środa, 12 grudnia 2018

Mama po raz drugi, czyli: to samo, a jednak inaczej.


Pamiętam, że gdy - już prawie dwa lata temu - pisałam tekst podsumowujący pierwsze trzy miesiące życia Roberta, czułam się jeszcze bardzo niedoświadczona i prawdę mówiąc, niezbyt przekonana:  czy jestem właściwą osobą, wystarczająco kompetentną, by pisać o macierzyństwie?

Słuchajcie, bardzo się cieszę, że napisałam wtedy ten tekst. To prawda, co w nim pisałam - pamięć jest ulotna. Nie jestem już tą samą osobą i nie do końca umiem odnaleźć się w odczuciach, które wtedy opisałam. Naprawdę, to było dla mnie takie trudne? Takie nowe? Naprawdę tak wykończyła mnie nieprzespana noc? Naprawdę byłam tak niepewna siebie?

Dwa lata macierzyństwa nie zmieniły mnie w genialną ekspertkę, która na wszystko zna odpowiedź, ale dały mi luksus bycia osobą doświadczoną na oddziale położniczym. Korzystałam z tego luksusu na wszystkie możliwe sposoby: doradzając młodziutkim mamom, z którymi dzieliłam salę, umiejętnie podając mojemu dziecku pierś i nie przejmując się wcale, że pokarm jeszcze nie ruszył, radząc sobie z własnymi emocjami... Wiem, to brzmi trochę jak przechwałki, ale chodzi mi wyłącznie o podkreślenie, jak wiele się zmieniło. Mama drugiego dziecka to już zupełnie inna pacjentka niż pierworódka. 

Choć ostatnio brakuje mi czasu na wszystko, a już zwłaszcza na pisanie, chciałabym podzielić się z Wami emocjami związanymi z pojawieniem się Michała w naszym życiu.

Jaki on jest maleńki!


Z jednej strony nabyłam doświadczenia, z drugiej strony... Odzwyczaiłam się od tego, że dziecko może być aż takie malutkie i delikatne! Mam wrażenie, że dopiero teraz dopadły mnie pewne obawy, których jakimś cudem uniknęłam za pierwszym razem. Jestem ostrożniejsza, bardziej się boję, że przypadkiem zrobię tej małej istotce krzywdę. Przez dwa lata jako mama rozwijałam się razem z Robertem, razem z nim uczyłam się jego coraz większej samodzielności, współpracy... Teraz muszę zrobić duży krok do tyłu. Znów mam w ramionach bezbronnego noworodka. Widzę, że moje obawy, że tym razem będę już za bardzo niefrasobliwa, nie miały większych podstaw. 

Jacy oni są różni!


Pamiętacie, jak obawiałam się, że moi synowie będą identyczni? Cóż, to kolejna obawa, która się nie sprawdziła :) Chłopcy różnią się od siebie tak bardzo, jak bardzo mogą się od siebie różnić dwaj bracia mający tych samych rodziców. 

Przyznam, że na początku to było dość zaskakujące, tym bardziej, że nie potrafiłam nawet za bardzo określić, do kogo z nas Michał jest podobny. (Ponoć cała mama, ale dla mnie to podobieństwo nie jest aż tak ewidentne). Ale cieszę się, że są różni, każdy z nich jest jedyny i niepowtarzalny, i każdy na swój indywidualny sposób jest przepiękny :)

Robert jest wspaniałym starszym bratem. Jest ciekawy maluszka, chętnie go głaszcze i przytula, najchętniej nosiłby go na rękach, gdybyśmy mu na to pozwolili. Próbuje też częstować go swoim jedzeniem. Zazdrość? Na pewno jest, choć nie tak ewidentna, jak się obawialiśmy. Objawia się raczej w drobnostkach, między innymi w szukaniu mojej uwagi wtedy, gdy zajmuję się maluchem. Ale radzimy sobie z tym. Na pewno nie może narzekać na brak czułości - nadal jest moim ukochanym małym synkiem!

Jaki inny szpital!


Po raz kolejny rodziłam w Bochni. Mam wrażenie, że przez te dwa lata strasznie dużo się tam zmieniło, choć personel jest w dużym stopniu ten sam. Pozytywna zmiana jest taka, że zrobiło się tam - mam wrażenie - o wiele sympatyczniej. Z mojego pierwszego pobytu na oddziale położniczym zapamiętałam przede wszystkim to, że niemal co chwilę ktoś miał mi coś do zarzucenia. Bo źle karmiłam, źle leżałam, źle trzymałam dziecko, źle się ubierałam, nawet dostało mi się za to, że byłam za gruba. Tym razem nic takiego nie miało miejsca. Wszyscy byli nieopisanie mili i wspierający. Obserwowałam też, jak pomagają mojej koleżance z sali poradzić sobie z początkami karmienia piersią. Widziałam życzliwość i wsparcie, żadnych pouczeń czy pretensji.

Zmieniło się jednak coś jeszcze. Mam wrażenie, że dwa lata temu co chwilę ktoś do nas przychodził, coś sprawdzano, coś badano, dzieci były codziennie badane... Teraz tak nie było. Poza stałymi godzinami porannych i wieczornych obchodów personel był prawie niewidoczny. Po tym pobycie zostało mi wrażenie, że wszyscy jakoś tak... trochę mniej się starali. Cóż, może powinnam powiedzieć - coś za coś.

Ja po porodzie.


Doszłam do siebie znacznie szybciej niż dwa lata temu po urodzeniu Roberta. Kiedy wstawałam z łóżka po raz pierwszy po operacji, zrobiłam to tak szybko, że aż położna była zaskoczona. Oczywiście byłam obolała - nadal trochę jestem - ale nie byłam ani tak osłabiona, ani tak niewyspana jak za pierwszym razem, nie miałam też takiej huśtawki nastrojów.

Niepokoiłam się trochę, że przez to, co zdarzyło się przy moim porodzie, ciężko mi będzie wrócić do równowagi psychicznej. Nie było jednak tak źle. Paradoksalnie, fakt, że miałam powody, by czuć się źle, pomógł mi jakoś uporządkować tę masę emocji. Wszystkie negatywne myśli i odczucia wepchnęłam do jednego worka o nazwie "poród". I już mogłam się skupić na tych pozytywnych :)

Jeśli jesteś młodą mamą i zastanawiasz się nad drugim dzieckiem, jedno mogę powiedzieć Ci z pełnym przekonaniem: za drugim razem będziesz bardziej świadoma, bardziej gotowa. To, co sprawiało Ci trudności na początku przygody z macierzyństwem, za drugim razem będzie po prostu jeszcze jednym elementem Twojej codzienności. Na pewno sobie poradzisz :)



poniedziałek, 3 grudnia 2018

Grudniowa magia pomagania - kilka słów o "Brzuszkowym Mikołaju".

