środa, 26 lutego 2020

Siedem ważnych lekcji życiowych z okazji urodzin.




Niedawno miałam urodziny. Jeśli śledzicie fanpage Szczęśliwa Siódemka, to wiecie, kiedy to było :) (Zachęcam do śledzenia!

Urodziny to dobry czas na podsumowania, a ja je bardzo lubię. Ten rok przywitał mnie znaczącym niedoborem czasu na wszystko, a szczególnie na zajmowanie się blogiem, dlatego też większość planowanych przeze mnie tekstów pojawiła się z opóźnieniem albo w ogóle.

Jeszcze pod koniec minionego roku myślałam o tym, że dobrze byłoby spisać te najważniejsze, najbardziej pamiętne lekcje z ostatnich miesięcy. Będę do nich wracać, a może pomogą też komuś innemu?

Nie wszystkie są nowymi lekcjami. Niektóre traktuję jako przypomnienie :)

1. To moja sprawa, jak zareaguję na krytykę. Pozytywna reakcja jest przede wszystkim dobra dla mnie.


Po pierwsze, kwestia przyjmowania krytyki jest tak często wyolbrzymiana, że nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ba, sama robiłam ten błąd. Uważałam, że co by się nie działo, mam obowiązek zareagować ładnie, grzecznie, z dystansem. Że jeśli się przejmę, to znaczy, że jestem przewrażliwiona, dziecinna i w ogóle świadczy to o mnie jak najgorzej. Widzę to samo przekonanie u wielu osób z mojego otoczenia.

Słuchajcie mnie teraz. To normalna rzecz, pokazujecie światu jakąś cząstkę siebie czy swojej działalności - przecież nie po to, żeby powiedzieć "patrzcie, jak mi beznadziejnie wyszło". Pokazujecie, bo jesteście z czegoś zadowoleni, dumni, uważacie, że możecie się tym pochwalić. Jeśli ktoś zmiesza Was z błotem - nic dziwnego, że jest Wam przykro. Nie ma powodu, żebyście mieli się tego wstydzić. Szczególnie, gdy nie prosiliście tej osoby o wyrażenie zdania.

Natomiast spokojna, wyważona reakcja na negatywną opinię może sprawić, że po prostu poczujecie się dobrze. Jeśli przyjmiecie ją spokojnie i z podniesioną głową  zamiast pozwolić, by popsuła Wam nastrój - krytyka może Was wzmocnić, sprawić, że poczujecie się zadowoleni z siebie i być może wyciągniecie z niej konstruktywne wnioski.


2. Gdy dwie osoby wiecznie próbują ustępować sobie nawzajem, prędzej czy później doprowadzi to do frustracji.


Grzeczność ma swoje granice, i zdumiewająco łatwo może obrócić się przeciwko nam. Zaskakuje Was to? Mnie zaskoczyło. Myślałam, że tego właśnie oczekuje ode mnie świat: żebym ustąpiła, przedkładała cudze potrzeby nad własne, nie robiła problemów. W tym roku okoliczności sprawiły, że spędziłam dużo czasu z osobą, która uważała podobnie i dokładnie tak samo starała się postępować wobec mnie.

Efekt? Obie czułyśmy się niedocenione w naszych wysiłkach, sfrustrowane, pełne żalu. Każdy gest uprzejmości spotykał się z odmową, odrzuceniem, bo przecież to ta druga strona chciała być uprzejmą. "Nie trzeba, nie musisz" padało chyba w każdej naszej rozmowie. Każda z nas czuła, że robi dużo, a druga strona nie okazuje wystarczającej wdzięczności.

Stop. Kiedyś trzeba przerwać ten festiwal uprzejmości, podziękować i docenić czyjś gest. Jeśli tylko nie narusza on w żaden sposób Twoich granic, rzecz jasna.

Nawiasem mówiąc, pamiętacie może, jak wyginęli dżentelmeni? To jest bardziej życiowe, niż mogłoby się wydawać! ;)


3. Ta zła matka widziana przypadkowo na ulicy to ja, a jej dziecko to moje dziecko.


Ugryzłam się ostatnio w język, o jedną chwilę za późno. Zdążyłam wcześniej wyrazić opinię, że pewne określone złe zachowanie dziecka wynika z postawy matki. Po czym dotarło do mnie, że za parę lat ktoś tak powie o moim dziecku i o mnie. Może zresztą już ktoś tak mówi.

Zanim urodziłam dziecko, a właściwie, zanim to dziecko trochę podrosło i zaczęło pokazywać różki wystające spod jasnej czupryny aniołka... Widywałam na ulicy dużo złych matek. Teraz widzę same moje klony. Kobiety, które kochają swoje dzieci nad życie, ale bywają też zmęczone, miewają gorsze dni, brakuje im czasem cierpliwości. Oczywiście, nie mówię o zupełnie patologicznych zachowaniach. Ale kiedyś byłam o wiele mniej wyrozumiała.

Z perspektywy tamtej Martyny sprzed kilku lat - nie jestem pewna, czy uznałabym siebie za dobrą matkę. Na szczęście moja perspektywa zdążyła się zmienić.

4. Czasem musisz zacząć życie na nowo, bez czegoś, co uwielbiasz. Nawet jeśli sobie tego nie wyobrażasz.


Bez obaw, nic złego się u mnie nie stało :) Mam wrażliwe serce i przejmuję się problemami innych osób.

Już kiedyś musiałam się tego nauczyć. Parę lat temu mój maż, wówczas mój chłopak, miał poważne problemy zdrowotne pośrednio związane z piciem kawy. Z dnia na dzień oboje przestaliśmy ją pić, a w tamtym czasie trzy duże, mocne kawy dziennie stanowiło nasze minimum. Wytrzymałam bez kawy cztery lata, mąż jeszcze ze dwa lata dłużej. Obecnie wróciliśmy do niej, ale uważamy, by nie przesadzić z ilością.

Podziwiam ludzi, którzy zaczynają od nowa. Przyzwyczajenie jest potężną siłą, większą niż mogłoby się zdawać. Czasem trzeba stworzyć sobie nową codzienność i odnaleźć się w niej.

5, Młodsze dziecko ciągle wydaje się maleńkie, bez względu na to, jakie jest już duże.


