środa, 17 lipca 2019

30 faktów o mnie - co lubię, czego nie lubię?



Bez żadnej specjalnej okazji :) Pisałam Wam już o moich ulubionych książkach, filmach i piosenkach. Dziś wspominam o kilku innych rzeczach. Kto wie, może podczas czytania stwierdzicie, że macie ze mną sporo wspólnego?

Zaczynamy!


1. Kiedy odwiedzam moich rodziców, za każdym razem gramy z mamą w Scrabble. Gramy codziennie, czasem kilka razy dziennie :)

2. W dzieciństwie uwielbiałam zespół Kelly Family, wielokrotnie śniłam/ wyobrażałam sobie/ udawałam, że jestem na ich koncercie :) Miałam kasetę wideo z ich występem i włączałam ją tak często, że w końcu odtwarzacz przerwał taśmę. (No, popsuty już był, to dlatego).

3. Uważam, że nie istnieje na świecie nic pyszniejszego niż domowe ciasto czekoladowe. Na przykład takie.

4. W podstawówce brałam udział w olimpiadzie z wiedzy o sztuce. To było jedno z pierwszych moich doświadczeń związanych z intensywnym uczeniem się. Nie miało ono jednak wielkiego wpływu na moje życie.

5. Uwielbiam wiewiórki. Kiedy wypatrzyłam w jednym sklepie książeczkę o wiewiórce dla Roberta, cieszyłam się chyba bardziej niż on :)

6. Mam dziką radochę z faktu, że najnowszym agentem 007 będzie ciemnoskóra kobieta. Nie zmienia to faktu, że James Bond zawsze będzie wyglądał dla mnie jak Pierce Brosnan.

7. Oglądałam skoki narciarskie długo przed tym, zanim Małysz zaczął wygrywać.

8. Nie wszystkie lektury szkolne przeczytałam, ale bez większych problemów pisałam sprawdziany z ich treści.

9. Kiedy drugi raz w życiu odwiedzałam Barcelonę, czułam się tak, jakbym wracała do domu.

10. Oglądałam filmową adaptację musicalu "Hair" tyle razy, ile razy była powtarzana w telewizji.

11. Niedawno obejrzeliśmy z mężem wszystkie 5 sezonów serialu z czasów naszego dorastania, czyli "Ally McBeal". Przedziwna sprawa z tym serialem. W żadnym innym nie widziałam tylu moich ulubionych aktorów i zarazem tylu irytujących mnie, w jakiś sposób obrzydliwych dla mnie motywów, zahaczających o moje fobie. Aż dziwne, że pająki tam nie łaziły. Mimo wszystko oglądałam z dużą przyjemnością, a Robert zakochał się w piosence tytułowej.

12. Moją pierwszą pracą w życiu było udzielanie korepetycji z angielskiego. Pierwszą bardziej oficjalną - roznoszenie ulotek jednej pizzerii. Wolałam korepetycje, choć wspomnienia związane z ulotkami mają po latach pewien urok.

13. Pierwszym kotem, którego przygarnęłam, była Molly. To było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy broniłam pracę magisterską.

14. Nigdy w życiu nie jadłam hamburgera. I pewnie już nie zjem :D

15. Ponad osiem lat temu z dnia na dzień przestałam pić kawę. Zaczęłam z powrotem, kiedy urodziłam drugie dziecko. Nie, to wcale nie ma związku :D

16. Alejka, przy której mieszkam, nazywa się Akacjowa. Zanim się o tym dowiedzieliśmy, chcieliśmy przeforsować nazwę "Pod wielkim świerkiem".

17. Kiedy myślę o najlepszych wspomnieniach, zawsze przed oczami stają mi wakacje. Wspinanie się na szczyt góry, przeskakiwanie przez morskie fale, oglądanie tęczy nad rzeką, śpiewanie przy ognisku...

18. Obejrzałam tylko jeden odcinek "Gry o tron" i nigdy nie poczułam potrzeby, żeby obejrzeć więcej.

19. Niedawno po raz pierwszy widziałam mecz kobiecej piłki nożnej. Naprawdę się zaangażowałam! (tylko emocjonalnie).

20. Chętnie odwiedziłabym jeszcze raz Chorwację, to jedno z ciekawszych miejsc, w których byłam.

21. Uwielbiam abstrakcyjne dowcipy. Albo takie, w których wystarczy opowiedzieć samą puentę i już jest śmiesznie :) W ogóle uważam, że w dowcipach jest często więcej mądrości życiowej, niż by się zdawało.

22. Poszłam do ślubu w bordowych butach, które kosztowały mnie jedyne 20 zł, bo miały niepopularny rozmiar i maleńką plamkę przy obcasie. Uwielbiałam je.

23. Gdyby ktoś chciał kiedyś stworzyć idealne perfumy dla mnie, musiałyby pachnieć mandarynkami, kawą i czymś absurdalnym, np. tortem urodzinowym.

24. Kocham lata osiemdziesiąte, przede wszystkim za muzykę. Zdecydowana większość moich ulubionych utworów pochodzi z tego okresu.

25. Rozumiem, co się do mnie mówi po francusku, włosku i hiszpańsku, ale sama nie posługuję się tymi językami (może trochę francuskim).

26. Raz w życiu śpiewałam w filharmonii.

27. Mam kilka sukienek z czasów, kiedy byłam jeszcze w gimnazjum. Nadal czasem noszę, choć już rzadko.

28. Miewam względnie często sny, w których prowadzę samochód. W rzeczywistości nie umiem tego robić, nie mam prawa jazdy.

29. W tym roku po raz pierwszy obejrzałam disneyowskiego "Dzwonnika z Notre Dame" i pokochałam ten sposób opowiedzenia historii o Quasimodo. Wcześniej udawałam, że ta kreskówka nie istnieje. W ogóle uwielbiam disneyowskie wersje istniejących historii :)

30. Zapytałam męża, jaka jest jego ulubiona potrawa robiona przeze mnie. Wskazał między innymi pizzę ziemniaczaną :) Wspomniał też o torcie z pizzy, który zrobiłam kiedyś na jego urodziny.

To na razie tyle :) Ciekawa jestem, czy coś z tej listy Was zaskoczyło?

Przypominam, że na fanpage'u jest KONKURS! Klikajcie tutaj: LINK

sobota, 13 lipca 2019

Ulubione zabawki moich dzieci!



Wiecie, gdyby ktoś zadał mi pytanie, dlaczego zdecydowałam się pisać blog o dzieciach, odpowiedź brzmiałaby: bo mam dzieci. To takie proste, prawda? Gdybym miała hodowlę szynszyli, pewnie pisałabym blog o szynszylach. Ale nie mam.

Tak naprawdę chciałam po prostu pisać, a temat pojawił się sam... No dobra, może niekoniecznie sam, ale to nie jest tekst o tym, skąd się dzieci biorą. W każdym razie, od przeciętnej blogerki parentingowej dzieli mnie z pewnością wiele. Przede wszystkim, nie wrzucam na bloga zdjęć moich dzieci. Nie wystawiam recenzji, nie piszę o kosmetykach (wręcz przyznaję się do tego, że moje dzieci używają tylko niezbędnego minimum), nie chwalę się ciuszkami ani mebelkami. 