Tekst powstał w ramach akcji #blogrudzień2018.


Fot. Kocie Kadry

Duża paczka pieluch - z posiadanego zapasu wybieram te lepsze, w końcu to na prezent. Zapas nawilżanych chusteczek. Wkładki laktacyjne - mam, a chyba nigdy nie użyłam. Czas przejrzeć tę stertę ubranek i zdecydować, które z nich mogę włożyć do paczki, a które będzie nosił mój synek. O, na przykład to body z uroczymi uśmiechniętymi potworkami będzie idealne! Wszyscy lubią potworki oprócz... mnie, więc podarowanie ich innej młodej mamie to dla mnie podwójne zwycięstwo. 
Otwieram mikołajkowe paczki ze słodyczami i zastanawiam się, z których smakołyków zrezygnuję bez żalu. Przeglądam zabawki, kosmetyki.

Moja tegoroczna paczka w ramach "Brzuszkowego Mikołaja" powstanie w oparciu o to, co już mam w domu. Na szczęście mam tego sporo. Kilka dni po porodzie zwyczajnie nie dam rady wybrać się na większe zakupy. Myślę jednak, że obdarowana przeze mnie młoda mama będzie mogła czuć się usatysfakcjonowana :)

Co to jest "Brzuszkowy Mikołaj"?


O tej akcji pisałam już sporo w innych miejscach, przede wszystkim w opisie wydarzenia na FB. Pisali też o niej inni, i to w bardzo pięknych słowach :)

Krótko mówiąc - akcja polega na samodzielnym przygotowaniu mikołajkowej paczki dla młodej, potrzebującej mamy. Stanowi swego rodzaju wyzwanie, daje też jednak mnóstwo satysfakcji i radości zarówno osobie obdarowującej, jak i obdarowywanej. Możecie mi wierzyć na słowo - w zeszłym roku przygotowałam ostatecznie dwie takie paczki :) Nie zapomnę nigdy tej radości, gdy odebrałam od szczęśliwych przyszłych rodziców wiadomości z podziękowaniami oraz zapewnieniami, że w przyszłym roku zrobią to samo dla kogoś innego!

Postanowiłam puścić "Brzuszkowego Mikołaja" w świat. Jeśli wśród kilkudziesięciu osób, które wyrażają zainteresowanie akcją, powstanie choć kilka paczek - to już jest dla mnie wielki sukces. Wiem, że jedna wspaniała, naprawdę bogata paczka już powstała :) Wiem też, że informacja o "Belly Santa Claus" dotarła poza granice naszego kraju i wzbudziła tam pewne zainteresowanie! 

Skąd nazwa? Nie zastanawiałam się nad nią długo. Miała jednoznacznie wskazywać na to, o co chodzi w tej inicjatywie. Dzięki tej nazwie pojawił się też pomysł na zdjęcia, których użyłam do promowania akcji.

Fot. Kocie Kadry


Czy akcja obejmuje tylko mamy będące w ciąży?


Przypuszczam, że ten element opisu może budzić wątpliwości. Nie, nie tylko. Kiedy zaczęłam po raz pierwszy myśleć o akcji, sama byłam w bardzo zaawansowanej ciąży i chodziło mi przede wszystkim o to, by pomagać takim właśnie osobom. Jednak w momencie wysyłania moich paczek jedna z obdarowywanych przeze mnie mam była już po porodzie. Wiedziała już, że dostanie paczkę, cieszyła się ogromnie z jej powodu i naprawdę jej potrzebowała. I co, miałam nagle stwierdzić, że już nieaktualne? :)

Chodzi o mamy, które mają malutkie dzieci - jeszcze w brzuszku lub niedawno urodzone. Osoby, którym taka pomoc się przyda. Tak naprawdę najistotniejsze w tym wszystkim jest to, że chcecie pomagać i dzielić się mikołajkową radością z innymi :)

Do kogo pójdzie moja paczka?


Mam już wstępnie wybraną osobę. Muszę jeszcze znaleźć sposób, by dostarczyć jej paczkę. Z całą pewnością przyda jej się pomoc - jej maleństwo jest bardzo chore.

Chcę też zapytać moją położną środowiskową, czy zna jakąś potrzebującą mamę w okolicy. Na co dzień ma kontakt z wieloma młodymi mamami. Bardzo prawdopodobne, że będzie mogła mi kogoś polecić.

Jeśli zajrzeliście pod zalinkowany przeze mnie adres wydarzenia, to wiecie, że podałam tam kilka przykładów, gdzie można szukać potrzebujących mam. Najłatwiej - wśród znajomych, przez strony ze zbiórkami internetowymi (np. Siepomaga.pl), można też pytać w Ośrodkach Pomocy Społecznej lub w Domach Samotnej Matki. Jedno jest - niestety - pewne: potrzebujących mam jest w naszym kraju bardzo wiele.

Dlaczego to robię?


Dla siebie. 

Zauważyłam, że osoby zajmujące się pomaganiem innym często odpowiadają w ten sposób na tak postawione pytanie - ale myślę, że podobnie jak ja mówią szczerze. To nie kokieteria ani hipokryzja. Świadomość, że niewielkim kosztem zrobiło się coś dobrego dla innej osoby, to niesamowity zastrzyk pozytywnej energii i dobrych emocji :) Po prostu nie da się nie uśmiechnąć, kiedy wiesz, że ktoś właśnie ma w oczach łzy wzruszenia i szczęścia z powodu prezentu od Ciebie!

Myślę też, że okres świąteczny i w ogóle grudzień sprzyja takim inicjatywom. To nie przypadek, że większość znanych akcji charytatywnych wiąże się z tym miesiącem. W grudniu myślimy o prezentach, o sprawianiu radości, w grudniu każdy z nas jest trochę bardziej bezinteresowny niż zwykle. I bardziej niż na co dzień pamiętamy o tych potrzebujących. Gdzieś w nas żyje tradycja świąteczna - zostawianie pustego miejsca przy stole, by mógł je zająć niespodziewany gość. Gdzieś w nas przetrwało wspomnienie o nieszczęsnej andersenowskiej "Dziewczynce z zapałkami", która przecież mogła żyć, gdyby tylko ktoś w porę wyciągnął do niej pomocną dłoń. Patrzymy na radość naszych dzieci i nawet mimo woli pojawia się myśl o tych dzieciach, które z jakichś przyczyn nie mają tyle szczęścia. Widzimy śnieg za oknem i myślimy o tym, że być może ktoś właśnie marznie...

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że zawsze chciałam zostawić swój ślad, zmienić jakąś cząstkę świata wokół siebie. Ta akcja daje mi właśnie taką możliwość. Lubię być widoczna, lubię robić szum wokół siebie. Taka już jestem i mam świadomość, że nie są to wspaniałe cechy. Ale dzięki nim może się wydarzyć coś naprawdę wspaniałego

Pamiętaj: jeśli podoba Ci się akcja, ale z jakichś względów (np. finansowych) nie możesz się do niej przyłączyć - możesz pomóc, przekazując informację dalej! Może kogoś z Twoich znajomych zainteresuje taka forma pomocy.

