poniedziałek, 17 września 2018

A może to nam się uda?


Coraz częściej pozwalam sobie na tę zuchwałą myśl. Choć boję się rozczarowania, którego doznam, kiedy okaże się, że jednak wyobrażałam sobie zbyt wiele.

Wiecie, często słyszę od różnych osób, że Robert jest wyjątkowo grzecznym dzieckiem. Ostatnio usłyszałam od pani ze żłobka, że jest "najgrzeczniejszy w grupie". Przyjmuję te słowa bez wielkiej ekscytacji - bo jak można w ogóle mówić o grzeczności w przypadku niespełna dwuletniego dziecka? - ale jednak z przyjemnością. Jest mi zwyczajnie, po ludzku miło, że mój synek jest pogodny i kontaktowy - bo o to właśnie chodzi z tą jego grzecznością. Przeważnie nie doszukuję się w tym jakichś wielkich moich zasług jako matki, ale przyznam, coraz częściej zdarza mi się tak myśleć. Że to bliskość i czułość, którą dawałam mu od pierwszych dni, tak pięknie teraz procentuje. Że jego pogodne usposobienie kształtowało się dzięki mojemu spokojowi i pozytywnemu nastawieniu.

Może życie zweryfikuje moje naiwne myślenie. Może moje drugie dziecko będzie zupełnie inne niż Robert i żadna porcja czułości i uśmiechów nie zmieni go w pogodnego aniołka. Mimo to pozwalam sobie coraz częściej na zuchwałą myśl: a może faktycznie robię to dobrze?

Wychowuję moje dziecko bezstresowo.


Heh, w sumie mogę tak powiedzieć :) Choć moje skojarzenia z pojęciem wychowania bezstresowego są pewnie podobne do Waszych... Ale po pierwsze, stres nie należy do uczuć, które chciałabym wzbudzać w moim dziecku. Po drugie, do tej pory nie widzę powodów, za co miałabym zacząć go stresować. Za jego ciekawość świata? Za to, że jeszcze wielu rzeczy nie wie i nie potrafi? Za to, że czasem nie radzi sobie jeszcze z emocjami? Za to, że tak bardzo mnie potrzebuje?

Wiadomo, nie jestem superbohaterką i nie mam nerwów we stali. Zdarza mi się tracić cierpliwość i podnosić głos. Ale to nie znaczy, że moje dziecko na to zasługuje. To świadczy o mnie, nie o nim.

Uczę go, żeby szanował innych ludzi i że jego wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się czyjaś krzywda. Jak go uczę? Mówię do niego, tłumaczę mu. Wiem, że jeszcze wiele razy będę musiała mu to powtórzyć. Powtarzam zatem. Cierpliwie. Bezstresowo.

Jesteśmy pokoleniem poranionych dorosłych.


Wielokrotnie słyszy się zdanie "mnie też rodzice bili i wyrosłem na człowieka". Coraz częściej jednak pojawiają się też mniej lub bardziej ostrożne riposty, że może niekoniecznie wyrosłeś na człowieka, skoro chcesz bić dziecko... 

Ja jestem daleka temu, by komukolwiek odmawiać człowieczeństwa, ale w takiej sytuacji zapytałabym raczej: a czy zastanawiałeś się, jakim człowiekiem mógłbyś być, gdyby jednak rodzice Cię nie bili?

Naprawdę, czy z naszym pokoleniem jest na pewno wszystko w porządku? Jeśli tak, to skąd te wszystkie depresje, nerwice, lęki? Skąd tak duży odsetek samobójstw i prób samobójczych? Dlaczego tylu ludzi, którzy wyrośli na człowieka, potrzebuje lekarzy i środków chemicznych, żeby poradzić sobie z codziennością?

Nie zamierzam tutaj rozliczać moich rodziców z ich metod wychowawczych. Wiem, że starali się najlepiej jak potrafili. Tyle, że priorytety mieli trochę inne niż te, do których dąży się dzisiaj. Miałam być przede wszystkim grzeczna, porządna i dobrze się uczyć. I w sumie mogę powiedzieć, że to się udało. Jestem osobą grzeczną i uprzejmą, choć moja niepokorna natura wiecznie skłania mnie do zapominania o tej grzeczności. Uczyłam się dobrze, może nie tak dobrze, jak oczekiwali moi rodzice, ale: świadectwo z paskiem przez niemal wszystkie lata mojej edukacji, ani jednej poprawki na studiach, duże zaangażowanie w zajęciach pozalekcyjnych, liczne konkursy itd. ... Porządna może nie jest pierwszym słowem, które przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o sobie - ale w sumie jakiś poziom życiowego ogarnięcia osiągnęłam.