Odkąd mam dwójkę dzieci, o wiele bardziej rozumiem ten mechanizm, który sprawia, że rodzice czasem traktują młodsze dziecko nieco inaczej, z większą troską, może też z pewnym ograniczonym zaufaniem i brakiem wiary w jego możliwości. Michał wydaje się przy Robercie taki malutki! Czasem muszę sobie przypominać, że on już przecież skończył rok jakiś czas temu. Mam skłonność do patrzenia na niego jak na niemowlę.


6. Nie porównuj doświadczeń innej osoby do własnych. Emocje nie podlegają porównaniom.


Jeśli śledzicie ten blog od jakiegoś czasu, wiecie dobrze, że Siódemka nie zawsze była Szczęśliwa. Lekcję na temat empatii przerobiłam już wielokrotnie, od różnych stron. Czasem wydaje mi się, że osobom doświadczonym najtrudniej zdobyć się na empatię. Łatwo wpędzić się w porównania. Albo zakładamy, że druga osoba nie ma pojęcia, co przeżyliśmy - albo wręcz przeciwnie, zakładamy, że jest taka sama jak my. Skoro więc ja poradziłam sobie z moim doświadczeniem, czemu ona/on nie może sobie poradzić?

Przeczytałam opis jednego porodu. Moją pierwszą reakcją było wzruszenie ramionami. I co? Mój poród był gorszy. Dużo gorszy.

Ale tamta kobieta nie przeżyła mojego porodu, nie ma o nim pojęcia. Przeżyła własny, i był dla niej trudnym doświadczeniem. Porównywanie nas nie ma sensu. 

7. Mogę zostać źle zrozumiana i uznana za nieuprzejmą nawet bez mojej winy.


Tak, to dla mnie nowa lekcja. W końcu zawsze byłam tą pyskatą smarkulą, która wiecznie mówiła nie to, co trzeba. Z czasem nauczyłam się uważać na moje słowa. Za to nieraz stwierdzam, że nie warto się ograniczać i po prostu mówię, co myślę :D Nie do wiary, ale istnieją takie osoby, które twierdzą, że nigdy (w ich obecności) nikogo nie uraziłam! Jest to jakieś zwycięstwo.

Przyzwyczaiłam się do myślenia, że jeśli kogoś uraziłam, to widocznie znowu palnęłam coś po swojemu. Bo przecież ja tak mam. Kilka sytuacji uświadomiło mi jednak, że nie zawsze jestem winna.

Mam nadzieję, że moi bliscy darują mi ten przykład, ale jest tak dobitny, że po prostu muszę się nim podzielić. Wyobraźcie sobie obiad rodzinny, specjalnie dla mnie zostały podane gołąbki z soczewicą (uwielbiam!). Wyraziłam radość, powiedziałam między innymi, że przy mnie żadna ilość soczewicy się nie zmarnuje. Padło pytanie, czy z soczewicy można zrobić ciasto. (Można? Próbował ktoś?) Nieco zaskoczona odpowiedziałam, że pewnie i można, ale dla mnie byłoby to marnowanie soczewicy.

Później tego samego dnia usłyszałam przez zupełny przypadek, jak jedna z osób obecnych przy tej rozmowie mówi, że Martyna powiedziała, że gołąbki to marnowanie soczewicy. Aaa! Gdybym tego nie usłyszała, gdybym natychmiast nie pobiegła sprostować, ta informacja dotarłaby do osoby, która tak bardzo postarała się, żebym miała pyszny obiad.

Nie powiedziałam nic złego. Ktoś nie dosłyszał, nie zrozumiał, coś umknęło, coś sobie dopowiedział - i nagle w czyjejś głowie powstała nowa wypowiedź, stawiająca mnie w bardzo niekorzystnym świetle.

I tak się dzieje pewnie po wielokroć, o większości podobnych sytuacji prawdopodobnie nawet się nie dowiadujemy.


Ha, nie planowałam, że tych punktów wyjdzie siedem, ale widocznie jestem już związana z tą liczbą na dobre! Ciekawa jestem, jakie są Wasze przemyślenia w związku z tym, co napisałam. Mam nadzieję, że zostawicie komentarz :)

piątek, 14 lutego 2020

W lutym zdobędę mężczyznę moich marzeń!


Już dawno chciałam się Wam do tego przyznać, ale jakoś tak ciągle brakowało mi - odwagi, okazji, albo po prostu czasu...

Jestem zakochana w pewnym mężczyźnie. Kiedyś myślałam, że to tylko przelotne zauroczenie i nie będzie miało większego wpływu na moje życie. Z czasem stało się jednak jeszcze silniejsze, aż zrozumiałam, że nie zdołam mu się oprzeć. Postanowiłam, że w tym roku go zdobędę. I co najlepsze, wiem, że nic mnie nie powstrzyma, pomimo tego, że...

On jest żonaty. Ma dwójkę wspaniałych dzieci! Jest wspaniałym, troskliwym i kochającym mężem i ojcem. Co więcej, znam i lubię jego żonę, choć moja relacja z nią bywa nieco skomplikowana. No dobra, zgrywam się, pewnie i tak już się domyśliliście, że to ja jestem jego żoną.

Skąd takie postanowienie?


Dawno, dawno temu...
... nie byłam jeszcze matką ani żoną. Nie byłam nawet narzeczoną. Byłam dziewczyną, jak to się dawniej mówiło, sympatią. Przyznam nieskromnie (skromność jest przereklamowana!), że mój chłopak miał ze mną bardzo dobrze. Uwielbiałam się o niego starać. Robiłam mu niespodzianki, na przykład zabrałam go raz na wycieczkę z okazji urodzin. Dowiedział się wieczorem, że ma spakować szczoteczkę do zębów i zapas ubrań, bo jedziemy z samego rana. Ta wycieczka to jedno z naszych ulubionych wspomnień :)

Stroiłam się dla niego, śpiewałam mu piosenki miłosne, pisałam mu wiersze. Nieraz gotowałam coś pysznego, choć wydaje mi się, że po ślubie znacznie bardziej rozwinęłam swoje umiejętności w tym zakresie. Robiłam dla niego piękne prezenty, np. albumy z naszymi zdjęciami. Nie no, naprawdę mu się trafiło.