Ale dzisiaj chciałabym zarekomendować Wam kilka świetnych zabawek, które moje dzieciaki: Robert (2,5 roku) i Michał (7 miesięcy) naprawdę uwielbiają!

Kiedy wejdziecie do przeciętnego sklepu z zabawkami, zostaniecie z miejsca zbombardowani: kolorami, przepychem, różnorodnością. Potem zobaczycie, że połowa tych dobrodziejstw świeci, a jedna trzecia gra albo gada. A większość tych, które grają i gadają, potrafi też świecić. I vice versa. A niektóre też potrafią się poruszać samodzielnie. Można im regulować głośność, zmieniać melodie, kolor światła i częstotliwość migania... Kiedy widzisz to wszystko i jesteś mało doświadczonym rodzicem, który nie wie jeszcze, że wkrótce będzie wyjmować baterie z grających zabawek - łatwo uwierzyć, że dziecko potrzebuje tych wszystkich bajerów. Przecież są dostępne, najwyraźniej są modne. 

Moje dzieci też oczywiście je mają, nie twierdzę, że nie. Mają też puzzle, książeczki, klocki, autka. Ale czy wiecie, jak świetne zabawki macie w domu już teraz, zanim w ogóle wybierzecie się do sklepu z tymi grającymi i świecącymi cudami?

Kuchenna miska.



To wielofunkcyjne cacko może służyć zarówno maluchowi, jak i starszemu dziecku. Można z niego w łatwy sposób zrobić instrument muzyczny perkusyjny lub finezyjne nakrycie głowy. Sprzyja integracji z bratem, bo można mu je założyć na łepek. Można też wrzucać do miski inne zabawki, a nawet napełnić ją wodą i zrobić zabawkom basen.

Wyjątkowo utkwiła mi w pamięci chwila, gdy Robert odłożył jedną ze swoich najfajniejszych grających, gadających, śpiewających, świecących i jeżdżących zabawek, bo zdążył się nią lekko znudzić, i zaczął się z zapałem bawić miską. Ten kontrast robił wrażenie!

Kolorowe nakrętki.



Zbieramy, jak pewnie wielu z Was. To jeden z prostszych sposobów, by komuś pomóc - niewielkim kosztem i nakładem sił. Zanim jednak nakrętki pojadą na zbiórkę, służą jako zabawka dla Roberta. Wyjmuje je z pojemnika, wkłada z powrotem, wkłada jedną do drugiej, a potem rozdziela (często z pomocą mamy). Czasem układa je według kolorów albo jedną na drugiej.

W ogóle wszystkie nieduże przedmioty, które można wkładać i wyjmować z pojemnika, rewelacyjnie sprawdzają się w roli zabawki. Oczywiście, nie mogą być to przedmioty zbyt małe - ale np. klamerki do prania są w sam raz :)

Kartka papieru i długopis.



Dzieci naśladują nas we wszystkim, nie dziwi mnie więc, że Robert zafascynował się pisaniem. Stopniowo uczy się liter i kształtów, ale najczęściej po prostu pokrywa całą kartkę tego typu rysunkami. 

Butelka wody mineralnej.



To zabawka malucha, starszak używa butelki zgodnie z jej pierwotnym przeznaczeniem. Mały uwielbia ją turlać, bębnić w nią rączkami, zachwyca się efektami świetlnymi i dźwiękowymi, jakie wywołuje poruszanie butelką. To działa prawie jak kalejdoskop.

Gąbka.



Ulubiona zabawka do kąpieli. Choć w wannie lądują nieraz kaczuszki, rybka, a nawet autka, żadna z tych zabawek nie ma takich cudownych właściwości jak gąbka, która cała nasiąka wodą i można ją powoli wycisnąć do wanny. A potem jeszcze raz, i jeszcze raz... :)


Słuchajcie, polecam z całego serca wszystkie te zabawki! Sprawdziły się u nas, są trwałe, wielofunkcyjne, zapewniają mnóstwo atrakcji dla całej rodziny. Dałabym Wam jakieś kody rabatowe, ale pewnie i tak macie je wszystkie w domu :)


Przypominam, że na fanpage'u jest KONKURS! Klikajcie tutaj: LINK

poniedziałek, 8 lipca 2019

O miesiącu miodowym, piratach i dwóch Mary Sue, czyli: jak pisałam książkę.


Czasami nie wiesz, czy robisz coś dobrze. Ale przeważnie jesteś w stanie określić, czy masz dobre podejście. Nie wiem, czy jestem dobrą pisarką, ale mogę śmiało stwierdzić, że robię wiele, by taką się stać.

Odkąd pamiętam, próbuję opowiadać własne historie, ale chyba po raz pierwszy w życiu tak bardzo się na tym skupiłam. Po raz pierwszy robię to metodycznie, konsekwentnie, szukam wsparcia i mądrych rozwiązań. Słucham osób bardziej doświadczonych ode mnie. Nawiązuję relacje z innymi pisarzami.

Przede wszystkim: mówię o tym, co robię. Pisanie książki przestało być dla mnie jakąś wstydliwą tajemnicą. Do tej pory zdawało mi się, że póki książka nie ukaże się drukiem, to tak naprawdę nie ma o czym gadać. Kiedyś nawet spotkałam się ze stwierdzeniem, że dzielenie się z ludźmi naszymi planami sprawia, że tak naprawdę trudniej nam te plany zrealizować. Cóż, mam wrażenie, że z moich doświadczeń wynika coś zupełnie odwrotnego. Mówienie o moich planach sprawia, że czuję jeszcze większą motywację, by do nich dążyć. Mało tego! Być może w ogóle nie napisałabym tej książki, gdybym nie podzieliła się pomysłem w pewnym (kiedyś) przyjaznym miejscu w Internecie. Od tego momentu nie mogłam nawet na chwilę przestać o niej myśleć.

Zakładałam, że praca nad książką potrwa lata. Dzięki dopingowi innych pisarzy napisałam ją w osiem miesięcy.

Kiedy słucham, jak wyglądają doświadczenia innych osób z pisaniem książki, widzę, że moje doświadczenia są nieraz bardzo podobne, ale też różnią się w wielu aspektach. Dlatego poczułam potrzebę, żeby napisać Wam o moich odczuciach.

Miesiąc miodowy.


Jakiś czas temu trafiłam na świetny tekst, który mogłabym polecić każdemu początkującemu pisarzowi. Zresztą, może nawet nie tylko początkującemu. Każdemu pisarzowi. Oto on: "Jak napisać powieść?".

Jestem przekonana, że to wszystko, co napisała w nim Kasia Szyszko, to najprawdziwsza prawda. Wena jest zdradliwa i nie można na niej polegać.  Pisanie książki to ciężka i samotna praca. Strach, zwątpienie, utrata wiary... Utrata chęci... To wszystko prawda.

