środa, 26 maja 2021

Mama - oczami moich dzieci

Mama widziana oczami Michałka ma czarne włosy, choć przypuszczam, że młody portrecista użył czerni w ramach kompromisu, bo nie mógł znaleźć flamastra o kolorze ciemnoblond. Z kolei na jednym z niedawnych rysunków Roberta włosy mamy są różowe, ale to może wynikać z tego, że cały portret został narysowany różową kredką.

Niezależnie jednak od koloru, długie włosy mamy muszą być rozczesane, dlatego Michaś wziął dziś rano szczotkę i starannie mamę czesał, miał z tego dużo radości. A potem mama czesała jego jasne, jedwabiste włoski.

Mama to pierwsze słowo wypowiedziane przez każdego z nich, pierwsze słowo, które Robert nauczył się pisać i czytać, a nawet pierwsze na swój sposób "przeczytane" przez Michałka, choć więcej było w tym przypadku niż świadomego czytania.

Usłyszane po raz pierwszy, to słowo wywołało we mnie wielkie wzruszenie. Teraz, gdy słyszę je kilkadziesiąt razy w ciągu dnia, budzi we mnie czasem zniecierpliwienie. Wiem jednak, że to pokazuje, jak ważną osobą jest mama w życiu moich synków.

Mama

To trochę osoba, a trochę zjawisko. Rozpoznawana przez dzieci na każdym zdjęciu, nawet w peruce i charakteryzacji. A jednocześnie mylona czasami ze Stevie Nicks z Fleetwood Mac, z królową Lilian ze "Shreka" i z innymi blondynkami o długich, bujnych włosach, nieraz bardzo atrakcyjnymi. Pochlebiają mi te pomyłki :)

Ale mama to przede wszystkim osoba, która przytula dziecko, gdy obudzi się w nocy w ciemnym pokoju. To osoba, która karmi, nosi na rękach, rozśmiesza i ociera łzy, i daje całusa na pożegnanie, potrafi się bawić w policjanta i złodziejaszka, przybija piątkę, smaży pyszne naleśniki i śmieje się głośno ze wspólnych żartów, wygłupów i łaskotek.

Mama śpiewa piosenki, przeważnie wtedy, gdy tekst na ekranie podświetla się na różowo - tak jak tutaj. Mama czyta książki, najczęściej o Elfie, o strażaku albo o zwierzątkach. Mama często też pisze na komputerze, to jest jej praca. 

Ja jestem mamą, a ty Robertem

Ostatnio w naszych zabawach z Robertem pojawiają się tego typu akcenty - zamiana ról. Obserwuję jego pomysły z ciekawością, bo mam wrażenie, że mogę w ten sposób dowiedzieć się sporo na temat naszej relacji widzianej jego oczami.

Rzecz jasna, nie zawsze to działa :) Czasami Robert chce wcielić się w rolę mamy, bo liczy na to, że uda mu się wtedy wymigać od robienia czegoś, na co nie ma ochoty. Raz chciał na przykład, żebym była Robertem i umyła się za niego ;) Oczywiście się nie zgodziłam.

Innym razem prosiłam go, żeby posprzątał po sobie zabawki. Stwierdził: może ja będę mamą, a ty Robertem. Robert posprząta, a mama będzie oglądać bajkę. No co za spryciarz! Odpowiedziałam, że o nie, mama w tej sytuacji na pewno nie włączałaby bajki, tylko puściłaby sobie dobrą muzykę. Poszedł za moją sugestią, a że radzi sobie całkiem dobrze z obsługą komputera, niebawem słuchałam razem z nim świetnej muzyki wybranej specjalnie dla mamy. Trzeba przyznać, że mama ma dobry gust ;)

Jednak najmilej jest wtedy, gdy jestem Robertem i np. układam klocki, a malutka mama serdecznie mnie dopinguje: świetnie sobie radzisz, Robert. Bardzo ładnie, Robert. Dasz radę, Robert. Tak sobie myślę, że jeśli pierwszym skojarzeniem z rolą mamy, jakie pojawia się w główce mojego czteroletniego synka, są te wspierające i serdeczne słowa - to chyba coś mi jednak wyszło w tym macierzyństwie. 

Nigdy nie twierdziłam, że jestem idealną mamą. Ale podoba mi się bycie mamą widzianą ich oczami.

czwartek, 20 maja 2021

Czas na spacery!


Wychodzisz z domu i czujesz, jak z każdej strony atakują Cię zapachy. Dobre zapachy: kwitnąca jabłoń, bez, trawy i zioła, polne kwiaty. Już nie musisz ograniczać się do woni własnego oddechu uwięzionego w kawałku materiału. Nie wiem, czy Wy odczuwaliście to tak samo, ale mnie osobiście przeszkadzała ta zapachowa monotonia, gdy musiałam spędzić godzinę czy więcej czasu w maseczce. Nie dyskutowałam z tym, bo aż taki buntownik ze mnie nie jest, żeby ostentacyjnie paradować z odsłoniętą twarzą, odetchnęłam jednak z ulgą, gdy zniesiono nakaz noszenia masek, i słowo odetchnęłam jest tutaj bardzo na miejscu.