A potem się ożenił :)

Słyszeliście kiedyś o tym? Kobieta wychodzi za mąż, bo liczy na to, że on się zmieni. Mężczyzna żeni się, bo liczy na to, że ona będzie taka jak przed ślubem.

Mój chłopak oświadczył się spontanicznej, zaangażowanej, oddanej dziewczynie, która trzy miesiące później została jego żoną. Wiele się wtedy zmieniło: moje nazwisko, adres zameldowania, zaczęłam nosić obrączkę... Pozostałam jednak tą samą osobą, która zdobyła jego serce. Jeśli te osiem lat temu miałam tyle wspaniałych pomysłów na wspólne spędzanie czasu i umilanie jego życia, dlaczego teraz miałoby to wyglądać inaczej?

Dziś.


"Boję się, że dopadnie nas rutyna", mówił mi kiedyś, zdaje się, że jeszcze przed oświadczynami. Już wtedy czułam, że z tą rutyną to jakoś więcej straszenia, niż to jest warte i tak naprawdę nie ma się czym przejmować. W zasadzie co może być złego w dzieleniu codzienności z kimś, kogo się kocha?

Po blisko ośmiu latach małżeństwa mogę powiedzieć, że owszem, rutyna nieraz nam towarzyszy. Nasze dni często wyglądają tak samo, i gdybym Wam je teraz opisała, pewnie nie uznalibyście tego opisu za szczególnie fascynujący. Wspólny obiad, kawa, zabawa z dziećmi, wieczorem jakiś film. Czasem gdzieś wychodzimy w czwórkę, ostatnio rzadko, bo dopadły nas przeziębienia.

Co mogę zrobić jako dzieciata, nieco zmęczona mężatka, która chce zdobyć serce swojego wybranka?

Mogę pójść z nim na randkę.

Randka z mężem ma w sobie o tyle więcej uroku niż zwykła randka, że tak naprawdę niewiele trzeba, by docenić jej urok. Wystarczy usiąść razem w kawiarni i tym razem zająć stolik dla dwojga, a nie ten przy kąciku dla dzieci :D Albo kupić sobie po bułce w ulubionej piekarni i iść na spacer do parku, usiąść razem na ławce, jak za dawnych lat. Nie musimy szukać wymyślnych atrakcji ani eleganckich restauracji, tak naprawdę liczy się to, że jesteśmy we dwoje.

Możemy spędzić wyjątkowy czas w naszym domu.

Tym razem niekoniecznie będzie to oglądanie filmu. Może pośpiewamy razem? (Oboje to uwielbiamy). Może zaprosimy znajomych? Przecież bycie we dwoje to także dzielenie czasu z ludźmi, którzy są nam bliscy. Oboje lubimy spędzać czas w gronie przyjaciół. Aż się cieszę na samą myśl o kolejnym takim spotkaniu!

Mogę ugotować lub upiec coś pysznego.

Jak już pisałam Wam niedawno, to jedna z moich ulubionych form spędzania czasu :) Przez żołądek do serca! Mam to szczęście, że mąż uwielbia moją kuchnię. Dzieci bywają w tej kwestii nieco bardziej wybredne ;) Na szczęście przeważnie wracają do domu już najedzone, więc tak naprawdę gotuję dla nas dwojga. Dziś w planach naleśniki :)

Możemy zaplanować wycieczkę.

Tak naprawdę, kiedy zastanawiałam się ostatnio, o czym jeszcze marzę, co jeszcze chciałabym przeżyć wspólnie z tym wyjątkowym mężczyzną, dość szybko przyszło mi do głowy, że chciałabym zwiedzić z nim wiele miejsc, w których jeszcze nie byliśmy. Ostatnio nie mieliśmy zbyt wiele okazji, by podróżować, mam jednak nadzieję, że wkrótce uda nam się to zmienić. Jest jeszcze tak wiele świata do zobaczenia!


Mogłabym jeszcze długo wymieniać pomysły, ale darujcie, muszę zachować jeszcze w zanadrzu coś, co będzie dla niego niespodzianką :) Rozumiecie, zamierzam podejść poważnie do kwestii zdobycia mężczyzny moich marzeń, a to zakłada też działanie z zaskoczenia!

piątek, 31 stycznia 2020

Sposób na apetyczne blond ciacho.



Słyszałam niedawno, że jednym z najczęstszych grzechów blogerów, które sprawiają, że czytelnik porzuca ich tekst, jest pisanie wstępu nie na temat. Zatem, by tego grzechu uniknąć, podkreślę od razu, iż w niniejszym wpisie znajdziecie przepis na ciacho. I to nie byle jakie, bo duże, słodkie, apetyczne blond ciacho i do tego jeszcze marchewkowe. A nawet trochę imbirowe :)

Wiecie być może, na czym polega specyfika ciast typu brownies i podobnych do nich blondies? Cóż, one są takie trochę wilgotne. Bardzo lubię je piec, bo są łatwe do przygotowania i pyszne, ale zawsze po upieczeniu mam pewien dylemat: czy ono na pewno się udało? Blondyn, którego za chwilę Wam przedstawię, nie jest typowym przedstawicielem swojego gatunku, bo trochę zmieniłam mu proporcje. Konkursu na najlepszego cukiernika miesiąca pewnie bym z nim nie wygrała, niemniej jestem z niego całkiem zadowolona.

Ciasto:

1 szklanka mąki
1 szklanka cukru
1 szklanka drobno startej marchwi
4 jaja
kostka masła
łyżka miodu
łyżeczka sody oczyszczonej
łyżeczka proszku do pieczenia
cynamon, imbir

Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę. Stopniowo dodajemy po jednym jajku, potem mąkę z proszkiem do pieczenia i sodą oczyszczoną, na końcu marchew i przyprawy. Pieczemy w temperaturze ok. 160 stopni, aż patyczek wbity w ciasto będzie suchy (u mnie to trwało ok. 50-55 minut).

Ciasto wyrosło całkiem ładnie, jak na blondie, niestety zrobiłam błąd przy krojeniu go na pół - a wydawało się, że idzie mi łatwiej niż zwykle! Trochę za bardzo go ścięłam. Zamiast postawnego blondyna wyszedł bałaganek ;) Ale wszystko da się uratować za pomocą kremu i polewy :)

Krem: 

1 (lub więcej) opakowanie naturalnego serka śmietankowego
1 łyżka miodu

To ostatnio mój ulubiony krem, bajecznie prosty, a spełnia zadanie. Z jednego opakowania serka powstaje nieduża ilość kremu, jeśli chcecie obficie posmarować nim ciasto, warto rozważyć zwiększenie ilości.
Tym razem do kremu dodałam również trochę cynamonu.