Tylko że u mnie - jak dotąd - wyglądało to inaczej.

Napisałam tę książkę napędzana weną, przez cały czas na wenowym haju, Kradłam z każdego dnia chwile na to, by móc znów usiąść do pisania mojej książki. Kiedy nie pisałam, to myślałam o niej i układałam kolejne sceny w głowie. To nie znaczy, że wszystkie sceny pisało mi się równie dobrze i że nie miałam momentów przestoju. Przez niektóre z nich musiałam się przeczołgać, nie czułam ich, musiałam je dobrze przemyśleć. Ale pisałam dalej. Miałam mnóstwo wątpliwości, o których opowiem później, ale nie zatrzymywały mnie. Przytakiwałam cierpliwie mojemu wewnętrznemu głosowi, który po raz kolejny nawijał, że książka jest do niczego i powinnam sobie dać z nią spokój - "tak, gadaj zdrów" - i wracałam do pisania.

Wiecie, niedawno oglądałam piękny film zatytułowany "Instant family". Polecam! Była w nim taka scena: małżeństwo, które kilka tygodni wcześniej adoptowało trójkę dzieci, opowiada na spotkaniu z innymi rodzicami adopcyjnymi, jak wspaniale wygląda teraz ich życie w piątkę, jakie dobre dzieci im się trafiły i jak świetnie się z nimi dogadują. Doświadczone pary zaczynają się śmiać najpierw dyskretnie, potem coraz bardziej jawnie. Prowadząca grupę określa tę sielankę opisywaną przez bohaterów jako miesiąc miodowy. Rzeczywiście, krótko później przekonują się, że jednak nie będzie tak łatwo, jak się spodziewali.

I ja też mam świadomość, że moje dotychczasowe wspaniałe doświadczenia związane z pisaniem książki były miesiącem miodowym. Prawdziwe życie pisarza dopada mnie dopiero teraz, na etapie redakcji, kiedy okazuje się, że w tej tak starannie pisanej przeze mnie, tak przemyślanej książce jest aż tyle do poprawienia. Cieszę się jednak, że dotarłam do tego etapu.

Miodowy miesiąc nie oznaczał, że nie miałam wątpliwości i kryzysów. Miałam chyba dokładnie trzy momenty takiego większego zwątpienia - nie licząc tych małych codziennych kryzysów, którym łatwo stawiałam czoła. 

Trzy upadki.


Zdaje się, że przyczyną wszystkich moich kryzysów był sam pomysł na książkę. Co jest trochę szalone, bo czym byłaby książka bez pomysłu? 

Istnieją pisarze, których kreatywność jest nieograniczona. Istnieją też tacy jak ja :D Zawsze potrzebowałam punktu zaczepienia, czegoś, od czego mogłabym zacząć, na czym mogłabym się oprzeć. Innej historii, istniejącej postaci. Ale teraz to już przesadziłam! Wiecie, chyba dlatego tak czasem nie mogę sobie poradzić z tym pomysłem, bo on jest zupełnie inny niż ja. Ja jestem osobą subtelną, lubię się bawić w niedopowiedzenia, czasem nawet lubię być niezrozumiana. A ta książka, sorry, subtelna nie jest, za dużo miejsca na domysły tam nie ma. Ciągle walczę z pokusą, by to jakoś zmienić. Nawet przyszło mi raz do głowy, że może powinnam wywalić stamtąd główną bohaterkę! (w sensie, w ogóle z książki). Wyobrażacie sobie książkę bez głównej bohaterki? To trochę jak zorganizować imprezę na czyjąś cześć i nie zaprosić tej osoby... 

Pierwszy kryzys byłby w stanie całkowicie zatrzymać mój proces twórczy, gdyby przydarzył mi się wcześniej, na samym początku pisania. Ale w tamtym momencie miałam już spory kawałek napisanej książki i konkretne plany na ciąg dalszy.

Wiecie, był taki czas, kiedy ciągnęło mnie do wielkiej literatury. Do czytania, ale też, o zgrozo, do pisania. Chciałam pisać wielkie rzeczy i byłam pewna, że potrafię. Jednocześnie moja znajomość jakichkolwiek realiów była równie mała, jak ogromne były moje ambicje. Moim światem była szkoła, to znałam i to potrafiłam opisać. 

Kiedy byłam małą dziewczynką, wymyślałam historie w ten sposób, że przenosiłam zdarzenia z mojego szkolnego życia w wymyślony fantastyczny świat, podobny do Nibylandii. Potem, gdy podrosłam, zaczęłam robić na odwrót - przenosić różne Nibylandie w realia szkolne :D Chyba nawet nie zamierzałam spisywać tych historii, po prostu układałam je w głowie. Trochę żałuję, że nie widziałam wówczas ich potencjału. Pisanie o szkole wydawało mi się banalne w porównaniu z fascynującymi miejscami i fabułami w książkach, które czytałam. Naprawdę nie rozumiałam, że tamci pisarze też pisali o czymś, co znali. Nikt mi tego w porę nie wyjaśnił.

Niedawno trafiłam na recenzję... pewnej wspaniałej książki. To była dobra recenzja, ale sprawiła, że poczułam się nieswojo. Czy ja w ogóle coś z tej książki pamiętam? Kontekst historyczny, aluzje polityczne, odwołania do innych wielkich tekstów kultury...
A ja piszę opowiastkę o dziewczynkach z liceum? W której przez pewien czas osią konfliktu jest to, że jeden chłopiec zastanawia się, którą dziewczynę wybrać?

Przez naprawdę długi czas uważałam, że moja książka ma głębię kałuży. Mimo to pisałam ją dalej. Gdzieś dopiero w połowie zaczęło do mnie docierać, że tam kryje się jednak jakieś drugie dno. 

Drugi kryzys dopadł mnie na początku kwietnia, a dokładnie wtedy, kiedy zaczął się strajk nauczycieli.

Z Nibylandią (spodobało mi się to określenie! Może być też Kraina Oz :)) jest tak, że każdy chciałby być Piotrusiem Panem - u mnie to raczej Piotruś Pani, tak, niestety, robię takie rzeczy... Każdy chciałby być Wendy, zagubionymi chłopcami, nawet Dzwoneczkiem, ale niestety do obsadzenia są też role piratów, a ktoś musi być samym Kapitanem Hakiem. Kto jest Kapitanem Hakiem w historii o szkole i uczniach?

Mocno wczułam się w sytuację nauczycieli podczas strajku. Pisałam o tym zresztą w tym tekście. Pomyślałam wtedy, że moja książka robi im dużą krzywdę.

Pracujesz kilkadziesiąt lat w zawodzie z misją, niedocenianym w społeczeństwie, fatalnie opłacanym, ale robisz to najlepiej jak potrafisz, wychowujesz całe pokolenia, prowadzisz je za ręce ku dorosłemu życiu... A potem dowiadujesz się, że jakaś nieopierzona młoda pisareczka w swojej nikomu niepotrzebnej dziwacznej książce zrobiła z Ciebie potwora, czarny charakter.