Na koniec chciałabym podzielić się z Wami wspaniałym artykułem, który ukazał się na blogu Passion Piece. Mam wrażenie, że Natalia opisała to wszystko jeszcze lepiej i składniej, niż ja byłam w stanie!
Przyznam, że już prawie nauczyłam się tego artykułu na pamięć - czytam go sobie czasem na poprawę nastroju, a jestem humorzasta ostatnio ;)
https://passionpiece.com/pl/2018/12/01/akcja-charytatywna-dla-przyszlych-mam-czyli-o-kulisach-brzuszkowego-mikolaja/.

--




Blogrudzień to wspólna akcja blogerek – odpowiednik blogowego kalendarza adwentowego, tyle, że trwa do końca grudnia i ma przerwę świąteczną na 'prawdziwe życie' W trakcie trwania akcji przeczytasz wiele wartościowych wpisów i poznasz masę cudownych kobiet!
W roku 2018 Blogrudzień ponownie zaczyna Ewelina i w swoim Pozytywnym Domu opowie o magii Świąt. 2 grudnia Emilia jako część Zgranego Teamu pokaże nam piękne świąteczne książeczki dla dzieci. 3 grudnia Martyna na swoim blogu Szczęśliwa Siódemka opowie o charytatywnej akcji mikołajkowej. 4 grudnia Wysmakowana Karolina podpowie, co podarować dzieciom na Święta. 5 grudnia Kasia, czyli Tarapatka podpowie, jak nie dać się zwariować w tym całym prezentowym szale. 6 grudnia na blogu Dagmary – dziubdziak.pl poznasz wspaniałe zimowe i świąteczne zabawy. 7 grudnia Blond Pani Domu Mirka opowie o wspomnieniach towarzyszących Świętom. 8 grudnia Agnieszka na agumama.pl przypomni, że czas wstawić bigos 9 grudnia Młodamamma Karolina zainspiruje nas sposobami na piękne zapakowanie świątecznych prezentów.
10 grudnia Młoda Mama Pisze, czyli Sylwia pokaże nam magiczne miejsca, które warto odwiedzić w świąteczno-zimowym okresie. 11 grudnia Małgosia wraz ze swoimi Jaśkowymi Klimatami wprowadzi nas w klimat Świąt pokazując świąteczne ozdoby. 12 grudnia Agnieszka zaprezentuje nam świąteczne DIY na swoim 321startdiy.pl. 13 grudnia Magda M. pokaże, w co ubrać się na Wigilię. 14 grudnia Magda na mumslife.pl pokaże nam tekst pod tytułem "10 dni do świąt, czyli jak to wszystko przygotować, nie zwariować i znaleźć czas dla siebie". 15 grudnia Agata, czyli Beztroska Mama zaprezentuje listę filmów wprowadzających w świąteczny nastrój. 16 grudnia Mama Carla będzie kontynuować filmowy nurt i pokaże świąteczne bajki i filmy dla dzieci. 17 grudnia Asia i jej Humory Zmory przedstawią sposoby na spędzanie Świąt Bożego Narodzenia. 18 grudnia Marta na swoim blogu Dzieciorka pokaże kolejną odsłonę godnych polecenia książeczek dla dzieci ze Świętami w tle. 19 grudnia Ania z kulinarnego bloga Zjem Cię pokaże przepis na kruche ciasteczka na choinkę.
20 grudnia Ania na swoich Kęsach Codzienności pokaże przepis na cudną świąteczną struclę makową. 22 grudnia swój grudniowy temat zaprezentuje Karolina z bloga Małe i duże dziecięce podróże. 23 grudnia Ela z bloga Mama pod prąd opowie o tym, jak dzięki macierzyństwu na nowo odkryła magię Świąt. 29 grudnia Magda z bloga AsertywnaMama.pl zmierzy się z wątpliwościami, czy mamy niemowlaków mogą się wybrać na Sylwestra, 30 grudnia Monika, czyli Mama na Całego podpowie co robić, gdy Twoje nastoletnie dziecko wybiera się na Sylwestra. Zapraszamy, bądźcie z nami!


wtorek, 27 listopada 2018

Czekoladowe ciasto "Michałek".


Co robi kobieta dwa dni przed planowanym porodem? Na przykład... piecze pyszne, czekoladowe ciasto! Bo w sumie - czemu nie? :)

Kiedy upiekłam swoje pierwsze ciasto w życiu, miałam chyba 11 lat. Długo uważałam, że wychodzi mi to świetnie. Jako dorosła osoba musiałam jednak w pewnym momencie zweryfikować to przekonanie, gdyż naprawdę nieliczne z moich wypieków mogłam nazwać w pełni udanymi. Ot, zjadło się, zakalca nie było (przeważnie), im mniej osób widziało efekt końcowy, tym lepiej i... tym więcej ciasta dla nas :) Choć nawet na blogu prezentowałam parokrotnie swoje dokonania, to jednak żyłam w poczuciu, że może i potrafię świetnie gotować, ale pieczenie ciast lepiej zostawić komuś innemu.

Od niedawna jednak mamy nowy piekarnik. Kolejne już ciasto, które z niego wyszło, zasługuje na zaszczytne miano arcydzieła :) Pierwsze jeszcze było miejscami trochę przypalone. Piekłam je późno, byłam zmęczona i nie uwierzycie, ale pomyliłam stopnie Farenheita ze stopniami Celsjusza... Na szczęście udało się uratować nie tylko piekarnik i w ogóle dom, ale też ciasto.

Tym razem obyło się bez wpadki, a czekoladowe ciasto jest jednym z najpiękniejszych dzieł, jakie kiedykolwiek stworzyły moje ręce. Razem z mężem orzekliśmy, że w innych okolicznościach można byłoby je przekroić i zrobić z niego wspaniały tort. 

Ciasto otrzymało imię "Michałek" nie tylko na cześć naszego młodszego synka, ale też ze względu na pewien sekretny składnik. Ale o tym później.

Ciasto:

nieco ponad 2 szklanki mąki,
2 szklanki brązowego cukru, 
3/4 szklanki kakao,
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia,
niepełna płaska łyżeczka sody oczyszczonej (rozpuścić w niewielkiej ilości mleka),
łyżeczka cukru z wanilią (nie uznaję podróbek! Znajdziecie go bez trudu w większych marketach),

szklanka mleka,
1/3 szklanki oleju (można dać więcej),
3 jajka,
kilka kropel soku z cytryny.