Polewa:

puszka masy kajmakowej,
odrobina mleka
szczypta soli
nieco startej marchwi

Podgrzewamy i łączymy wszystkie składniki poza marchwią, którą dodajemy na samym końcu. Muszę przyznać, że ten pomysł z surową marchwią to totalny eksperyment! Nie wiem, czy jeszcze go nie pożałuje, np. czy po kilku dniach polewa nie stanie się niejadalna. Ale jest na to prosty sposób - nie pozwolić blondynowi czekać aż tak długo na konsumpcję ;)

Polewamy ciasto obficie ciepłą masą i robimy esy floresy - loki - widelcem. Nasz blondyn ma bujną czuprynę!


Dodatkowo posypałam go wiórkami białej czekolady. Mam nadzieję, że nie będzie teraz za słodki! Ale prezentuje się jeszcze lepiej.
Wygląda tak czarująco, że aż szkoda go jeść :) Ale powiem Wam w sekrecie, że smakuje przepysznie!

poniedziałek, 27 stycznia 2020

"Siedmiodniowa kolekcja rzeczy ważnych" Agaty Matraś.


Zadziwiająca jest ta książka.


Niby dla dzieci, a jakoś wydaje mi się, że dorośli docenią ją równie mocno, może nawet bardziej.

Kiedy ją czytałam, z jednej strony czułam się tak, jakbym wróciła do czasów dzieciństwa i do moich bardzo dziecięcych zachwytów nad rozgwieżdżonym niebem, słońcem zachodzącym nad wodą czy grzybami znalezionymi w lesie. Z drugiej strony - przypomniały mi się całkiem niedawne rozważania dorosłej już Siódemki nad moimi ulubionymi widokami, melodiami, książkami. W każdym razie, pochłonęłam "Siedmiodniową kolekcję rzeczy ważnych" tak, jak się czyta świetną książkę, która coś w czytelniku porusza i inspiruje. Niezależnie od wieku czytelnika.

To zaledwie 20-stronicowa książka, z czego połowę stanowią ilustracje. (Przepiękne, nawiasem mówiąc!). Choć tak naprawdę stron jest więcej - gdy już kończy się siedmiodniowa kolekcja bohaterki książki, autorka zachęca nas do tego, żebyśmy sami stworzyli własną kolekcję. Puste strony znalazły się tam po to, by zapełnił je czytelnik.

Ale o co chodzi z tą kolekcją?


Już wyjaśniam. Bohaterka książki, której imienia nie poznajemy, za namową taty postanawia przez siedem dni gromadzić kolekcję. Chce sprawdzić, czy spodoba jej się kolekcjonowanie. Ponieważ trudno jej się zdecydować, jaki charakter powinna mieć jej kolekcja - bo przecież tak wiele jest rzeczy ważnych w jej życiu! - postanawia stworzyć kolekcję rzeczy ważnych.



Ważne jest niebo o zachodzie słońca, z chmurą w kolorze sukni Kopciuszka.
Ważna jest piosenka, którą nuci mama, taka z mruczącym ehrrr.
Ważne jest to uczucie, kiedy jest już po czymś, czego się obawiasz, na przykład po wizycie u dentysty.

Ważnych rzeczy jest oczywiście więcej, ale nie napiszę Wam o wszystkich. Nie chcę Wam odbierać przyjemności odkrywania ich samodzielnie!

Myślę, że byłoby wspaniale, aby na pewnym etapie życia każdy człowiek - mały i duży - stworzył swoją kolekcję rzeczy, które są ważne dla niego. I zachował ją na zawsze, czy w zeszycie, czy w albumie ze zdjęciami, czy po prostu w sercu.

Autorką książki oraz ilustracji jest Agata Matraś, której prace możecie podziwiać między innymi na stronie Gackolandia - rysunki Agaty Matraś. Och, jak ja kocham taki styl rysowania! Bez maniery, bez pseudo-artystycznych udziwnień, po prostu piękne, przyjemne dla oka kompozycje. Wspominałam Wam już kiedyś, że jestem wybredna, jeśli chodzi o ilustracje. Styl Agaty Matraś naprawdę trafił w mój gust.




To tyle z mojej strony. Pozdrawiam Was i pędzę pracować nad własną kolekcją! ;)

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki składam serdeczne podziękowania wydawnictwu Dziwny Pomysł.

czwartek, 23 stycznia 2020

W zeszłym roku miałam więcej czasu.


Wpisałam właśnie ten tytuł, trochę przewrotny, trochę zgodny z rzeczywistością, i zastanawiam się: czy okaże się dla Was zachęcający? Czy raczej będzie strzałem w kolano? Przyznam, że może trochę niewystarczająco staram się Wam przypodobać. Ale chyba taką mnie lubicie ;)

Prawie kończy się styczeń, czy warto jeszcze oglądać się wstecz, na ten miniony 2019? Z jednej strony - na pewno nie warto. Jak mówi stara żydowska maksyma, użyta przez Olgę Tokarczuk w jednej z jej powieści: "Bóg stworzył człowieka z oczami z przodu, a nie z tyłu głowy, co znaczy, że człowiek ma się zajmować tym co będzie, a nie tym co było". Z drugiej strony, to był bardzo piękny rok, który z pewnością wiele mnie nauczył. Z chęcią wrócę do pięknych wspomnień :)

Kto planuje, ten realizuje :)


Patrzę na bogatą listę moich zeszłorocznych postanowień - i znowu mam ochotę przybić sobie piątkę. Komplet, no może prawie komplet, o czym za chwilę powiem więcej. Wnioski z minionych dwóch lat są takie, że ja po prostu muszę postanawiać, jak najwięcej, jak najbardziej konkretnie, bo wtedy to się uda.