Zaczęłam się zastanawiać, po co ta książka powstaje. Czy ma coś zmienić, coś przekazać, czegoś nauczyć? Czy w jakikolwiek sposób wpisuje się w dzisiejszą rzeczywistość? Odpowiedzi na te pytania niekoniecznie mi się spodobały.

Trzeci kryzys zjawił się, gdy osoby, z którymi dyskutowałam na temat książki zaczęły mnie prosić, bym dała im ją do przeczytania.

Uświadomiłam sobie wtedy, jak ciężko mi będzie pokazać ją komuś. Jak bardzo będę się bała, co ta osoba pomyśli. A przecież kiedyś będę chciała wysłać ją do wydawców... Czy się w ogóle odważę? A jeśli się nie odważę, to po co w ogóle marnuję na nią czas?

To był też specyficzny moment, jeśli chodzi o fabułę. Byłam świeżo po napisaniu sceny, która początkowo wydawała mi się bardzo piękna, ale przy drugim czytaniu widziałam w niej sporo wad. W tej scenie pojawiły się też pierwsze oznaki kierunku, w jakim zmierza relacja między pewnymi postaciami. No kurczę. Może u wielkich pisarzy takie relacje mogą wyglądać niewinnie i platonicznie, u mnie nie. Naprawdę nie jestem osobą, która dopatrywałaby się seksualności u każdego Teletubisia, ale tutaj po prostu czułam, że jeśli nie pójdę w tym kierunku, to nie będzie to szczere. Wszystkich urażonych przepraszam już dzisiaj. Z drugiej strony - come on, żyjemy w XXI wieku, niektóre dziewczyny po prostu wolą dziewczyny.

Pomyślałam wtedy, że niewiele (jeśli w ogóle coś) mnie różni od małoletnich autorek piszących tak zwane opka, z których naśmiewa się Niezatapialna Armada. Nie dość, że mam marysuiczną bohaterkę (może na pierwszy rzut oka nie powala wyglądem, a jej zachowanie wkurza wiele osób, ale i tak jest niebezpiecznie bliska ideału), sięgam po dosyć ciężką symbolikę, ja mam tam jeszcze muzyków rockowych, jedna z czwartoplanowych postaci jest w śpiączce, w ogóle natężenie tragedii w życiu moich postaci jest dość przytłaczające. Nawiasem mówiąc, po przeczytaniu definicji Mary Sue w Wikipedii dotarło do mnie właśnie, że jest jeszcze jedna bohaterka mojej książki, która zasługuje na to miano.

Hm, czy Wy to nadal chcecie przeczytać? :D

Myślę, że jeśli coś mnie ratuje, to fakt, że piszę to świadomie. I jest pewna szansa, że piszę to dobrze. Jak ujęła to moja serdeczna koleżanka Dzidka, "wszystko zależy od tego, JAK to jest opisane, a nie CO jest opisane", pochlebiam sobie zatem, że u mnie jest to opisane co najmniej przyzwoicie.

Co teraz?


Książka jest napisana, ja powoli piszę jej kontynuację. Od pewnego czasu było dla mnie oczywiste, że powstaną dwa tomy. Tak jak zawsze pisałam zwięźle i miałam problem co najwyżej z tym, że moje teksty są za krótkie, ta książka zaczęła mi się rozrastać i rozrastać w nieskończoność. Prawie 400 stron opka, wyobrażacie to sobie?

Mam pięcioro beta-czytelników, włącznie z moim mężem, który mnie ogromnie wspiera, ale potrafi też wypowiedzieć się bardzo obiektywnie na temat tego, co czyta. Troje czytelników wypowiada się o książce bardzo łaskawie, ale też konstruktywnie. Od jednej osoby dostałam mnóstwo uwag redakcyjnych. Są dla mnie trudną, ale potrzebną lekcją pokory. Przez całe życie coś pisałam, wielokrotnie też poprawiałam teksty innych osób, chyba nie zdawałam sobie sprawy z tego, że w moim tekście może być tak wiele rzeczy do poprawienia.

Przymierzam się też do tego, żeby pokazać książkę osobie, która jest w wieku moich postaci. To może być dla mnie bardzo bolesne zderzenie z rzeczywistością, ale chyba lepiej, żeby nastąpiło teraz. Nie uważam, że świat przedstawiony w książce musi być jakimś idealnym odwzorowaniem prawdziwych realiów, ale nie może być też od nich zupełnie oderwany.

Czeka mnie napisanie streszczenia, określenie grupy docelowej, poszukanie podobnych książek wśród tych, które się już ukazały. Słowem, dużo pracy. I wcale nir wiem, czy coś z niej wyniknie. Ale może... może?

poniedziałek, 1 lipca 2019

PSIOdyseja



Jest nas, jak nieraz pisałam, siedmioro pod jednym adresem. Czworo ludzi, dwa koty i pies. O ludziach czytacie tu dość regularnie, o kotach co jakiś czas też wspominam, mam natomiast świadomość, że prawie wcale nie piszę o psie.

Powody są dwa. Po pierwsze, tak jak planowaliśmy od początku, pies rezyduje w ogrodzie, ma tam swoją budę i wygodny kojec. Żyjemy więc tak trochę osobno, tym bardziej, że na spacery z pieskiem wychodzi mąż. Czasem zdarzało nam się wychodzić razem, ale odkąd mamy dwójkę dzieci, wydaje się to nam praktycznie niemożliwe. Trzech łobuzów (w tym jeden potężny), którzy potrzebują maksimum naszej uwagi? Trochę za dużo ;)

Drugi powód jest taki, że... ludzie, a zwłaszcza blogerzy ;) nie bardzo lubią przyznawać się do czegoś, co im się nie udało. A ja mam poczucie, że jako właściciele psa daliśmy ciała co najmniej w kilku kwestiach. Niemniej, kochamy bardzo tego naszego pieszczocha i łobuziaka :)

Ale od początku. Jak to się zaczęło?

Czy chcesz mieć ze mną pieska?


Jako młode małżeństwo zdecydowane wówczas, że rodzicami to my raczej nie będziemy, przez względnie długi czas marzyliśmy o posiadaniu psa. To był dla nas wtedy taki odpowiednik marzenia o dziecku, jakiś wyznacznik wspólnej stabilizacji, rodziny. 

Zarówno w mojej rodzinie, jak i w rodzinie mojego męża przez lata pies był w domu. Towarzyszem mojego dorastania i wkraczania w dorosłość był cudowny, wieczny szczeniak imieniem Foks. Mój mąż, zanim został mężem, był właścicielem pięknej wilczurki imieniem Besi.

