czwartek, 16 marca 2017

Nie Ty jedna miałaś taki poród.

Tak, wiem, moje wpisy nie układają się zbyt chronologicznie: niedawno pisałam o pierwszych trzech miesiącach życia dziecka, a teraz o porodzie. Ale cóż, nie prowadzę dzienniczka, a do tego uwielbiam podróże w czasie :)

13 grudnia 2016 roku o godzinie 5:05 wyjęto z mojego brzucha cztery kilogramy dziecka.

Co wtedy czułam? Bardzo wiele różnych rzeczy. Po pierwsze, było mi strasznie zimno i miałam dreszcze utrudniające oddychanie - trochę za wcześnie zrezygnowałam z podawanego mi tlenu. Ale to nie było takie ważne. Czułam przede wszystkim ulgę, że już mnie nic nie boli i że wreszcie ktoś zajmuje się mną z prawdziwą troską i zaangażowaniem. Czułam się też spokojna i pogodzona z losem: choć zależało mi na porodzie siłami natury, to jednak miałam różne obawy, czy na pewno temu podołam. Kiedy w końcu po całej nocy bólu wylądowałam na stole operacyjnym, pomyślałam sobie, że tak miało być, że od początku ten stół był mi pisany. 
Oczywiście czułam też, nieco przytłumioną przez zmęczenie, radość z tego, że już za chwilę spotkam się z moim synkiem twarzą w twarz.

Te pozytywne uczucia były na tyle silne, że niemal całkowicie przyćmiły te inne, które jednak też się pojawiły.
Uczucie, że zawiodłam.
Uczucie, że nie dałam rady.
Uczucie, które wydaje się absurdalne, ale zapewniam Was, że było prawdziwe: że nie umiem, nie umiałam urodzić mojego dziecka.

Wiecie, nie jestem największą fanką mojej osoby. Jak mi coś nie wyjdzie, to zawsze to zauważam. No, a teraz mi poród nie wyszedł.

Jak to się stało?


Przygotowywałam się do porodu najlepiej, jak potrafiłam. Dzięki szkole rodzenia miałam dobre nastawienie, ale też pewne oczekiwania. Wypytywałam rodzinę, koleżanki. Z perspektywy czasu myślę, że nikt nie chciał mnie straszyć i dlatego też te wszystkie opowieści wydawały mi się dość lekkostrawne. Nie wiem, jakim cudem przy całym moim zagłębianiu się w temat nie trafiłam wówczas na opis porodu podobnego do mojego własnego. Później znalazłam ich mnóstwo.

Nie byłam przygotowana na to, że praktycznie od początku do końca akcji będę mieć nieregularne skurcze. Nie byłam przygotowana na to, że najpierw przez wiele godzin będę mieć za małe rozwarcie, a potem nagle za duże i w efekcie nie dostanę znieczulenia. Absolutnie nie dotarło do mnie, że przez większość czasu będę zupełnie sama, zdana tylko na siebie i swoje liczenie, co ile minut mam te nieszczęsne skurcze, a wynik liczenia po każdym skurczu będzie inny. Jako osoba dość odporna na ból nawet nie myślałam o tym, że ból będzie ponad moje siły. Spodziewałam się współpracy, pomocy, a w efekcie wyglądało to tak, że kilka osób wpatrywało się ze zniecierpliwieniem między moje uda i zastanawiało się głośno, czemu jeszcze tego dziecka nie wypchnęłam i przekonywało mnie co chwilę do przewracania się z boku na bok, bo dziecko źle ułożone. Słyszałam, że muszę pomóc dziecku przyjść na świat, a jedyne, na co miałam siłę przy krótkich, ale potwornych skurczach to próbować jakoś przetrwać ten ból. I tak to było. Kiedy zapytano mnie, czy zgadzam się na cięcie cesarskie, moje "TAK!" było prawie radosne.

To nie była moja wina.


Kiedy po trzech miesiącach patrzę na to, co się stało na sali porodowej, przypomina mi się jeszcze jedno wydarzenie, dużo starsze. Kiedy miałam siedem lub osiem lat, usunięto mi trzeci migdał. Po operacji zostałam wypisana do domu, ale krótko później zaczęłam czuć się źle, wymiotować. Mama zabrała mnie do laryngologa. Pani doktor włożyła mi do ust patyczek, żeby obejrzeć moje gardło. Zawsze się tego okropnie bałam (i nadal nie lubię), więc zareagowałam, no cóż, tak jak kilkuletnie dziecko, które się czegoś okropnie boi. Pani doktor nie kryła niezadowolenia. A po chwili dowiedziałyśmy się, ja i mama, że muszę wracać do szpitala, bo coś jest nie tak.

Nikt mi wówczas nie powiedział tego, co dla dorosłych było pewnie zbyt oczywiste, by o tym mówić: że nie wracam do szpitala dlatego, że nie chciałam pokazać gardła. Dla mnie, najwyżej ośmioletniej, to był logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy: nie chciałam pokazać gardła, pani doktor była na mnie zła, musiałam wracać do szpitala. Mama płakała w drodze do domu, a ja się czułam bardzo, bardzo niegrzeczna. Czułam, zupełnie jak teraz, że zawiodłam.