Pisałam, i to dużo, o czym mogliście przeczytać tutaj. Pisanie książki praktycznie zdominowało cały rok. Pozowałam do zdjęć, choć na pewno znacznie rzadziej niż we wcześniejszych latach. Za to 2020 zaczął się pod tym względem rewelacyjnie, przepiękną sesją :) 
Fot. Andrzej Dymek

Fot. Marta Szopińska "Serce w obiektywie"
Fot. Marcin Bieniek

Celebrowanie każdego dnia w dużym stopniu się udało. Widzę tutaj mój błąd w sformułowaniu tego postanowienia. Nie da się celebrować każdego dnia, tak każdego każdego. Czasem masz tyle zajęć, że po prostu braknie Ci siły na celebrowanie. A czasem zwykła codzienna rutyna i czas spędzony z rodziną to coś, co Cię w pełni satysfakcjonuje i naprawdę nie trzeba Ci więcej. A czasem też nie masz kasy, oto brutalna rzeczywistość :D

Jednak staranie się o to, by wycisnąć z każdego dnia to, co w nim najlepsze, pokazało mi bardzo ważną rzecz. Mianowicie: co najbardziej lubię robić? Co jest dla mnie najlepsze? I uwaga, drodzy Państwo, będzie coming out: uwielbiam gotować! I piec, i smażyć, generalnie uwielbiam robić jedzenie. A właściwie to najbardziej lubię jeść :D Zobaczcie, jakie cuda gościły na moim stole w 2019 roku:

Tu znajdziesz przepis :)
Tu znajdziesz przepis :)
Tu znajdziesz przepis :)


Święta u moich rodziców - spędzone! Przeżyte w cudownej atmosferze, za jaką tęskniłam od lat. 



Czy dogadałam się z Robertem? Zasadniczo tak, bo nie ma porównania, jak bardzo w ciągu tego roku poszerzyło się jego słownictwo. O wiele łatwiej teraz z nim porozmawiać, ustalić coś. Nadal są kwestie, nad którymi musimy pracować. Ale wiem, że damy radę - dzięki miłości, cierpliwości i słuchaniu jego potrzeb. Zero, słuchajcie, zero przemocy! Były takie chwile, kiedy miałam odruch, by podnieść rękę. Musiałam się powstrzymywać. Bo mam to wdrukowane, bo jestem w jakimś stopniu nauczona, że tak się reaguje, gdy dziecko doprowadza rodzica do szału. BZDURA. NIE MA SYTUACJI, KTÓRA MOGŁABY USPRAWIEDLIWIĆ UŻYCIE PRZEMOCY WOBEC DZIECKA, I BĘDĘ O TYM PISAĆ, MÓWIĆ, KRZYCZEĆ, BO OSTATNIE DNI POKAZUJĄ, ŻE NADAL JEST TO KONIECZNE.

Ulżyło mi.

Co dalej z listą moich postanowień? Remont łazienki - zrobiony!



Organizowałam imprezy, po jednej z nich miałam w głowie "nigdy więcej", następna jednak pokazała mi, że da się to zrobić w sposób bezbolesny dla nikogo włącznie z gospodynią i jej dziećmi :) Musicie wiedzieć, że przy dwójce małych dzieci organizacja imprezy jest karkołomnym zadaniem, zwłaszcza wtedy, gdy nikt z gości nie rwie się do pomocy (co oczywiście jest zrozumiałe, nie po to przyszli, by dzieci zabawiać). O ile dość łatwo było dostroić rytm wieczoru do jednego dziecka, to jednak, gdy jest ich dwoje i każde z nich ma swoje potrzeby, staje się to prawie niemożliwe. Jednak urodziny chłopców przebiegły we wspaniałej atmosferze, no i muszę też wspomnieć o cudownym Sylwestrze! Wiecie, jakich mieliśmy gości? Odwiedziła nas Mama Pod Prąd z rodziną!

(Zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę, ale darujcie, nie wrzucę jej :) Ustawiliśmy się na tle chyba najgorszej ściany w całym domu...)

Odzyskałam formę po ciąży. To jeden z największych sukcesów minionego roku. Czuję się zdrowa i pełna sił :)

Zdjęcia do wywołania - wybraliśmy i wywołaliśmy! Na naszej ścianie pojawiła się piękna kolekcja :)


Co działo się na blogu?


Znowu Was przybyło :) Nowy Rok przywitał mnie okrągłą liczbą 600. Pamiętam czasy, kiedy taka ilością polubień wydawała mi się daleko poza moim zasięgiem. Dziękuję, to naprawdę wspaniałe, że tu jesteście.

Najczęściej czytany tekst? Ten o szkodliwym przekazie w piosenkach dla dzieci. Zaskoczyliście mnie tym wyborem, bo poruszałam też bardziej nośne tematy. Ale cieszę się, że to dla Was takie ważne, jakie treści są przekazywane dzieciom. Mam wrażenie, że jedna rzecz zmienia się w naszym świecie zdecydowanie na lepsze - zaczęliśmy się bardziej wsłuchiwać w potrzeby dzieci. Choć oczywiście, wiele jest jeszcze w tej kwestii do zrobienia.



Najczęściej komentowany tekst? Bez wątpienia tekst o akcji "Brzuszkowy Mikołaj" :) Ogromnie dziękuję Wam za pomoc w rozpropagowaniu akcji!



A najmniej czytany? ;) Sprawdziłam z ciekawości. Okazało się, że dwa przepisy kulinarne pod rząd to zdecydowanie nie było to, czego oczekujecie od tej strony. Ale słuchajcie, to ciasto było naprawdę pyszne! Naprawdę! Przepyszne! :)



Zdecydowałam się umieścić w tym podsumowaniu jeszcze jeden tekst. Nie wywołał intensywnych dyskusji ani znaczącej reakcji, znajdzie się tu jednak dlatego, że jest jednym z moich ulubionych. Naprawdę żałowałabym, gdybyście go przegapili. "Jeśli to czytasz po latach...".



W minionym roku wiele rzeczy robiłam po raz pierwszy. Zaprosiłam do współpracy wiele wspaniałych osób, w tym moją mamę, mojego najlepszego przyjaciela, a także m.in. przesympatyczną blogerkę Adriannę Złoch, która napisała dla mnie tekst gościnny.