Postępujemy dość podobnie jak z ciastem na muffinki - najpierw mieszamy składniki suche, potem dodajemy mokre. Różnica jest taka, że całość trzeba porządnie połączyć za pomocą miksera. Ciasto powinno być gęste, ale płynne. Jeśli czujesz, że jest zbyt suche, dodaj trochę mleka.

Przelej ciasto do blachy wysmarowanej masłem i wstaw do nagrzanego piekarnika. Piecz ok. 1 godziny w temperaturze ok. 180 stopni Celsjusza. Sprawdzaj za pomocą wykałaczki, czy się upiekło.

Polewa:

100 g masła,
100 g cukru (może być mniej),
3 łyżki mleka,
3 łyżki kakao,
odrobina przyprawy korzennej
+ sekretny składnik

Przeważnie nie robię żadnej polewy, bo raz, że nie mam jakiegoś super sprawdzonego przepisu (czy raczej: nie miałam do tej pory), dwa, że zazwyczaj moje ciasta nie zasługiwały na to, by je dekorować. Pięknemu, wyrośniętemu czekoladowemu ciastu polewa się jednak zdecydowanie należała!

Masło z cukrem należy rozpuścić na małym ogniu, następnie dodać trzy łyżki mleka. Po zdjęciu z ognia dodać kakao i starannie wymieszać. Polewa szybko gęstnieje. Zdecydowałam się ją trochę wzbogacić, dlatego dodałam odrobinę mieszanki przypraw korzennych, która została mi jeszcze z poprzedniego pieczenia (cynamon, gałka muszkatołowa, goździki, zdaje się, że dawałam tam też trochę pieprzu).

A sekretny składnik? To pokruszony cukierek "Michałek" :) Bardzo ładnie się wtopił w czekoladową masę i nadał jej ciekawego, charakterystycznego smaku. Zastanawiałam się, czy dodać ich więcej, ale jeden w zupełności wystarczył.

Co tu dużo mówić - pyszne ciasto, które pewnie jeszcze nieraz trafi do mojego piekarnika :) Przepis sprawdzony, wypróbowany osobiście przez osobę, której wiele ciast w życiu nie wyszło, więc możecie mu zaufać!

Skoro już tu jesteście: zanim pobiegniecie do kuchni, by nagrzać piekarnik, zajrzyjcie tutaj: https://www.facebook.com/events/259234771613985/
Akcja mikołajkowa, o której nieraz wspominałam, nareszcie ruszyła! Zapraszam do dołączenia i do udostępniania :)

Fot. Kocie Kadry

wtorek, 20 listopada 2018

Dziewiąty miesiąc.


Kiedy kilka dni temu zaczynałam pisać ten tekst, czułam się naprawdę wybornie. Następnego dnia... powiedzmy oględnie, że sporo się zmieniło. Sama śmieję się z tej złośliwości losu. Nie ma co, udała mu się ta kpina :) Najważniejsze jednak, że dziecko jest zdrowe, a i ze mną nie dzieje się nic nietypowego.

Mogłam w sumie przewidzieć, że po ostatnich informacjach na temat mojego zdrowia spadnie na mnie lawina pytań. To bardzo miłe, że się martwicie. Trochę mnie to może krępuje, bo nie jestem typem osoby, która lubi być powodem czyjejś troski. Ale wiem dobrze, że ten dziewiąty miesiąc to taki szczególny czas, pełen oczekiwania i nieraz niepokoju :) Postaram się opowiedzieć Wam, jak to w tej chwili wygląda u mnie.

Jest lepiej niż myślałam!


Prawdę mówiąc, czekałam na ten listopad z pewnymi obawami, choć generalnie jestem spokojna i wiem, że co by nie było, na pewno sobie poradzimy. Ale niepokoiło mnie, gdy już na początku drugiego trymestru zaczęłam odczuwać od czasu do czasu problemy z poruszaniem się, które pamiętam dobrze z ostatnich tygodni mojej pierwszej ciąży. Liczyłam się z tym, że na tym etapie mogę być już uziemiona w domu. Albo w szpitalu. Niepokoiła mnie też moja waga - już w ósmym miesiącu ważyłam 75 kg, czyli tyle, co przy pierwszym porodzie (czyli w połowie dziesiątego miesiąca). Kiedy powiedziałam o tym położnej, uśmiechnęła się tylko i bardzo pocieszająco stwierdziła: "No to teraz będzie więcej" :)

Obawy się nie sprawdziły. Moja waga już nie wzrosła, a nawet zmalała. Chodzę jak kaczka, ale właściwie nie odczuwam w związku z tym jakichś szczególnych dolegliwości. Mogę (mogłam) iść nawet na długi spacer. Czuję się dużo lepiej niż się tego spodziewałam.

Niech to będzie jasne: przejmowałam się wagą nie z próżności (a niechbym i sto kilo ważyła, ciąża to ciąża), ale dlatego, że mój organizm nie jest przyzwyczajony do takiego ciężaru i nie znosi go zbyt dobrze. Przed ciążą nie ważyłam dużo. W krótkim czasie moje biodra musiały się przyzwyczaić do dźwigania dodatkowych dwudziestu kilogramów. Nie były mi za to wdzięczne :)

Jestem bardzo duża, co zresztą widać na zdjęciach. Łatwiej mnie przeskoczyć niż obejść! :) Mimo wszystko nie czuję się aż tak wielka. Kiedy czasem patrzę na odbicie swojej sylwetki w lustrze, moją pierwszą reakcją jest zaskoczenie: naprawdę tak teraz wyglądam? Przypuszczam, że zanim się do tego przyzwyczaję, sprawa będzie już nieaktualna ;)


Ból.


No, boli mnie. Z przodu, z tyłu, przy siedzeniu, przy leżeniu, przy chodzeniu, a najbardziej przy schylaniu. Wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia? Ja doświadczyłam tego uczucia niedawno.  Pokochałam od pierwszego wejrzenia nieznajomą kobietę, która podniosła z ziemi upuszczoną przeze mnie receptę. Dzięki niej nie musiałam się schylać! 

Ciało już dość intensywnie przygotowuje się do porodu. Nawet jeśli wiem, że będę mieć cesarkę, to moja macica i lędźwie niekoniecznie są tego świadome. Wydaje mi się, że w pierwszej ciąży nie odczuwałam tak silnego bólu. Pamiętam problemy z chodzeniem, pojawiło się nawet podejrzenie rozejścia spojenia łonowego. Ale teraz odczuwam ból nawet wtedy, gdy się kładę.

To nie znaczy, że moje życie zmieniło się w jakieś okropne pasmo cierpienia :) Powiedziałabym raczej, że to pewne nowe doświadczenie w moim życiu, wcale nie takie złe. Czasem nawet mnie bawi :) Zaczęłam się np. zastanawiać, czy istnieje taka specjalizacja: masażysta kobiet w ciąży. I czy jest to zajęcie satysfakcjonujące, czy wręcz przeciwnie...