Teraz było tak samo: nikt mi nie powiedział, że to nie moja wina. W jednej chwili zaspana i poirytowana lekarka tłumaczyła mi, że powinnam pomóc dziecku przyjść na świat, w następnej chwili jechałam na stół operacyjny. Nie było czasu na tłumaczenie, że akcja porodowa się cofa, dziecko jest za wysoko, skurcze są za krótkie i poród siłami natury stał się nierealny. Trzeba było działać, musiałam jeszcze podpisać mnóstwo dokumentów, musiałam dostać znieczulenie, nie było czasu na zbędne wyjaśnienia. Sama musiałam to zrozumieć.

Nie ja jedna miałam taki poród.


Po porodzie czytałam sporo na temat nieplanowanego cięcia cesarskiego. Znalazłam mnóstwo historii takich jak moja. I znacznie gorszych. Historia kobiety, u której zbyt późna decyzja o cięciu cesarskim spowodowała uszkodzenie macicy. Mnóstwo opowieści o tym, jak personel obecny przy porodzie zignorował spisany uprzednio plan porodu i nie przejmował się zupełnie oczekiwaniami rodzącej. Dowiedziałam się, że nieregularne skurcze to coś, co zdarza się często. Bardzo wiele porodów kończy się nieplanowanym cięciem cesarskim. Okazało się, że nie jestem jakimś wyjątkiem. 

Może miałaś podobny poród do mojego. Może inny, a równie trudny. Może czujesz się z tym źle. Dość łatwo znajdziesz w Internecie opisy przeżyć innych kobiet. Zachęcam Cię do tego. Poród to nie jest coś, co każda kobieta umie, a Ty nie. Jeśli poczytasz o doświadczeniach innych kobiet, może łatwiej Ci będzie zrozumieć, dlaczego było Ci tak ciężko.

I pamiętaj - cesarka to też poród! Nie daj się wpędzić w poczucie winy z jej powodu. Nie daj sobie wmówić, że nie urodziłaś dziecka. Urodziłaś. Popatrz, jakie duże i piękne :)
Gdybym nie wyraziła zgody na cięcie cesarskie, mojemu dziecku groziłaby śmierć z powodu niedotlenienia. Spadało mu tętno. Najlepsze, co mogłam zrobić, to zgodzić się na operację. Jeśli też miałaś cesarkę, to zapewne w Twoim przypadku było podobnie. Pamiętaj, zrobiłaś dla swojego dziecka to, co najlepsze. Nikt nie ma prawa wypowiadać się lekceważąco o tym, co przeżyłaś.

Jeśli masz ochotę podzielić się swoimi doświadczeniami, zapraszam do komentowania. Dla mnie to będzie bardzo miłe, a dla różnych czytających te słowa kobiet może okazać się również bardzo pomocne.

6 komentarzy:

  1. Napiszę z własnego doświadczenia - poród indukowany i oksytocyna zwiekszają ryzyko zakończenia porodu cesarką. Skurcze są bardziej bolesne, niewydolne, standardem jest podpięcie do aparatury ktg i niemożliwość ruchu (boli bardziej). Jest większe ryzyko niedotlenienia dziecka i innych komplikacji. To nie Twoja wina, są pewne prawidłowości - o tych nie dowiesz się na szkole rodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie przeżyłam cesarki i jakże inne mam odczucia. Niemniej jednak czuję radość ze tak do tego podchodzisz. Obracając się często gęsto w tematach porodów i koloru kup po narodzinach Amy nie poddawała mam analizie tego co czułam. Jedyne co pamiętam to to że wszyscy mi mówili że teraz jestem "mamusia". Wogole jakoś z tym nie mogłam przejść do porządku dziennego. I jak się potem dowiedziałam to też nie tylko ja. To tak jak z dowodem... Kończysz 18 lat i myślisz ze co to Ty nie zrobisz jak będziesz mieć tą zielona książeczkę w ręce. Odebrałam dowód w UM i nie stało się absolutnie nic. Tak jak po porodzie, fala miłości mnie zalała ale mama się nie czułam ani trochę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A moja mama ani trochę nie czuje się babcią ;) Ja się czasami łapię na tym, że myślę z zaskoczeniem "o kurczę, ja jestem mamą, ten maluch to moje dziecko!" :) Ale takich momentów jest niewiele. Za to często myślę o tym, że zupełnie nie zmieniłam się po porodzie. Tak jak myślałam, że nagle z niczego pojawią mi się jakieś nowe, mamusiowe cechy charakteru, tak nic takiego się nie wydarzyło. Jestem taka sama jak byłam. Cieszy mnie to, choć stanowi też niezłe wyzwanie.

      Usuń
  3. Nigdy nie poczułam się gorsza mama bo miałam planowaną cesarke od samego prawie początku. Ba pokusze się nawet ze marzyłam o niej, bylam już po kilku operacjach i wiem jak smakuje rekowalescencja. A i tak mnie zaskoczyła cala sytuacja. Podziwiam też kobiety po ns ze mają tyle samozaparcia by świadomie ten ból przyjąć. Przy jedne z operacji mialam bóle porodowe i powiedziałam nigdy więcej. Nie ma gorszych i lepszych. Liczy się to ze wydaliśmy na świat mały cud który wyrósł pod naszym sercem. Cieszę się ze mam te doświadczenia za sobą bo dzięki nim ktos inny może skorzystać z mojej wiedzy...Tak samo z Twojej. Pięknie piszesz, pisz dla mnie... dla innych tez....czesto :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Wasze komentarze to wiatr w moje żagle, możecie być pewni, że będę pisać :) Masz rację, że najważniejszy jest ten maleńki cud, który żyje dzięki swojej mamie. To sprawia, że jesteśmy wspaniałe - wszystkie!

      Usuń