Ale czy wiecie, jak świetne zabawki macie w domu już teraz, zanim w ogóle wybierzecie się do sklepu z tymi grającymi i świecącymi cudami?

Kuchenna miska.



To wielofunkcyjne cacko może służyć zarówno maluchowi, jak i starszemu dziecku. Można z niego w łatwy sposób zrobić instrument muzyczny perkusyjny lub finezyjne nakrycie głowy. Sprzyja integracji z bratem, bo można mu je założyć na łepek. Można też wrzucać do miski inne zabawki, a nawet napełnić ją wodą i zrobić zabawkom basen.

Wyjątkowo utkwiła mi w pamięci chwila, gdy Robert odłożył jedną ze swoich najfajniejszych grających, gadających, śpiewających, świecących i jeżdżących zabawek, bo zdążył się nią lekko znudzić, i zaczął się z zapałem bawić miską. Ten kontrast robił wrażenie!

Kolorowe nakrętki.



Zbieramy, jak pewnie wielu z Was. To jeden z prostszych sposobów, by komuś pomóc - niewielkim kosztem i nakładem sił. Zanim jednak nakrętki pojadą na zbiórkę, służą jako zabawka dla Roberta. Wyjmuje je z pojemnika, wkłada z powrotem, wkłada jedną do drugiej, a potem rozdziela (często z pomocą mamy). Czasem układa je według kolorów albo jedną na drugiej.

W ogóle wszystkie nieduże przedmioty, które można wkładać i wyjmować z pojemnika, rewelacyjnie sprawdzają się w roli zabawki. Oczywiście, nie mogą być to przedmioty zbyt małe - ale np. klamerki do prania są w sam raz :)

Kartka papieru i długopis.



Dzieci naśladują nas we wszystkim, nie dziwi mnie więc, że Robert zafascynował się pisaniem. Stopniowo uczy się liter i kształtów, ale najczęściej po prostu pokrywa całą kartkę tego typu rysunkami. 

Butelka wody mineralnej.



To zabawka malucha, starszak używa butelki zgodnie z jej pierwotnym przeznaczeniem. Mały uwielbia ją turlać, bębnić w nią rączkami, zachwyca się efektami świetlnymi i dźwiękowymi, jakie wywołuje poruszanie butelką. To działa prawie jak kalejdoskop.

Gąbka.



Ulubiona zabawka do kąpieli. Choć w wannie lądują nieraz kaczuszki, rybka, a nawet autka, żadna z tych zabawek nie ma takich cudownych właściwości jak gąbka, która cała nasiąka wodą i można ją powoli wycisnąć do wanny. A potem jeszcze raz, i jeszcze raz... :)


Słuchajcie, polecam z całego serca wszystkie te zabawki! Sprawdziły się u nas, są trwałe, wielofunkcyjne, zapewniają mnóstwo atrakcji dla całej rodziny. Dałabym Wam jakieś kody rabatowe, ale pewnie i tak macie je wszystkie w domu :)


Przypominam, że na fanpage'u jest KONKURS! Klikajcie tutaj: LINK