Nie nauczyłam się asertywności, pewności siebie, poczucia własnej wartości, konsekwencji w dążeniu do spełnienia swoich marzeń. Stale o to walczę. Jeśli sprawiam wrażenie osoby, która nie ma z tym problemu, to widocznie walczę całkiem nieźle. 

Przeważnie ustępuję innym, nawet jeśli jestem przekonana, że mam rację. Rzadko potrafię postawić na swoim. Zazwyczaj zauważam jako ostatnia, że ktoś jest wobec mnie nie w porządku. Niemal zawsze wolę się wycofać niż doprowadzić do tego, że ktoś będzie na mnie zły.

Nie twierdzę, że moi rodzice nie chcieli, żebym wyrosła na osobę pewną siebie i mającą własne zdanie. Na pewno chcieli. Po prostu... powiedzmy, że tego nie było w programie. Słowo asertywność w ogóle nie było wówczas zbyt modne. Pamiętam, że jako nastolatka sprawdzałam jego znaczenie w słowniku.

Może to nam się uda?


Kiedyś nie chciałam być matką, bo obawiałam się, że na pewno w jakiś sposób, w mniejszym lub większym stopniu skrzywdzę moje dziecko. Potem uznałam, że nie ma sensu bać się na zapas, no i w końcu złe matki też mają fajne dzieci. Liczyłam się z tym, że kiedyś moje dziecko będzie przeze mnie nieszczęśliwe, że będzie między nami konflikt, że nie będziemy umieli się dogadać. Od jakiegoś czasu pozwalam sobie na myślenie, że może wcale tak nie będzie?

Przecież te wszystkie zmiany, które obserwujemy w podejściu do wychowywania dzieci, muszą do czegoś prowadzić. To niemożliwe, żeby przeprowadzono tyle badań, napisano tyle mądrych słów... tylko po to, żeby kolejne pokolenie za kilkanaście-kilkadziesiąt lat lizało rany z dzieciństwa.

Może to właśnie my jesteśmy tymi rodzicami, którzy wychowają dzieci na szczęśliwych, świadomych swej wartości ludzi. O ile nie zarazimy ich przy tym własnymi lękami i ograniczeniami - istnieje duża szansa, że nam się to uda.



28 komentarzy:

  1. Myślę, że nie tylko bicie kwalifikuje rodziców do stresowo wychowujących swoje pociechy. Druga kwestia, obserwuję pod szkołą zachowania dzieci tzw. bezstresowo wychowywanych - w ogóle jakby miały opóźnione reakcje na wszystko. A Pani zwraca uwagę rodzicom i dzieciom, aby dziecko punktualnie przychodziło do szkoły, na co dziecko się śmieje, a rodzić tłumaczy się. :) Trochę dyscypliny, mniej stresu każdemu by się przydało. Czyli rozumiem, że znalazłaś złoty środek. ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że nie tylko bicie - to było z mojej strony pewne uproszczenie. Przemoc słowna, zawstydzanie, system kar... to wszystko działa podobnie jak bicie, nieraz nawet gorzej.
      Życie zweryfikuje moje "złote środki". Ja po prostu staram się rozumieć moje dziecko i okazywać mu miłość. Wiem, że zawsze będzie mógł na mnie liczyć. Jak sobie poradzę z licznymi wyzwaniami, które mnie czekają, to już pokaże czas.

      Usuń
  2. Wychowuje mojego syna w duchu rodzocielstwa bliskości, daje mu tyle czułości i bliskości ile potrzebuje. Rozumiem jego potrzeby i je akceptuję, staram się im sprostać. I zauważyłam, kiedy jestem zła, naładowana nwgatywnymi emocjami, syn też jest "niegrzeczny".l, rozrabia nie słucha itp. myślę, że na zachowanie dziecka duży wpływ mają rodzice i ich zachowanie wzglwdem dziecka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspominasz o bardzo ważnej rzeczy. Dzieci reagują na emocje, które im okazujemy. Jeśli my się złościmy, ciężko oczekiwać, że one będą wtedy "grzeczne" i pogodne.

      Usuń
  3. u nas wychowanie opiera się na wzajemnym szacunku i miłości

    OdpowiedzUsuń
  4. :) Z nastolatkami juz tak łatwo nie jest. To samo z młodszą, która musi gdzieś odreagować stres ze szkoły. Więc sytuacje mamy w domu różne. Za to nawet w najbardziej podbramkowych sytuacjach wiedzą (mam nadzieję) że jeśli się złoszczę czy jest mi przykro - to z powodu ich zachowania, a nie tego kim są :) Bez ataków personalnych i oceniana :) W każdym razie gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzieci mają różne oblicza. Powinnaś się cieszyć, że w żłobku mu dobrze. Chyba czuję się tam bezpieczny. U nas Dygnitarz w lutym do przedszkola, nie dałam go do żłobka. Przyznam Ci się, że bałam się...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że Robert tak dobrze sobie radzi. Trzymam kciuki za Was, przedszkole to świetne miejsce :)

      Usuń
  6. Dotąd miałam tak jak Ty grzeczne dzieci, teraz córka mając 8 lat wchodzi w okres buntu i łatwo nie bywa po tym jak człowiek przywykł do grzecznego dziecka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My, rodzice, musimy się nieraz szybo dostosowywać do zmian :) Może to szkoła tak na nią wpływa?