Choroba.


To też jest nowe doświadczenie. Zawsze byłam zdrową osobą, więc w ogóle doświadczenie choroby jest dla mnie czymś nowym. A już bycie chorą i w ciąży, to zupełnie nowa rzeczywistość.

Poprzednia ciąża była pod tym względem łatwiejsza. Poza jednym, niezbyt poważnym przeziębieniem pod sam koniec - nic niepokojącego. Teraz zaczynam dzień od euthyroxu, muszę pamiętać o żelazie i o magnezie, czasem czuję się jak apteka na dwóch nogach ;) Dowiedziałam się też, jak to jest mieć gorączkę powyżej 40 stopni i nie móc zażyć ibuprofenu. A od niedawna wiem też, co to znaczy mieć żylaki. Ciąża uczy, nie ma co.

Nie próbuję udawać dzielnej, choć świadomość, że mogę być tak odbierana, nie jest dla mnie nieprzyjemna ;) Prawda jest taka, że ja faktycznie czuję się dobrze lepiej, niż można by było przypuszczać. Właściwie pierwsze dolegliwości związane z tarczycą zaczęłam odczuwać bardzo niedawno, kiedy wskutek leków moja niedoczynność przeszła w lekką nadczynność. Po zmianie dawki jest już lepiej. Osłabienie wywołane infekcją też już minęło. Przypuszczam, że czuję się lepiej niż niejedna zdrowa osoba.

Relaks.


Ta ciąża jest na swój sposób spełnieniem moich marzeń. W pierwszej ciąży miałam dużo stresu i zmartwień. Niepokoiłam się, czy nie odbije się to niekorzystnie na dziecku. Żałowałam, że nie zrezygnowałam wcześniej z pracy, że nie pozwoliłam sobie nacieszyć się w pełni moją pierwszą ciążą. Marzyłam o tym, by móc przeżyć ją jeszcze raz, bez tego całego stresu i niepotrzebnych złych emocji.

Teraz również pracuję, ale jest to praca zdalna w domu, do tego najmilsza pod słońcem. Sama decyduję o tym, jak spędzam czas i ile pracuję w ciągu dnia. Nie mam większych zmartwień - co też nie zawsze jest dobre, bo zdarza się, że drobne problemy urastają do rangi tych najpoważniejszych ;) Tak czy inaczej, to jest dobry rok. Nawet pomimo moich dolegliwości, jestem teraz bardzo, bardzo szczęśliwą osobą.



...

Chciałam, żeby ten wpis był kojący, pocieszający dla przyszłych mam, które obawiają się ciąży i różnych uroków tego stanu. Domyślam się, że niekoniecznie mi się to udało. Cóż - nie mogę i nie chcę kłamać, przedstawiam rzeczywistość taką, jaka jest. Ale jedno mogę Wam powiedzieć na pewno:

Każda ciąża jest inna.


W pierwszej ciąży nie miałam nawet połowy z aktualnych dolegliwości. W dziesiątym miesiącu chodziłam na imprezy, występowałam na scenie, prowadziłam bardzo aktywny tryb życia. W dniu, w którym przyjęto mnie do szpitala, byłam umówiona z koleżankami na mieście. Bardzo ubolewałam nad tym, że muszę odwołać spotkanie.

Znam kobiety, które w czasie ciąży spędziły więcej czasu w szpitalu niż we własnym łóżku - i kobiety, które w czasie ciąży jeździły na obozy żeglarskie i chodziły po górach (tego ostatniego jednak nie polecam, różnica ciśnień może spowodować przedwczesny poród). To, że w chwili obecnej nie czuję się zbyt dobrze nie znaczy wcale, że każda kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży jest na to skazana.

Co by nie było, ważne, że to nie będzie trwało wiecznie :) Wkrótce pojawi się w moim życiu mały, bezbronny człowieczek, a ja będę miała wystarczająco dużo sił, by się nim zaopiekować!

środa, 14 listopada 2018

Matka Polka - patriotka?

Zamek w Mirowie, na szczycie polska flaga

Chyba nie da się uniknąć refleksji na temat Polski, polskości, patriotyzmu - teraz, kiedy świętowaliśmy tak piękną rocznicę 100 lat odzyskania niepodległości. Wszędzie widać biało-czerwone flagi, w radiu ciągle trafiam na dyskusje o patriotyzmie i na wspominki o wybitnych Polakach... Słyszę pytanie "Za co kochasz Polskę?" zadawane różnym osobom i bardzo, bardzo rozmaite odpowiedzi na to pytanie.

Za co ja kocham Polskę?


I czy nie powinnam spytać najpierw - czy w ogóle kocham?

Boję się czasem, że nie będę umiała przekazać moim dzieciom takiego patriotyzmu, jakiego ja sama byłam nauczona. Moje dzieciństwo przypadło na lata dziewięćdziesiąte, wówczas naprawdę treści patriotyczne dosłownie wylewały się z każdej półki z książkami dla dzieci. Nawiasem mówiąc, słowo "Polska" było pierwszym, jakie kiedykolwiek napisałam własnoręcznie :) Dziś trochę nie wyobrażam sobie, żeby jedną z największych idolek moich dzieci była Wanda, co nie chciała Niemca, żeby wśród ich przedszkolnych i wczesnoszkolnych czytanek znajdowały się opowiadania i wierszyki o Warszawie zniszczonej w czasie Powstania. Jasne, to jest nasza historia i tradycja, o której trzeba pamiętać, ale... szczerze? Wolałabym chyba, żeby w tym wieku czytali bajki.

Strona z książki "O Wandzie, co nie chciała Niemca"
tekst: Magdalena Grądzka, ilustracje: Zdzisław Byczek

Niewiele dziś we mnie z tamtej małej patriotki, którą byłam. Zgoda, to jest mój kraj, tu się urodziłam. Mogłam urodzić się gdzie indziej. Na pewno byłabym wtedy zupełnie inną osobą, tylko czy to na pewno byłoby dla mnie gorsze? A może lepsze? Jeśli poznałabym Niemca, który byłby tak wspaniałym człowiekiem jak mój mąż Polak, to czemu miałabym go nie chcieć? To jest mój kraj, który nawet polscy tekściarze kochają tak jakoś pomimo wszystko, wyliczając mu szare ulice, brudne dworce, nietolerancję... Im starsza jestem, tym mniej to do mnie przemawia. Czemu mam kochać dla zasady miejsce, o którym myślę w taki sposób?

Jeśli już mamy uczyć dzieci patriotyzmu - to chciałabym, żeby to odbywało się inaczej. Żebyśmy pokazywali im to, co w Polsce jest naprawdę piękne i kochane. Nasze cudowne krajobrazy, zamki, zabytki, rezerwaty przyrody. Radosne piosenki, wielobarwną twórczość regionalną. Wspaniałą polską kuchnię, słynną na cały świat (PIE-RO-GI!). Te ulice, które są kolorowe i pełne świateł. Te dworce, które są nowoczesne i zadbane. Te postawy, które pokazują naszą gościnność, otwartość i chęć pomocy potrzebującym. Przecież to wszystko tutaj jest, wystarczy się rozejrzeć.