Po raz pierwszy nadawałam dla Was na żywo! Lubię do Was mówić, w sumie chętnie umówię się z Wami na jeszcze jedno spotkanie :)



Wspominałam o tym wielokrotnie, ale podsumowanie roku nie byłoby pełne bez tej wzmianki - znalazłam się w rankingu SHARE WEEK 2019 jako blogerka przebijająca się z nisz, a także otrzymałam wyróżnienie w konkursie "BLOGS from HEART". Możecie sobie wyobrazić, jaka to dla mnie radość, skoro ciągle o tym piszę! ;) Nie ukrywam, że chciałabym, by to się powtórzyło. Jak każdy, nie lubię robić kroku w tył. Zależy mi na tym, by iść do przodu. Będzie mi miło, jeśli będziecie o mnie pamiętać również i w tym roku :)

Ciąg dalszy nastąpi ;)


Mam Wam dużo do powiedzenia, pomimo tego, że tak mało się ostatnio odzywałam. Chcę Wam napisać o najważniejszych rzeczach, których ostatnio się nauczyłam i o tym, czego ciągle się uczę. 

Chcę Wam powiedzieć, dlaczego moje najważniejsze tegoroczne postanowienie brzmi: W roku 2020 zdobędę mężczyznę moich marzeń ;) i w ogóle, chcę się z Wami podzielić moimi postanowieniami, bo jak widać - to działa :) 

W przygotowaniu mam też recenzję ciekawej książki dla dzieci, a także tekst o sprawach, o których niechętnie mówimy, choć dotyczą każdej kobiety

Na pewno będę też pisać dużo o moich dzieciach :) Od czasu do czasu wspomnę też coś o pisaniu książki - to dla mnie właściwie trzecie dziecko!

Mam Wam dużo do powiedzenia, ale to już nie dzisiaj. Bądźcie tu ze mną, to przeczytacie :)

czwartek, 9 stycznia 2020

"Zaskroniec i Pudel" - przeczytaj i pomóż zwierzakom w potrzebie!


Co wiecie o zaskrońcach?


Ja wiedziałam niewiele, dotąd nie interesowałam się tymi zwierzętami. Tymczasem z bajki "Zaskroniec i Pudel", opublikowanej przez Katarzynę Wierzbicką w aplikacji Book Szpan, można się dowiedzieć całkiem sporo na ich temat. Zresztą, nie tylko na temat zaskrońców. Wiedza podana jest przez autorkę w bardzo przyjemny sposób, dzięki rozmowom występujących w bajce zwierzątek, które opowiadają sobie nawzajem o swych zwyczajach. Ale jak to się stało, że mogą do siebie mówić, skoro należą do różnych gatunków?

"A ponieważ jestem bajkowy, to mogę z tobą spokojnie porozmawiać", stwierdza mały zaskroniec w dialogu z równie bajkową pszczółką. I wszystko jasne :)

Myślę, że nie byłoby złym pomysłem, gdyby "Zaskrońca i Pudla" czytano w szkołach w ramach edukacji przyrodniczej :) Jednak to nie ciekawostki o zwierzętach, choć niewątpliwie cenne, przesądzają o wartości i uroku tej bajki. Najważniejsza jest tutaj historia, chwytająca za serce tak mocno, że ja, dorosła osoba z pewnością znacznie starsza od docelowego czytelnika, miałam łzy w oczach. Jest to historia przyjaźni zaskrońca z małym pudelkiem, który szuka swoich właścicieli. Jego pan rzucił mu kaczuszkę bardzo daleko i odjechał...

Z relacji kochającego, wiernego pieska wyłania się nam prawdziwy przebieg zdarzeń, w którym nie ma nic bajkowego, i niestety też nic rzadko spotykanego. Zawsze porusza mnie, gdy czytam o cierpieniu psów, a w bajce o zaskrońcu i pudlu to cierpienie jest opisane bardzo autentycznie. Tęsknota, niezrozumienie, ufność i przywiązanie... Historia nieszczęśliwego pudelka ma jednak szczęśliwe zakończenie. Bajkowe - bo to przecież bajka.

Book Szpan


Wspomniałam na początku, że bajkę "Zaskroniec i Pudel" można przeczytać w aplikacji Book Szpan. A co to właściwie jest, może zapytacie? Jej pomysłodawczynią jest Julia Górecka, studentka V roku wrocławskiego ASP. Za pomocą aplikacji realizuje swój projekt magisterski, który jest zarazem akcją społeczną. 

Jak możemy przeczytać na stronie akcji, jej cele to:
  • uwrażliwianie dzieci,
  • pomoc zwierzęcym fundacjom,
  • promowanie zdolnych pisarzy i ilustratorów.
Co miesiąc na stronie pojawia się kolejna bajka, nie wątpię, że równie piękna i pouczająca jak "Zaskroniec i Pudel". Aby ją przeczytać, wystarczy wpłacić 9 zł (lub więcej) na konto wybranej fundacji zajmującej się zwierzętami w potrzebie. Strona umożliwia wybór jednej spośród dziesięciu fundacji. Jeśli ich nie znasz - bez obaw, po kliknięciu w logo organizacji możesz przeczytać krótki opis jej działalności. 

Strona działa w sposób przejrzysty i intuicyjny, samo dokonanie opłaty trwa może minutę i nie powinno sprawić nikomu problemu. Aplikacja prowadzi nas za rękę przy każdym kroku. Dziewięć złotych? Wiem, że kwota, choć niewielka, może w pierwszej chwili odstraszyć odbiorcę, przyzwyczajonego do mnóstwa darmowych treści dostępnych w Internecie. Jednak, gdy się zastanowisz - czy 9 złotych to wysoka cena za piękną, wartościową bajkę, dzięki której możesz przy okazji pomóc porzuconym pieskom, bezdomnym kotom lub cierpiącym zwierzętom hodowlanym? Myślę, że nie. Dla Ciebie to mała, nieznacząca kwota, dla każdej z tych fundacji - wartościowa cegiełka, którą z pewnością wykorzystają najlepiej jak tylko się da.

Book Szpan daje też dzieciom pole do kreatywnej zabawy. Mogą one wziąć udział w konkursie. Po przeczytaniu bajki mają możliwość narysowania ilustracji do niej i napisania, czego się z niej nauczyli. Choć nie jestem dzieckiem, myślałam nad wzięciem udziału, bo w końcu nauczyłam się co nieco na temat zaskrońców :) Jednak ilustrowanie nie jest moją mocną stroną, więc odpuściłam. Zdecydowanie daleko mi pod tym względem do pani Sylwii Tracz, która zilustrowała bajkę "Zaskroniec i Pudel".