Wspólnie marzyliśmy o labradorze lub retrieverze. Ciekawe, jak czasem marzenia się spełniają :) Kiedy już dotarło do nas, że wcale nie jest tak łatwo przygarnąć takiego psa i że w schroniskach raczej ich nie ma, a porządne hodowle liczą sobie sporo za takiego szczeniaka - nasz blablador Fortis niemal dosłownie spadł nam z nieba :)

To znaczy, z Fortisem to jest tak, że on jest i nie jest labradorem. Nie jest psem rasowym. Jego mama kompletnie nie przypominała labradora. Jako jedyny z całego miotu wdał się w ojca, który najwyraźniej był labkiem :) Po kształcie pyska trochę widać, że to nie jest prawdziwy labrador, ma też inne, bardziej masywne łapy. Jest piękny, zgrabny, duży, silny, radosny, przyjazny i mądry. Chciałoby się dopisać i "grzeczny", ale grzeczny to on nie jest.

Początki - w domu czy w ogrodzie?


No właśnie. Ponoć labradory to psy domowe. Ale Fortis przecież tak naprawdę nie jest labradorem, poza tym tam, skąd go wzięliśmy, spędzał całe dnie na świeżym powietrzu i z pewnością zdążył się do tego przyzwyczaić. Powiem szczerze, że nie wyobrażam sobie, żeby Fortis miał mieszkać z nami w domu. Mam wrażenie, że wówczas nie zmieściłaby się tam pozostała szóstka domowników! Nasz dom nie jest duży. Zakładając, że pies nie wchodzi na meble - w swoim kojcu ma chyba więcej znacznie miejsca niż miałby w domu.

Od początku miał być psem podwórkowym. Jednak kilka pierwszych dni spędził z nami w domu, bo okazało się, że ogrodzenie nie jest wystarczająco zabezpieczone przed jego ucieczkami.


Był prześlicznym szczeniakiem. Myślę, że pozwalaliśmy mu o wiele za dużo, bo był uroczy we wszystkim, co robił. Oczywiście musiało to prowadzić do kłopotów, kiedy podrósł.

Skakał, oczywiście z radości. Przez te wszystkie lata nie widziałam ani razu, żeby był agresywny, ale oczywiście ciężko to wytłumaczyć komuś, kto boi się dużego, skaczącego psa. Zresztą to naprawdę nic fajnego, kiedy wychodzisz z domu i chcesz wyglądać jeśli nie elegancko, to przynajmniej schludnie, a za chwilę masz na spodniach odbite dwie wielkie łapy.

Ale to nie było najgorsze. Najgorsza była postawa sąsiadów.

Te potwory to my.


Po dwóch latach od naszej przeprowadzki na wieś trudno powiedzieć, żebyśmy byli lubiani w okolicy. Nikt nas nie znał, nikt nie wiedział, czego się po nas spodziewać. Po pojawieniu się Fortisa szybko staliśmy się dwojgiem najbardziej znienawidzonych ludzi we wsi.

Najpierw pojawiła się plotka, że głodzimy psa. Skąd taki pomysł? Bo piesek szczupły, bo jak się go częstuje kiełbaską, to od razu zjada... Kiedy w czasie deszczu schowałam miski z jedzeniem w inne miejsce, dla sąsiadów było to wystarczającym dowodem, że pies nie dostaje jeść ani pić. Ponoć dokarmiała go prawie cała wieś. Cud, że nikt nie otruł.

Potem dowiedzieliśmy się też, że biedny pies w ogóle nie wychodzi na spacer (wychodził o innych porach niż sąsiadka). Oraz, że pies marznie. Kiedy tłumaczyłam troskliwej pani, że pies ma ocieplaną budę i często woli położyć się pod schodami, bo tam mu trochę chłodniej, usłyszałam w odpowiedzi: "To może ocieplić mu to miejsce pod schodami?"...

Kiedy wydawało się, że już jest wystarczająco źle i gorzej nie będzie, Fortis nauczył się uciekać. Był na tyle sprytny, że wychodził i wracał, więc zorientowaliśmy się dość późno, że naszemu pieskowi zdarzają się samotne wycieczki po wsi. Oczywiście ucieka, bo głodny...


Pies na uwięzi.


"Pan nie ma serca!", usłyszał mój mąż.
"Nie chciałabym być członkiem waszej rodziny", usłyszałam od sąsiadki, kiedy powiedziałam jej, że nie, nie oddamy nikomu psa, bo jest częścią naszej rodziny. Byłam wtedy w zaawansowanej ciąży.

Stało się jasne, że swobodne bieganie Fortisa po ogrodzie musiało się skończyć. Zamówiliśmy kojec, ale zanim zrealizowano zamówienie, trzeba było przez kilka dni jakoś utrzymać uciekiniera w obrębie naszego ogrodu. Wydawało się, że przywiązanie go na długiej, długiej i luźnej linie jest dobrym pomysłem. Dopóki nie zobaczyliśmy, co Fortis jest w stanie zrobić z tą liną. Po mistrzowsku przywiązał się do drzewa. Normalnie od razu było widać, że pies żeglarza.

Policja. Mandat. Pismo z sądu. Zarzut znęcania się nad psem. Podpisy świadków. Myślałam, że się zapłaczę.

Pojawił się kojec, sytuacja się uspokoiła - choć nie od razu. Pies przestał uciekać, nagle okazało się też, że nie jest głodzony - bo jakoś nie schudł, a nawet przytył, choć już nie było jak go dokarmiać... Ale szczekał

"Przeszkadzało państwu, że biegał, to teraz nie biega, tylko szczeka!", palnęłam raz w końcu, kiedy miałam dosyć słuchania po raz setny, że dręczymy psa. Było dla nas logiczne, że pies, który dotychczas biegał sobie swobodnie po ogrodzie, nie przyzwyczai się szybko do mieszkania w kojcu, nawet jeśli kojec jest duży i wygodny. Dla sąsiadów był to kolejny dowód naszego okrucieństwa.

Obecnie jest lepiej - chyba... Awantury się skończyły, zresztą nasze dzieciaki są mistrzami świata w podbijaniu ludzkich serc, więc i sąsiedzi zaczęli jakoś życzliwiej na nas patrzeć. Ciągle nie czujemy się pewnie i raczej niemożliwe jest, że z kimś się tutaj zaprzyjaźnimy.


A jeśli nie powinniśmy mieć psa?


Nieraz, kiedy było naprawdę ciężko, myślałam: "a niech nam go rzeczywiście zabiorą!". To okropne, że tak myślałam, ale stres i negatywne emocje związane z posiadaniem psa trochę przysłoniły nam radość z tego, że go mamy. 

Co zrobić, kiedy stwierdzasz, że przygarnięcie psa było błędem? O ile naprawdę nie jesteś potworem... weź to na klatę i żyj z tym. To jest żywa istota, która Cię kocha i która nigdy nie zrozumie, dlaczego nagle stwierdzasz, że lepiej byłoby ją oddać komuś innemu. Dla tego zwierzaka Ty jesteś najlepszym człowiekiem na świecie, jego człowiekiem.