Kocham Polskę...


... bo tutaj żyją ludzie, których kocham. Po prostu. Moja rodzina, moi bliscy, moi przyjaciele - oni wszyscy są Polakami. Choć wielu z nich rozjechało się w różne strony świata, choć posługują się na co dzień językiem innym niż nasz arcytrudny, syczący i szeleszczący język ojczysty, choć może żyje im się lepiej niż nam tutaj - nigdy nie rozważałam wyjazdu na stałe. Wiem, że tęskniłabym. Wiem, że tylko tutaj naprawdę jestem u siebie. Choć bardzo lubię np. Barcelonę, wspominam ją z ogromnym sentymentem i pamiętam, że czułam się tam fantastycznie. Ale wiem, że tęskniłabym za Polską. Po prostu tutaj jest mój dom.

Bytyń (woj. lubelskie)

Kocham Polskę, bo większość pięknych wspomnień i miejsc, które pokochałam, to właśnie Polska. Miejsca, gdzie mieszka moja rodzina, gdzie spędzałam wakacje, miejsca, w których przeżyłam cudowne chwile... To wszystko Polska. Polskie morze, polskie góry, polskie jeziora, przecież nawet mój Kraków, z którym jestem związana już tyle lat - i żałuję czasem, że nie mogę go znowu odwiedzić po raz pierwszy i zachwycić się nim tak, jak wtedy. Miałam to szczęście, że zwiedziłam kilka europejskich krajów i one z pewnością też zapisały się mocno w mojej pamięci, ale jednak cały ogromny kawał mojego życia - to Polska.

Lubię być dumna z Polaków, którzy odnieśli międzynarodowy sukces. Zawsze im kibicuję. Przejmuję się ich porażkami. Lubię polską siłę charakteru, niezłomność, upór, waleczność, zdolność do jednoczenia się w obliczu trudnych sytuacji.

Ludzie, 100 lat niepodległości to naprawdę coś! Państwo, które znikło z mapy świata, od stu lat znowu jest wolne. Polacy nie poddali się, gdy stracili wszystko, gdy chciano odebrać im język i tożsamość. Walczyli do skutku. Kiedy o tym myślę, to naprawdę jestem pod wrażeniem.

... bo jestem Polską.


Poważnie, czasami czuję się bardziej polska niż oscypek :D Żyję na co dzień z typowo polskimi kompleksami, typowo polskim przekonaniem, że to, co atrakcyjne, ciekawe i warte naśladowania - to gdzie indziej, nie u mnie. Mam typowo polską skłonność do patosu i nieraz do użalania się nad sobą. Bywam po polsku niezaradna i czasem po polsku kombinuję. Popełniam typowo polskie gafy. Czasem i ja widzę wokół siebie tylko szare ulice i smutnych ludzi. Czasem sama jestem tym smutnym polskim człowiekiem na szarej polskiej ulicy. 

Ale kiedy przychodzą trudności, poważne sprawy, z którymi trzeba się zmierzyć, jestem po polsku niezniszczalna, uparta i waleczna. Kiedy zamykają się wszystkie drzwi, ta Polka we mnie szuka, którym oknem najłatwiej będzie wleźć. Jestem po polsku wytrwała i pracowita, a kiedy już mogę odpocząć, wtedy leniuchuję w najlepsze przed polską telewizją na łóżku... ze Szwecji :)

Pewnie byłabym zupełnie inną osobą, gdybym urodziła się gdzie indziej. Ale urodziłam się właśnie tutaj :)

Chciałabym, żeby moi synowie kochali Polskę.


Ale niekoniecznie za to, że to nasza Ojczyzna zdobyta krwią i blizną. Oczywiście, o tym trzeba pamiętać i trzeba to szanować. Chciałabym jednak przede wszystkim, żeby kochali jej piękno, bogactwo, różnorodność, ślady jej wieloletniej historii rozsiane po wszystkich zakątkach kraju, godne podziwu świadectwa jej kultury. Chciałabym też, żeby kochali ludzi. Nie tylko Polaków. Wszystkich ludzi :)

Milówka (Beskid Żywiecki)

Władysławowo-Chłapowo
Kraków! (Bagry)

Łysokanie :) (woj. małopolskie, gm. Kłaj)
Wieliczka

poniedziałek, 5 listopada 2018

Gorączka w ciąży.


Wspominałam Wam niedawno, że lubię październik, ale też boję się go. Jak żadnego innego miesiąca. Im bardziej staram się być rozsądna i nie wierzyć w jakieś głupie fatum, tym usilniej, mam wrażenie, kolejny październik stara się udowodnić mi, że przyszedł tutaj, by mnie doświadczyć i dać mojej rodzinie okazję do sprawdzenia się w nowych, jeszcze trudniejszych warunkach. Poważnie. Rok temu pisałam Wam o wypadku samochodowym, który wywrócił życie naszej rodziny do góry nogami - nawet jeśli okazał się niezbyt groźny. 

Tegoroczny październik postawił przed nami chyba jeszcze trudniejsze wyzwanie. W ubiegłą środę, po trzeciej (!) wizycie na SOR, zostałam przyjęta na Oddział Patologii Ciąży z gorączką utrzymującą się powyżej 40 stopni.

Istnieją co najmniej trzy powody, dla których należy się przejmować gorączką w ciąży.


Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że nawet nie będąc w ciąży przejęłabym się taką wysoką gorączką. Jestem osobą, która raczej nie gorączkuje. Nigdy dotąd nie miałam temperatury powyżej 40 stopni. Wiem jednak, że dla wielu osób nie jest to ani szczególnie nietypowa, ani szczególnie poważna sprawa. Będę się jednak upierać - gorączka w ciąży jest niebezpieczna co najmniej z kilku powodów.

Po pierwsze, kobieta w ciąży ma bardzo ograniczony wybór, jeśli chodzi o leki. Wielu lekarstw, które pewnie szybko pomogłyby w takiej sytuacji, nie może zażywać, gdyż są one niebezpieczne dla dziecka. Ibuprofen odpada. Jedyne, co mogłam zażywać, to paracetamol. Jak oceniacie jego skuteczność? Mam wrażenie, że w moim przypadku niewiele zdziałał. Nieco skuteczniejszym sposobem na zbicie gorączki były zimne okłady. 