Ilustracja autorstwa Sylwii Tracz
Zdjęcie zaczerpnięte z fanpage Book.szpan

Autorka oraz ilustratorka.


Właśnie, właśnie. Trochę od tyłu piszę dziś tę moją recenzję. Może powinnam zacząć od tego, kim są Katarzyna Wierzbicka, autorka bajki, oraz Sylwia Tracz, ilustratorka?

Nazwisko Kasi pojawiło się już na moim blogu, i to całkiem niedawno :) Kasia jest autorką wspaniałej książki "O królewiczu, który się odważył", której recenzję mogliście u mnie przeczytać. Znacie ją też jako autorkę bloga Madka roku. Jeśli nie znacie, to powtarzam po raz kolejny, najwyższy czas poznać!

Sylwia Tracz to absolwentka wrocławskiego ASP na kierunkach malarstwo i grafika. Na co dzień pracuje jako graficzka i ilustratorka, odpowiada za oprawę graficzną imprez Miejskiej Biblioteki Publicznej we Wrocławiu. Na Facebooku prowadzi stronę Świat ilustrowany. Warto zajrzeć!


Mam nadzieję, że zachęciłam Was do tego, by zajrzeć na stronę akcji Book Szpan. Dobre pomysły należy wspierać, tak samo jak znakomitych autorów bajek i uzdolnionych ilustratorów. A pod tym adresem, moi drodzy, znajdziecie ich sporo, i to co miesiąc nowych! :)

piątek, 3 stycznia 2020

Rok pisarki - podsumowanie roku 2019.



W jednej z wielu dyskusji, które toczyłam w minionym roku na temat pisania, spotkałam się z sugestią, że nie powinnam mieć oporów przed nazywaniem siebie pisarką, nawet jeśli jestem jeszcze przed debiutem. Zatem teraz podsumuję rok 2019 jako pisarka. A powiem Wam, że pisanie książki faktycznie zdominowało ten rok. Zdarzały się - sporadycznie - dni, w których nie pisałam, wyłącznie z powodu braku czasu. Z pewnością jednak nie było w tym roku ani jednego dnia, kiedy nie myślałam o książce, postaciach i opowiadanej przeze mnie historii. 365 dni z kilkunastoma osobami, które ciągle gadają w mojej głowie - czy to nie szaleństwo? :)

Nie wiem, czy znajome mi osoby, które też piszą, zgodzą się z tym stwierdzeniem, ale - wydaje mi się, że pisarz to taki ktoś, kto bardzo często czuje się śmieszny. Ja wielokrotnie mam poczucie, że narażam się na śmieszność. Od ponad roku stale siedzę z zeszytem i coś w nim skrobię. Codziennie. A ukończenie książki to nie wszystko, jest jeszcze cały żmudny proces redakcji, niekończące się poprawki, wreszcie - wysłanie tekstu do wydawnictw i znów kolejne długie miesiące oczekiwania na odpowiedź. A potem, gdy otrzymasz odpowiedź pozytywną... znów trzeba czekać! Pisarz to osoba, która ciągle tylko pisze i czeka :) Jeśli znacie kogoś, kto zachowuje się podobnie, proszę, postarajcie się pomyśleć o nim z nieco większą powagą. Ten zabawny człowieczek naprawdę nad czymś pracuje, i może się zdarzyć, że będzie to coś dobrego!

W podsumowaniu roku z pisaniem pomogła mi Marta Łysek, której "Listy od M." subskrybuję. Odpowiedziałam na pytania postawione przez nią w najnowszym liście. Korzystając z okazji, chciałabym gorąco polecić Wam Martę i jej listy. Mnóstwo świetnej motywacji i praktycznych wskazówek dla osób, które piszą!

1. Co w tym roku dało Ci najwięcej radości?


Pierwsze pytanie - i od razu dylemat nie do przejścia :) W tym roku spotkało mnie tak wiele cudownych chwil związanych z pisaniem, jak wyróżnić jedną z nich? Może to chwila, gdy bliska mi osoba oceniła pozytywnie to, co napisałam? Może chwila, gdy czytelniczka podziękowała mi za wykreowaną przeze mnie postać? Może rozmowa z szefową wydawnictwa, której spodobała się przesłana przeze mnie propozycja? Może któreś ze spotkań ze wspaniałymi pisarkami poznanymi przez Internet, np. podczas Targów Książki w Krakowie lub w Katowicach? Może wiadomość od wymagającej redaktorki, która oceniła moje opowiadanie jako "piękne"?

Nie jestem pewna, ale chyba wygrywa chwila, kiedy napisałam słowa "KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ" w moim rękopisie, czyli skończyłam pisanie pierwszego tomu książki. Ha, słowo koniec było bardzo na wyrost, bo czeka mnie jeszcze dużo pracy nad tym tekstem :)


2. Czego na pewno nie chcesz powtarzać?


Nigdy nie mów nigdy ;) Ciężko mi było wskazać coś, czego na pewno nie chcę powtarzać, bo nawet jeśli niektóre doświadczenia nie były łatwe, to jednak czegoś uczyły. Ale jest taka rzecz. Nie chcę już nigdy zmarnować możliwości udziału w warsztatach literackich. Zdecydowałam się zapisać na nie, ale rozmaite okoliczności - na czele z kapryśną weną i trudnościami technicznymi - sprawiły, że moje uczestnictwo było niemal wyłącznie bierne. Szkoda.

3. Z czego rezygnujesz?


Na ten moment - z udziału w warsztatach, kursach i innych tego typu rzeczach. To wynika z poprzedniego punktu. Jeśli nie jestem w stanie się w to włączyć tak, żeby obie strony skorzystały, to naprawdę szkoda czasu, pieniędzy i miejsca, które mógłby zająć ktoś bardziej aktywny.

4. Co chcesz zrobić jeszcze raz?


Na pewno niejeden raz chcę spotkać się ze wspaniałymi osobami, które poznałam w tym roku. Z pisarzami, z przedstawicielami wydawnictw. Wiecie, to jest tak, że od lat próbuję swoich sił w pisaniu, ale w tym roku po raz pierwszy poczułam się częścią pisarskiej społeczności.