Fortis będzie żył z nami, mam nadzieję, jeszcze wiele długich lat. Popełniliśmy wiele błędów jako jego właściciele, ale kochamy go, a on kocha nas.

środa, 26 czerwca 2019

WYCHOWANIE LEŚNE - czyli o tym, jak wprowadzić naturę do naszej rodzinnej rzeczywistości (wpis gościnny Adrianny Złoch)




Autorką tekstu jest Adrianna Złoch - twórczyni i projektantka marki Czyste Dziecko, miłośniczka natury, pedagogiki Montessori. Swoją markę tworzy w ramach idei etycznej mody, a inspiracje czerpie z obserwacji dziecięcych zachowań.




Jako dziewczyna z miasta chcę Wam dzisiaj opowiedzieć o swojej fascynacji wychowaniem dziecka w bliskości z naturą, na podstawie moich osobistych doświadczeń. Na początku chciałabym powiedzieć na zachętę - warto wprowadzać elementy wychowania leśnego do Waszej codzienności z dziećmi. Otrzymacie wielki dar od natury. Gwarantuję Wam to. 

https://www.czystedziecko.pl/ubranka-ochronne-dla-dzieci/


Harcerstwo dla dzieci


Jako 9-letnia dziewczynka po raz pierwszy pojechałam na dwutygodniowy wyjazd wakacyjny. Był to obóz harcerski. Ja byłam zuchem bez własnego munduru, a po obozie już nie trafiłam w szeregi harcerskie, jednak doświadczenie tego wyjazdu zapadło mi w pamięci do dnia dzisiejszego i było kontynuowane w moim życiu dzięki odważnemu rodzicowi, jakim w tym przypadku był mój osobisty Tato :)

Wychowanie leśne jest bardzo uspołeczniające, jakkolwiek by się Wam wydawało, że jest na odwrót. Ja - 9-letnia Ada - podczas pamiętnego obozu harcerskiego kąpałam się w jeziorze Dębsko i była to forma wieczornej kąpieli przed snem, potrzeby fizjologiczne załatwiałam do wojskowej latryny - zbite z drewnianych bali rusztowanie nad głębokim dołem w ziemi, spałam 2 tygodnie w wojskowym wielkim namiocie z dziesiątką innych dzieci, w samym środku dzikiego lasu. Okoliczności te sprawiły, że wszystkie dzieci ćwiczyły w najwyższym stopniu odpowiedzialność za siebie i innych, pewność siebie, koncentrację, dojrzałe funkcjonowanie w drużynie, efektywną współpracę.

Jednego razu schodząc z mokrej glinianej skarpki do kuchni polowej nad brzegiem jeziora, zjechałam na tyłku po obficie obłoconej ścieżce. Pamiętam jak dziś - moje wewnętrzne poczucie odpowiedzialności za samą siebie - o to, aby złapać równowagę, aby stopy stawiać w sposób zabezpieczający je przed złamaniem, aby moja menażka pozostała wewnątrz czysta - bo kto by chciał zjeść zupę z błotkiem? Zejście do kuchni było wielce ekscytującym przeżyciem, natomiast z wejściem poratowali mnie dorośli harcerze (wyrostki 15-letnie :D), łapiąc za łokcie i wprowadzając chudzinę na szczyt glinianej przeszkody. Oni martwili się o mnie, a ja o zupę, której nie mogłam przecież uronić - czym bym się najadła, gdyby moja zupa dołączyła do mazistego błotka na skarpce? Współpraca i walka z żywiołem w najlepszym dziecięcym wydaniu! 

Nie zapomnę, jak przez pierwsze dni obawiałam się żuczków gnojarków, które masowo zamieszkiwały latryny. O niebiosa, jak walczyłam sama z własnymi oporami, aby stanąć twarzą w twarz z własnym obrzydzeniem i uprzedzeniem do tych stworzeń i całej tej niecodziennej sytuacji toaletowej, w jakiej się znalazłam, jako dziewczynka „z bloków”. 

Któregoś popołudnia w przypływie ułańskiej fantazji, z koleżanką „mieszkającą” na sąsiedniej polówce (łóżko polowe - metalowe rusztowanie obleczone płótnem wojskowym) wymyśliłyśmy psikusa. Zabrałyśmy innej koleżance szczoteczkę do zębów i poszłyśmy „w las”. Wymyśliłyśmy, że schowamy ją do dziupli - „a niech się koleżanka potem nauczy w podchody”. Historia zakończyła się tak, że zżarły nas wyrzuty sumienia, wróciłyśmy po szczoteczkę i odłożyłyśmy koleżance do kosmetyczki, ale muszę podkreślić - bardzo z „przyjaciółką od psikusa” troszczyłyśmy się o orientację w terenie, aby nie zgubić obozowiska. Wspólnie odnalazłyśmy po drodze latrynę, bo obie byłyśmy „za potrzebą”, Szłyśmy zwarto ramię w ramię, a nawet pod ramię, czując że każda dla drugiej jest w tej „psikusowej wyprawie” jedynym kamratem i lojalność we wspólnej drodze to podstawa. Cała wyprawa miała zapewne miejsce w promieniu do 100 metrów od obozu, ale dla mnie w tamtym czasie była wyprawą życia i głęboko doświadczyłam wówczas, co znaczy współpraca z partnerem podróży

Survival dla dzieci


Pogoda to częsty argument do tego, aby zatrzymać całą rodzinę w domu. Podczas obozu nie miałam możliwości ucieczki. Dzięki temu przymusowi, nabrałam dużej świadomości na temat procesów i reakcji mojego organizmu - na zimno, na deszcz, na upał. Miałam mnóstwo czasu - 2 tygodnie - na to, aby wsłuchiwać się w swoje reakcje, zrozumieć je, wiedzieć, że ubranie ochroni mnie przed gęsią skórką, a kurtka przeciwdeszczowa przed przemoczeniem i poczuciem wielkiego chłodu. Dowiedziałam się, że lepiej się czuję mając kapelusz na głowie, gdy o godz. 12.00 na polanie praży słońce, a ja muszę tam być - bo nie ma odwrotu. 

Pamiętny obóz „Dębsko 2000” przyprawił mnie o 20 kleszczy! Codzienne wizyty u pielęgniarki obozowej przygotowały mnie na późniejsze doświadczenia dorosłego człowieka, którego w życiu czeka niekiedy wiele badań diagnostycznych i spotkań kontrolnych u lekarzy (opieka pod tym względem na obozie była wzorowa i nie nabawiłam się żadnych skutków ubocznych, tych małych pasażerów na gapę, jakich dziś bardzo się obawiamy). 

Wierzcie mi lub nie, ale dziecięce poczucie sprawczości i pewność siebie, zdobyte podczas takich wypraw gwarantują człowiekowi wewnętrzne poczucie równowagi na całe życie. Samoświadomość co do własnej wytrzymałości oraz co do odczuć organizmu, pozostają z człowiekiem na zawsze - ja korzystałam z tej wówczas zdobytej wiedzy np. podczas porodu [sic!].