Po drugie, wysoka gorączka nie bierze się znikąd. Może być objawem przeziębienia, grypy lub znacznie poważniejszej infekcji. Ta infekcja może stanowić zagrożenie dla dziecka. W moim przypadku było dość oczywiste, że nie chodzi o przeziębienie. Lekarz pierwszego kontaktu zdiagnozował u mnie grypę na podstawie objawów takich jak... gorączka właśnie, osłabienie i ból mięśni. Diagnoza okazała się być błędną. 

Na moich trzech kartach wypisu ze szpitala mam podane trzy różne nazwy choroby, wszystkie jednak ściśle związane ze stanem zapalnym układu moczowego - bo to okazało się prawdziwą przyczyną mojego kiepskiego samopoczucia. Na jednej z kart widnieje też dodatkowa informacja, wyjątkowo ważna: 

"Zagrażający poród przedwczesny".


Właśnie tak. To jest być może najważniejszy powód, dla którego nie należy bagatelizować wysokiej gorączki w ciąży. Temperatura powyżej 39,5-40 stopni może powodować skurcze macicy i w efekcie przyczynić się do przedwczesnego porodu. 

Moja ciąża jest już bardzo zaawansowana. Z jednej strony, ryzyko przedwczesnego porodu było większe, ale z drugiej strony - gdyby faktycznie do niego doszło, dziecko miałoby duże szanse na przeżycie. Gdyby to samo przydarzyło się kobiecie we wczesnej ciąży, mówilibyśmy o ryzyku poronienia.

Mam wrażenie (może błędne, spotęgowane złym samopoczuciem), że w czasie choroby kilkakrotnie spotkałam się z bagatelizowaniem moich objawów. Przecież dostałam antybiotyk, wiadomo było, że od razu nie zadziała, trzeba było zaczekać. Uważam jednak, że dobrze zrobiłam, szybko reagując. Nie chodziło tylko o moje zdrowie, ale też o zdrowie mojego dziecka.

Ale kiedy można mówić o gorączce w ciąży?


Warto mieć na uwadze, że u wielu kobiet w ciąży temperatura ciała jest stale podwyższona o około 0,5 stopnia, niekiedy nawet o cały stopień. Zatem przyjmuje się, że temperatura 37,5 stopni jest jeszcze zupełnie normalna, a o gorączce stanowiącej powód do niepokoju można mówić dopiero powyżej 38,5 stopni.

Chcecie znać moje zdanie?
Każda z nas ma inny organizm i próba stosowania uniwersalnej tabelki dla każdej jednej kobiety w ciąży nie ma wielkiego sensu. Specjalnie podkreśliłam w zdaniu powyżej, że podwyższona temperatura w ciąży dotyczy wielu kobiet, nie każdej i nie zawsze. Mnie na przykład nie dotyczy. Moja normalna temperatura to ok. 36,5 stopni i taką właśnie mam w tej chwili. Przyznam, że kiedy po raz pierwszy jechaliśmy do szpitala, nie miałam bardzo wysokiej gorączki, zaledwie 38 stopni. Czułam się jednak cała rozpalona, jakbym miała co najmniej o jeden stopień więcej, byłam bardzo osłabiona, a wyglądałam tak:


Przyznam, że po kilku dniach naprawdę wysokiego gorączkowania faktycznie czułam ulgę, gdy widziałam na termometrze tylko 38 stopni. Nadal uważam jednak, że trzeba reagować jak najszybciej, kiedy czujesz się bardzo źle.

Jak sobie poradziliśmy?


To był dla mnie bardzo trudny tydzień. W pewnym momencie przyszło mi do głowy, że nawet poród był mimo wszystko łatwiejszym doświadczeniem - bo choć trudny i bolesny, to jednak trwał tylko jedną noc. 

Mam wrażenie, że fakt bycia mamą i doświadczenie nabyte podczas chorób Roberta (sporadycznych, bo jednak młody jest bardzo odporny) pomogło mi poradzić sobie z własną chorobą. Wiedziałam, jak zareagować i jak sobie pomóc. Czasem zaskakiwałam samą siebie. Pamiętam, że kiedy zdarzyło mi się zachorować na anginę, kiedy byłam w liceum, jedyne, na co miałam siłę, to leżenie i czekanie, aż ktoś się mną zajmie :) Teraz było trochę tak, jakbym opiekowała się samą sobą. Oczywiście, mogłam też liczyć na pomoc męża i rodziny, bez nich byłoby ze mną krucho!

Niewątpliwie cała ta sytuacja była ogromnym wyzwaniem dla nas wszystkich. Przede wszystkim dla Roberta, który musiał spędzić kilka dni bez kontaktu ze mną, a do tego z dala od domu - w czasie mojej choroby przebywał u dziadków. Poradził sobie z tymi zmianami dobrze, jak to on. Po wyjściu ze szpitala zauważyłam jednak, jak bardzo boi się nawet krótkiego rozstania ze mną. Dziś po raz pierwszy protestował przy wyjściu do żłobka. Najwyraźniej bał się, że kiedy stamtąd wróci, nie zastanie mnie w domu...

Choć od kilku dni jestem zdrowa, nadal czuję, jak bardzo zmęczyło mnie to wszystko. Pewnie jeszcze przez kilka dni będę wracać do swojej zwykłej formy. 

Uświadomiłam sobie - choć może zabrzmi to patetycznie - że nie warto marnować czasu i odkładać planów na później. Skąd pewność, że później będzie czas na ich realizację? W ciągu ostatnich dni nie byłam w stanie zaplanować nawet, co będę robić za godzinę. 

Dziś, o ile starczy mi na to sił, ruszam z realizacją dwóch projektów, które odkładałam na później. Chwilowo nie wierzę w dalekie plany.

środa, 17 października 2018

Dlaczego warto zorganizować Baby Shower?


Od mojego Baby Shower minęły już prawie dwa tygodnie. Jak ten czas szybko leci! Zdawało mi się jakoś, że kiedy Robert pójdzie do żłobka, moje dni wydłużą się w nieskończoność i będę miała czas dosłownie na wszystko. Rzeczywistość jest jednak trochę inna. Mam więcej czasu, ale też szybciej się męczę, a dni robią się coraz krótsze... 

Ale do rzeczy. Nie wątpię, że wiecie, czym jest Baby Shower. Nawet jeśli nie mieliście okazji być na takiej imprezie, mogliście z pewnością zobaczyć Baby Shower w niejednym filmie lub serialu, szczególnie w tych produkcji amerykańskiej - bo stamtąd właśnie przyszedł do nas ten zwyczaj.