5. Kto w tym roku był najważniejszy dla Twojego pisania?


Ha! Trudne pytanie, a ponoć każda odpowiedź jest prawidłowa. Kto zatem był najważniejszy? Postacie, o których piszę. A dokładnie dwie spośród nich, dziewczyna i chłopak, na swój sposób bardzo do siebie podobni i może dlatego wyjątkowo sobie bliscy. I oboje bardzo kłopotliwi dla autorki ;) Jeśli kiedyś przeczytacie moją książkę (jeśli jakimś cudem się ukaże), chciałabym Was prosić, żebyście dali im szansę, nawet jeśli nie czytacie takich rzeczy, nie uznajecie takich książek. Nie twierdzę, że wszystko napisałam dobrze - wręcz przeciwnie! - ale oni naprawdę mi się udali.

Spotkałam się ostatnio z takim zdaniem: Najważniejsza jest ta osoba, o której myślisz przed zaśnięciem. Cóż, zatem jeśli nie myślałam akurat o mężu lub o dzieciach, to z pewnością o kimś z tej dwójki :D

6. Która porażka była najcenniejsza?


Trudne pytanie. Widzę, jak autorzy bardziej doświadczeni ode mnie wspominają z rozrzewnieniem czasy, kiedy dostawali po pisarskim tyłku i jak bardzo to pomogło im się rozwinąć. Widzę i czuję, że jestem jeszcze na wcześniejszym etapie. Ja po prostu dostaję po tyłku :) Brakuje mi poczucia, że moje porażki czegoś mnie uczą. Może tylko cierpliwości i pokory ;)

Ale było coś takiego, co mogę uznać za cenną porażkę. Jedna z beta-czytelniczek bardzo ostro skrytykowała mój tekst, co - wraz z późniejszą burzą mózgów z koleżankami po piórze - zmotywowało mnie do decyzji o podzieleniu wspomnianej części pierwszej na dwa jeszcze krótsze tomy. Co za tym idzie, musiałam przemyśleć znaczenie poszczególnych wątków, zastanowić się nad scenami, które warto dopisać, słowem, uporządkować i doszlifować to, co już napisałam. Czyli - wyszło mi na dobre.

7. Z czego czujesz największą dumę?


Czuję się dumna z tego, że oswoiłam wewnętrznego krytyka. Ostatecznie żadne z potknięć, których było więcej, niż możecie sobie wyobrazić, nie zablokowało mnie na dłużej niż jeden dzień. Nie wyrzuciłam książki do śmieci, choć wielokrotnie miałam na to ochotę. (Ale jeśli kiedyś to zrobię, bez obaw, mam mnóstwo kopii zapasowych) :D 

I pytanie gratis: Komu i za co chcesz okazać wdzięczność?


Uwielbiam dziękować, więc to dla mnie bardzo przyjemne pytanie :) Nie mam pojęcia, czy te osoby życzą sobie, bym je wymieniała z nazwiska, stąd tylko imiona. 

Przede wszystkim, Andrzej - za nieocenioną, mrówczą pracę przy przepisywaniu moich rękopisów, za żywe zaangażowanie w akcję, dyskusję nad motywacjami postaci, nieraz otwierające mi oczy na zupełnie nowy punkt widzenia. Za to, że jesteś moim pierwszym beta-czytelnikiem, nadspodziewanie wymagającym i pomocnym, a przy tym ogromnie wspierającym. Dajesz mi wiarę i siłę.

Kasia - osoba, która zdominowała mój pisarski rok 2019, wraz z inną Kasią, moją bohaterką :) Nie znam osoby, która potrafiłaby równie mocno zarażać pasją i motywować. Powiedziałaś mi wiele ogromnie ważnych rzeczy, ale chyba najbardziej przemówiło do mnie to, że ta historia sama do mnie przyszła i mnie wybrała. Dzięki za zaangażowanie, podpowiedzi i za pokochanie moich bohaterów.

Paulina - osoba, która chyba najlepiej rozumie, na jakie szaleństwo się porwałam, pisząc tę książkę - i szaleństwo jest tu wyjątkowo dobrym słowem... Uwielbiam Twoje uważne czytanie, wnikliwe spostrzeżenia i otwieranie mi oczu, gdy trzeba.

Natalia - osoba w wieku moich bohaterów, która pomogła mi poczuć się pewniej w pisaniu o młodzieży :) Dzięki za Twój entuzjazm!

Agnieszka - za pierwszą fachową konsultację i bardzo życzliwe podejście do moich wymysłów :)

Patrycja - to chyba Ty nauczyłaś mnie najwięcej, jeśli chodzi o redakcję. Oswoiłaś mnie z nią.

Mania - za punkt szósty.

Alicja, Marta, Aleksandra, Magda, Agnieszka i wszystkie Wojowniczki - za burzę mózgów i za danie mi szansy.

Ela - kochana Ty moja, wspominam o Tobie tak często, że może darujesz mi to, że teraz w pierwszej wersji tego tekstu zapomniałam ;) Dziękuję za przeczytanie mojej książki, za długie dyskusje i sugestie, i za to, że wiesz o mnie tyle zawstydzających rzeczy ;)

Krzysztof - za fachową pomoc, gdy o nią poprosiłam, a także za wyłowienie mnie z tłumu i bardzo obiecujące plany pisarskie na rok 2020 :)

Ewa - za przeczytanie mojej książki i za świetną polecajkę :)

Kasia (jeszcze jedna!) - za naszą korespondencję, która dała mi bardzo dużo radości i wiary. Zobaczymy, jak będzie :)

Kasia (jeszcze jedna! Co ja mam z tymi Kasiami?), Kinga, Krzysia, Edyta, Małgosia, Magda, Marta, Emilia i mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałam - za potężna dawkę fachowej wiedzy, treningu i poczucia wspólnoty.

Wiecie, to bardzo przyjemne, gdy można podziękować tak wielu wspaniałym osobom!
Wam, drodzy czytelnicy, również dziękuję - za przeczytanie tego długiego tekstu :) Dla niektórych z Was to, o czym piszę, to pewnie istna egzotyka. Cieszę się, że towarzyszycie mi w moich zmaganiach. Może kiedyś będziecie ze mnie dumni. Może jeszcze w tym roku :)