Moją historią chcę zachęcić Was do tego, aby nie zabraniać dzieciom doświadczania natury, a wraz z nią niekiedy również upadków, otarć, dziecięcych chwil grozy. Zamiast lęku zapewnijmy dzieciom poczucie wolności, akceptacji, a jako opiekunowie miejmy przy sobie dyżurną apteczkę i survivalową odzież, aby dla własnego poczucia spokoju mieć rękę na pulsie, gdy pojawi się rana, a także nie mieć w sobie obawy „nie wchodź w kałużę, bo się pochlapiesz!”, „nie siadaj na ziemi”, „nie wchodź na drzewo, bo podrzesz spodnie”. 

Właśnie z tych fascynacji i pewności, że mam rację, bo sama doświadczyłam tego, co polecam - wypływa moja motywacja stworzenia linii spodni wodoodpornych dla niemowląt i dzieci. Zachęcam Was do odwiedzenia mojego sklepu, a nade wszystko do podjęcia elementów wychowania leśnego w waszych rodzinach! Do dzieła!

https://www.czystedziecko.pl/sklep/

Autorzy zdjęć: Olga Derkowska Fotografia i Czyste Dziecko


sobota, 22 czerwca 2019

Klaps to TEŻ bicie - o wypowiedzi Rzecznika Praw Dziecka.



Cześć, mam na imię Robert. Mam 2,5 roku. Jestem energiczny i bardzo bystry, i szybko się uczę. Często naśladuję to, co robią rodzice. Oni nie zawsze są z tego zadowoleni, na przykład wtedy, gdy powtórzę jakieś niezrozumiałe dla mnie słowo. Albo wtedy, gdy chcę się bawić telefonem. Trochę tego nie rozumiem; skoro oni to robią, to dlaczego ja nie mogę? 

Wiem, że nie wolno bić dzieci. W ogóle nikogo nie wolno bić, chyba że ktoś chce mi zrobić krzywdę.

Moja mama nie bije dzieci. Mój tata też nie. Czasem się denerwują, gdy tak bardzo roznosi mnie energia i mam ochotę robić różne rzeczy, których mi nie wolno. Ale nigdy mnie nie uderzyli, mojego braciszka też nie. Myślę, że to dlatego, że mnie kochają. 

Dlatego ja też nie biję tych, których kocham.


Cześć, mam na imię Martyna. Mam 32 lata. Moi rodzice mnie bili i wyrosłam na człowieka, choć myślę czasem, że ciągle jeszcze na tego człowieka wyrastam.

Nie mam im za złe tego, że stosowali kary cielesne. Z prostego powodu - wiem bardzo dobrze, że gdyby wiedzieli wówczas, że to nie jest dobra metoda wychowawcza, żadne z nich nigdy w życiu nie podniosłoby na mnie ręki. Są dobrymi ludźmi i dobrymi rodzicami.

Uwaga! To, co napiszę, możecie uznać za herezję, ale myślę, że jest wielu dobrych rodziców, którzy biją swoje dzieci.

Biją, bo tak są nauczeni, a nie potrafią przyznać, że nauczono ich źle. Bo oni tylko dają klapsy. Tylko w pupę. 

Od lat zadziwia mnie ten wyjątek dla pupy

Pupa jest na tyle intymną częścią ciała, że nie wypada jej odsłaniać w miejscu publicznym, a złapanie kogoś za pupę ma zdecydowanie konotacje erotyczne, ale gdy idzie o klapsa, wówczas pupa nagle przestaje być intymna i osobista, a staje się tym jedynym punktem na ciele dziecka, którego intymność można bezkarnie naruszać.

Po słynnym już wystąpieniu Rzecznika Praw Dziecka, na którym wielu mądrych ludzi nie zostawiło suchej nitki, mnożą się celne pytania. Czy klaps wymierzony samemu panu rzecznikowi byłby już biciem, czy nadal niewinnym klapsem? Czy jeśli wyceluję w pupę, a dziecko mi się wywinie i trafię je w głowę, to nadal jestem dobrą mamą, która dała klapsa, czy już okrutną mamą, która bije? Czy kiedy obca osoba da klapsa mojemu dziecku, to nadal nic złego się nie dzieje, skoro to tylko klaps w pupę? Czy ja wobec tego mogę iść zbić dziecko sąsiada po pupie? A samego sąsiada też?

Dodam do tej listy jeszcze jedno pytanie: czy klaps wymierzony przez moje dziecko innemu dziecku to też tylko klaps, czy już bicie?

Nie trzeba być ekspertem, by stwierdzić, że dzieci uczą się przede wszystkim przez przykład. Wystarczy spędzić nie więcej niż godzinę w towarzystwie takiego, dajmy na to, dwulatka. Zobaczymy cały wachlarz zachowań, które to dziecko skopiowało od dorosłych. Klapsów też się nauczy, nie miej co do tego wątpliwości. Przy odrobinie szczęścia będzie bić tylko swoje lalki i misie.

Nauczy się nieufności, nauczy się strachu przed karą. Nauczy się, że jego rodzice nie grają z nim w jednej drużynie. Nauczy się, że gdy jesteśmy niezadowoleni z czyjegoś zachowania, możemy się uciec do argumentów siłowych. Nauczy się hipokryzji, bo przecież jego rodzice go nie biją, oni tylko dają klapsy. Nauczy się, że fakty można dowolnie naginać do swoich potrzeb, a gdy coś nam się nie podoba w obowiązujących zasadach, zawsze można znaleźć w nich wyjątek.

Nie uczmy tego naszych dzieci.
Nie pozwalajmy na to, żeby klapsy były akceptowane w społeczeństwie.
Nie pozwalajmy, by były akceptowane przez Rzecznika Praw Dziecka.

Słyszałam, że rzecznik odżegnuje się teraz od tych słów, twierdzi, że zostały wyrwane z kontekstu i że został sprowokowany. Nie podoba mi się, że w ten sposób próbuje uniknąć odpowiedzialności za własne słowa, ale wiecie co? Przynajmniej mu głupio :)

Poniżej znajdziecie linki do petycji, które warto podpisać:


środa, 12 czerwca 2019

Wystawianie ocen - czy to może wyglądać inaczej?


Teraz, kiedy siadam do pisania tego tekstu, nie mam jeszcze zielonego pojęcia, jak on będzie wyglądać. Wy widzicie już gotową wersję, tymczasem przede mną jest biała, pusta strona. I milion moich myśli: w którą stronę pójdzie ten tekst? O czym odważę się napisać? Czy kogoś nie zranię tymi słowami?

Mamy prawie połowę czerwca. Oceny prawdopodobnie już wystawione, ale może jeszcze gdzieniegdzie trwają ostatnie zaliczenia, rozpaczliwe próby poprawienia końcoworocznego rezultatu. Czas, kiedy dzieci wielu spośród Was biegają od nauczyciela do nauczyciela i pytają "co mogę zrobić na piątkę?", "co mogę zrobić na szóstkę?"...
"Proszę pani, brakuje mi jednego punktu do świadectwa z paskiem"...