W moim otoczeniu idea organizowania Baby Shower nie jest zbytnio rozpowszechniona. Byłam chyba tylko na jednej takiej imprezie, nie licząc moich własnych. Mimo to byłam przekonana od samego początku, że gdy przyjdzie na to czas, moje Baby Shower się odbędzie. Choćby z tej jednej prostej przyczyny - razem z mężem od zawsze wychodzimy z założenia, że każda okazja, by zorganizować imprezę, jest tego warta :)

Celebruj chwilę


Jak może już wiecie, moja pierwsza ciąża była bardzo wyczekana. Druga w zasadzie też, choć już bez tego ciężaru emocjonalnego, który towarzyszył staraniom o pierwsze dziecko. Kiedy wreszcie się udało, niemal natychmiast postanowiłam, że będę się cieszyć każdym dniem tej ciąży i korzystać ze wszystkich przyjemności związanych z tym stanem. Idea zorganizowania Baby Shower doskonale wpisywała się w to podejście. 

W końcu - skąd mogłam wiedzieć, czy będzie mi dane doświadczyć tego jeszcze raz? A jeśli po fakcie żałowałabym, że nie nacieszyłam się wystarczająco ciążą? Taka okazja mogła się już nie powtórzyć.

Spotkania po latach


Na obu moich imprezach zjawiło się bardzo zacne grono wspaniałych kobiet. Niektórych z nich nie widziałam naprawdę długo. Nie wiem, czy tylko ja tak mam, czy to jakiś znak naszych czasów - ale strasznie ciężko jest mi utrzymywać regularny kontakt nawet z bliskimi mojemu sercu osobami. Niektóre z dziewczyn, które przyszły na moje Baby Shower, widziałam w tym roku po raz pierwszy - mimo szczerej obustronnej chęci, by spotkać się wcześniej. Ale swego rodzaju rekordzistką wśród moich tegorocznych gości okazała się Kasia, moja koleżanka z liceum, z którą ostatni raz widziałyśmy się... ponad 11 lat temu! Od tego czasu miałyśmy ze sobą kontakt wyłącznie za pośrednictwem Internetu. Zadziwiające, że mimo upływu lat tak nieznacznie się zmieniła i że nadal tak świetnie nam się ze sobą rozmawiało - chyba nawet jeszcze lepiej niż te naście lat temu.

Uwielbiam spotkania w tak różnorodnym gronie!

Zdjęcie z pierwszego Baby Shower
Właściwie mogę powiedzieć bez wahania, że niemal każda zorganizowana przeze mnie impreza jest wspaniałym przeżyciem - czy to Baby Shower, czy przyjęcie urodzinowe, czy jeszcze inna okazja. Dzieje się tak z prostej przyczyny. Znam bardzo dużo osób z zupełnie różnych środowisk. Na tegorocznym Baby Shower, poza wspomnianą już koleżanką z liceum pojawiły się osoby, które poznałam w czasie studiów, znajome ze wspólnych imprez oraz koleżanka poznana lata temu dzięki internetowemu forum, na którym obie pisałyśmy :) Dla większości dziewczyn w momencie przyjścia na imprezę byłam jedyną znajomą twarzą! (Niektóre z nich spotkały się wcześniej na moim weselu, ale nie udało im się wówczas ze sobą porozmawiać). Po chwili jednak siedziałyśmy wszystkie razem i rozmawiałyśmy z przejęciem jak zgrana paczka koleżanek :) Tematów do rozmów nie brakowało nam nawet przez chwilę.

Uwielbiam takie spotkania, ciągle marzę o kolejnych okazjach, by gromadzić przy jednym stole ludzi, którzy jeszcze chwilę wcześniej w ogóle się nie znali :) Baby Shower jest pod tym względem wspaniałym pomysłem.

Ucieczka od codzienności


Jak wspomniałam, rzadko mam okazję widywać się ze znajomymi. Prawdę mówiąc, większość moich dni wygląda podobnie - mniej więcej do 16:00 pracuję przy komputerze, a potem wracają chłopaki, jemy razem obiad i spędzamy wspólnie czas. Po niemal dwóch latach bycia mamą takie imprezy w gronie znajomych to dla mnie nieopisana atrakcja. Nie muszę przez cały czas rozglądać się i biegać za Robertem, pilnować, by dobrze się czuł i żeby mu niczego nie brakowało, uważać, by nie zrzucał wszystkich przekąsek ze stołu... ;) Przez te kilka godzin mogłam się w pełni zrelaksować i w ogóle nie myśleć o tym, co porabia moja starsza pociecha. Pod tym względem moje drugie Baby Shower było chyba nawet lepsze od pierwszego. 

Mnóstwo pozytywnych emocji


To chyba najważniejsze, co wiąże się z organizacją Baby Shower. Od momentu zapraszania dziewczyn na imprezę aż do ostatnich pożegnań spotkało mnie tyle życzliwości, serdeczności, ciepłych słów i miłych gestów, że do tej pory uśmiecham się na samą myśl o tym. Moja kochana, niezrównana Sara z własnej woli i bez żadnej namowy przygotowała wspaniałe przekąski. Kasia zapewniła mi transport powrotny pod sam dom. Usłyszałam mnóstwo wspaniałych słów i dobrych życzeń. Dostałam też cudowne prezenty :)

Kompletowanie wyprawki dla niemowlaka


No właśnie... Specjalnie zostawiłam ten temat na sam koniec, choć nie da się ukryć, że jest on dość istotnym elementem Baby Shower. Przyszła mama dostaje od swoich koleżanek prezenty, które mają jej się przydać w opiece nad nowo narodzonym dzieckiem. Wiem już z doświadczenia, że takie prezenty naprawdę ułatwiają życie :)

Nie chciałam nigdy sprawiać wrażenia, że zapraszam kogoś po to, by coś dostać. Zupełnie nie o to chodzi. Najważniejsze jest to, o czym pisałam wcześniej - miła atmosfera, spotkanie we wspaniałym gronie. Każdą z zaproszonych osób informowałam, że jeśli przyniesienie prezentu z jakichś przyczyn będzie dla niej kłopotem, to niech przyjdzie bez prezentu :) 

To, co dziewczyny przygotowały w tym roku, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zorganizowały tajną zrzutkę i dosłownie obsypały mnie prezentami :) Dostałam m.in. śliczne kocyki, ręczniczki, kosmetyki do pielęgnacji maluszka, ergonomiczne nosidło i chustę - wraz z voucherem na naukę chustonoszenia...  a także coś specjalnie dla mnie, piękny zestaw do makijażu! Dopiero w domu, widząc reakcję męża domyśliłam się, że wybór tego specjalnego upominku był konsultowany z nim :)

Wiecie, jakie to miłe - świadomość, że garstka osób, które się nawet ze sobą nie znają, umawia się potajemnie, dyskutuje i planuje, co zrobić, by sprawić mi jak największą przyjemność :) Sam fakt, że w ogóle zdecydowały się na taką współpracę, jest dla mnie czymś niewyobrażalnie cudownym.


Co tu dużo mówić - warto, naprawdę warto. Jeśli tylko czujesz się na tyle dobrze, by móc się wyrwać na taką imprezę, na pewno sprawi Ci ona mnóstwo radości.

Jestem ciekawa, co sądzicie na ten temat?