      Usuń
  7. Ja własnie jestem z tego pokolenia, które było bite przez rodziców. Pokolenia, w którym dziecko nie miało nic do powiedzenia. i dlatego wiem, że jest to złe. Nie chcę powielać błędów moich rodziców.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja nie byłam bita przez rodziców i nie biję swoich dzieci, nawet nie wyznaczam im kar bo są jeszcze mali, więc nie mam za co ich karać. Ale myślę, że zachowanie dzieci wychodzi od rodziców, to jak my się zachowujemy przekłada się na dziecko. Ja jestem bardzo spokojna i moje dzieciaczki również. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem trochę mnie przeraża myśl, że synek "odziedziczy" po nas niektóre z naszych zachowań. Aniołami nie jesteśmy :)

      Usuń
  9. Ja uważam, że zawsze w jakiś sposób swoje dziecko skrzywdzimy - choćbyśmy nie wiem jak się starali. Nie da się uniknąć wszystkich błędów - i chyba nie znam żadnego dorosłego, który nie miałby czegoś swoim rodzicom za złe i nie czuł się przez nich i przez relacje w domu w jakimś sensie "pokiereszowany"(nawet jeśli były to całkiem dobre i nieprzemocowe relacje). Generalnie to nie ma reguły, czy wybrany przez nas model wychowania zadziała i okaze się właściwy. Znam osoby wychowywane w duchu RB, zawsze traktowane przez rodziców z szacunkiem, milością i troską - a mimo wszystko poszly nie do końca we właściwym kierunku (narkotyki, alkohol itp.) Co oczywiście nie znaczy, ze nie warto się starać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja znam osoby, które nie mają rodzicom nic za złe - i wierzę im, że faktycznie tak jest. Bo znam też osoby ewidentnie pokiereszowane, które nie są w stanie przyznać, że ich rodzice nie byli idealni... :(
      Może kiedyś przyznam, że nie miałam racji, ale na ten moment naprawdę wierzę w to, że coś się zmieniło na lepsze. I nasze dzieci będą takimi dorosłymi, jakimi my chcielibyśmy być.

      Usuń
  10. Pytanie co to jest bezstresowe wychowywanie. Bo dla mnie to brak umiejętności odmawiania czegokolwiek. Ja odmawiam. Więc to znaczy, że je stresuję?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie wiem, że to pojęcie mocno się wypaczyło. Pierwsze skojarzenie z "wychowaniem bezstresowym" to rozwydrzony dzieciak, który robi co chce komu chce i nic nie wolno mu powiedzieć.

      Da mnie wychowanie bezstresowe to wychowanie bez przemocy, również werbalnej i psychicznej. Ja też nieraz odmawiam mojemu dziecku :) Chyba żadne z nas by już nie żyło, gdybym mu na wszystko pozwalała...

      Usuń
  11. Moje dzieci jakoś nigdy nie należały do kategorii grzecznych, choć braku zasad dobrego wychowania nikt im nie zarzucał. Ciekawe miejsc i ludzi, wszędzie ich pełno, a jak dołożył się do tego nastoletni okres, ciężko to wszystko ogarnąć. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie ciężko, ale to fantastycznie, że są takie odważne i ciekawe świata :)

      Usuń
  12. fantastycznie, że tak dobrze odnajduje się w żłobku! tak trzymać!

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja, niestety jestem cholerykiem i nie potrafię spokojnie i łagodnie zareagować na każdą sytuację. W chwili, gdy dziecko złamało mi niechcący głową nos nakrzyczałam na niego. Czasem też mi się zdarzy podnieść głos, gdy moje prośby nie skutkują i wchodzi gdzieś na szafkę, z której zaraz spadnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże, jakby mi złamał nos, to też bym nakrzyczała... :) Nawet jeśli wiedziałabym, że to niechcący. Bez przesady, żeby być dobrą mamą, nie trzeba być ideałem :)

      Usuń
  14. Dla nas rodzina to coś najcenniejszego a wychowywanie dzieci to największy c el w zyciu. Poszanowanie drugiej osoby, tłumaczenie i duuzo miłości okazywanej codziennie - bez tego nie ma dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak sobie pomyślałam ostatnio, że chyba nie było takiego dnia, w którym przynajmniej raz nie powiedziałam moim chłopakom, że ich kocham :) I oby tak zostało!

      Usuń