Dobrze pamiętam to bieganie. 


Nauczyciele reagowali różnie: od irytacji poprzez głębokie zafrasowanie aż po rozbawienie. Zazwyczaj się zgadzali. Trzeba było opanować dodatkowy materiał, przygotować dodatkową pracę, czasem to była kwestia wzięcia udziału w jakimś konkursie czy wydarzeniu. Prawie zawsze się udawało.

Przy czym ja nie biegałam za nauczycielami dlatego, że brakowało mi jednego punktu do paska. Dla mnie 4,75 to jeszcze nie był wynik na miarę moich ambicji. 

Bałam się złych ocen tak, jak dzisiaj bałabym się... nie wiem, czego. Aresztowania? Ciężkiej choroby? Skalpela? Pamiętam, kiedy dostałam pierwszą trójkę. To była ocena za nieładny charakter pisma. Pamiętam, kiedy dostałam pierwszą jedynkę, była za brak zadania. Pierwszą jedynkę za brak wiedzy dostałam dopiero w liceum. Nie przeszkodziła mi w zdobyciu piątki na koniec roku. Pamiętam i te złe oceny, których nie dostałam, bo wzięłam nauczycieli na litość. To nie było z mojej strony wyrachowane działanie. To był autentyczny strach.

Wiecie, kiedy po raz ostatni zostałam zapytana o ocenę, jaką otrzymałam? To było pod koniec 2010 roku, kiedy po studiach starałam się o moją pierwszą pracę. Prawdopodobnie pytanie i tak padło tylko dlatego, że mój pierwszy pracodawca był profesorem AGH.


Dziesięć świadectw z czerwonym paskiem (nie pamiętam, czy w pierwszej klasie było coś takiego jak pasek) od wielu lat nie ma w moim życiu żadnego znaczenia. Za to do moich nagród książkowych czasem jeszcze zaglądam :)

Dziś czuję się trochę oszukana przez życie. Nigdy nie spełniłam niczyich oczekiwań. Rodzice uważali, że za mało się uczę jak na moje możliwości. Rówieśnicy nie znosili faktu, że mam lepsze oceny od nich, a i tak nie jestem zadowolona. Nauczyciele uważali, że nie zasługuję na moje piątki, bo moje zachowanie jest dalekie od wzorowego. Promotorzy na studiach oczekiwali, że będę wiedziała, jaki temat pracy magisterskiej wybrać, skoro mogę pisać o czymś, co mnie interesuje. Kolejni pracodawcy oczekiwali, że będę pewna siebie, kreatywna, spontaniczna i będę myśleć outside the box, a ja tylko chciałam zasłużyć na kolejną piątkę lub szóstkę. Chyba wszyscy liczyli na to, że mimo bycia tak wkurzającą jednostką, w końcu zostanę kimś wyjątkowym i będzie ze mnie przynajmniej tyle pożytku, że będzie można się pochwalić, że się mnie znało. Nie zostałam nikim wyjątkowym.

Swoje własne oczekiwania też dopiero zaczęłam spełniać. Nawet dzisiaj boję się, że znów zawiodę, znów kogoś rozczaruję.


Coraz częściej słyszę o pomyśle, by zrezygnować w ogóle z ocen w szkole. 


To by była dopiero rewolucja! Mam wrażenie, że wszyscy się jej trochę boją. W końcu od lat jesteśmy przyzwyczajeni do systemu ocen. To zawsze tak działało, i choć może ma wady, to jednak wszyscy ukończyliśmy te szkoły z lepszymi lub gorszymi ocenami na świadectwie. To jest coś, co znamy i na co jesteśmy gotowi. Nie jesteśmy gotowi na to, że oceny nagle znikną. 

Ja myślę, że to byłaby świetna zmiana. Oczywiście, nie da się jej wprowadzić z dnia na dzień, ale stopniowo, z rozwagą.
System oceniania w szkole to tak naprawdę to samo, co system kar i nagród. Wiem, piszę oczywistości :) Ale skoro przyznajemy coraz częściej, że można wychować dziecko bez kar, dlaczego nie widzimy szans na szkołę bez jedynek? Jesteśmy przekonani, że uczeń bez bata nad głową się nie nauczy.

Pamiętam, że z niektórych przedmiotów w szkole dość łatwo było dostać piątkę. Trochę to może odbierało tej ocenie prestiż, ale nie sprawiało wcale, że wszyscy przestawali się przykładać. Jeśli nauczyciel potrafił zainteresować uczniów swoją lekcją, nie musiał ich straszyć jedynkami. Jeśli uczeń zaciekawił się danym tematem, nie musiał na każdej lekcji dostawać piątki.
Pamiętam, że kiedyś podeszłam do mojej polonistki i pokazałam jej zadanie domowe - choć stopnie były już wystawione i to zadanie nie miało wpływu na moją ocenę. Pokazałam je nauczycielce, bo byłam zadowolona z tego, co napisałam i chciałam się tym z nią podzielić.

Chciałabym, żeby to zawsze tak działało.

Co zmieniłaby szkoła bez ocen?

  • Uczniowie przestaliby czuć, że muszą być równie dobrzy z wszystkiego. Może łatwiej byłoby im wówczas odkryć, co naprawdę ich interesuje.
  • Uczniowie przestaliby się ścigać o lepsze oceny, szufladkować się wzajemnie na podstawie tego, jakie wyniki osiągają w nauce (tak, to brzmi jak utopia).
  • Uczniowie uczyliby się po to, by zdobyć wiedzę, nie po to, by zdobyć piątkę.
  • Nauczyciele mieliby dużo więcej spokoju.
  • Skończyłyby się czerwcowe pielgrzymki "po lepszą ocenę".
  • Skończyłyby się histerie, bo ktoś dostał jedynkę.
  • Może nawet skończyłoby się ściąganie na sprawdzianach? W końcu nikt nie musiałby tego robić w obawie przed jedynką.
To wszystko brzmi tak, że aż ciężko zachować mi względnie poważny ton. Dla osoby z mojego rocznika, z mojego pokolenia, to brzmi po prostu nierealnie. Zwłaszcza dla mnie, po tym wszystkim, co Wam - w dużym skrócie - opisałam. Ale w zasadzie... nie wiem, czemu to musi być nierealne. 

Za parę lat mój syn będzie chodził do szkoły. Bardzo prawdopodobne, że któregoś dnia wróci do domu i powie "Mamo, dostałem czwórkę". Chciałabym wierzyć, że nie zadam wtedy tego strasznego pytania "A czemu nie piątkę?" - ale wiem, że mogę tego nie uniknąć. Bo będę chciała dobrze, bo będę chciała mu pomóc, bo będzie mi zależało, żeby opanował cały materiał. Mam nadzieję, że będę umiała mu przekazać, że tu wcale nie chodzi o oceny.

A może ocen już wtedy nie będzie? ;)

Zapraszam do dyskusji!