Przyznam, że gdy zapuszczaliśmy się w głąb Puszczy Niepołomickiej, beztrosko korzystaliśmy z możliwości zdjęcia maseczek i swobodnego oddychania. W lesie było to możliwe. Po raz kolejny doceniliśmy, jak dobrze udało nam się kilka lat temu wybrać miejsce do zamieszkania. Kryteria mieliśmy proste: mały domek na wsi z dobrym dojazdem do Krakowa oraz do miejsca pracy męża. Chyba nawet nie rozglądaliśmy się wówczas zbytnio po okolicy i nie szukaliśmy dobrych miejsc na spacer, zresztą gdy przyjechaliśmy tu po raz pierwszy, panowała ostra zima, co też zniechęcało do zwiedzania. Ale wiedzieliśmy już, że to zielone i kwitnące tereny.

Skoro sezon spacerowy rozpoczął się w najlepsze, z przyjemnością pokażę Wam nasze ulubione miejsca na spacer :)

Puszcza Niepołomicka



Co ciekawe, przez pierwsze lata naszego pobytu tutaj odwiedzaliśmy puszczę bardzo rzadko. Była dla nas jednocześnie za blisko i za daleko. Za daleko, by wyskoczyć na chwilę, na piechotę, a jak już wsiadaliśmy w auto, to woleliśmy dalsze wycieczki. Poza tym odstraszały nas komary ;) Naprawdę doceniliśmy ten ogromny, spokojny las wtedy, gdy pojawiły się dzieci. Mogą się tutaj wybiegać do woli, pozachwycać każdym drzewem i liściem, a gdy od czasu do czasu po torach przejedzie pociąg, wtedy radość dziecięca nie zna granic.


Najczęściej wchodzimy do puszczy od strony Szarowa, czasem parkujemy pod zajazdem, czasem w pobliżu stacji PKP Szarów. Ale jeszcze piękniej i ciszej jest chyba od strony Stanisławic, tam, gdzie zaczyna się zielony szlak turystyczny prowadzący do Niepołomic. 

Kochamy puszczę o każdej porze roku. Pięknie wygląda zimą, pokryta śniegiem, a także wiosną i latem, zielona i tętniąca życiem. Mam jednak wrażenie, że najczęściej panuje tam jesień :)






Przylasek Rusiecki



To już dla nas nieco dalsza wyprawa, w zasadzie obrzeża Krakowa, jednak trasa przejazdu jest bardzo dogodna, a przy tym urokliwa. Sama okolica zmienia się dynamicznie, właśnie powstaje tam nowe kąpielisko. Mieliśmy okazję odwiedzić to miejsce na początku wiosny, kiedy jeszcze dało się tam bez przeszkód wejść. W chwili obecnej nie jest to możliwe, ale otwarcie kąpieliska planowane jest na czerwiec, czyli całkiem niedługo :)


Wielbiciele tego miejsca mówią, że klimatem przypomina Mazury - i myślę, że rzeczywiście coś w tym jest. A skąd wziął się pomysł, by tam pojechać? Robert stwierdził pewnego dnia, że chce się wybrać na plażę :) Z radością spełniliśmy jego marzenie!

Obaj chłopcy bardzo dzielnie i z wielką radością przemierzali długie, kilometrowe pomosty i wypatrywali kaczek ukrytych w sitowiu. I oczywiście, reagowali wielkim ożywieniem, gdy w pobliżu przejeżdżał pociąg! Zdaje się, że podświadomie wybieramy na nasze spacery najczęściej trasy w pobliżu torów kolejowych :)






Polna droga wzdłuż autostrady



Wydawałoby się, że to miejsce, w którym ciężko się spodziewać ciszy i spokoju. Wzdłuż autostrady rozciąga się jednak wspaniała, zielona przestrzeń, gdzie spotkać można co najwyżej innych spacerowiczów. Kiedy Fortis żył, nieraz był tu przyprowadzany, by porządnie się wybiegać. Dzieci też lubią tę drogę, gdzie mogą bez przeszkód pobawić się w rakiety :) Potrafią też w nieskończoność zachwycać się kamykami, które można znaleźć przy drodze. To jest ten cudowny wiek, kiedy wszystko wydaje się fascynujące i takie wielkie! Czasami tylko musimy pilnować, żeby nie oddalali się zbytnio... albo żeby wiatr nie porwał im czapek! Bywa, że dość mocno tam wieje. Choć na zdjęciach tego nie widać, ten dzień był naprawdę wietrzny.





Opowiecie mi o swoich ulubionych trasach na spacery? Może kiedyś będziemy w okolicy i wybierzemy się właśnie tam! :)

czwartek, 6 maja 2021

Mali ludzie, małe zdrady. Więksi ludzie, większe zdrady


Nie mam szczęścia do ludzi. Czy może raczej: ludzie nie mają szczęścia do mnie.

Jestem raczej daleka od szukania powodów takiego stanu rzeczy w kimś innym, nie w sobie. Nie jestem tym wariatem, który jedzie autostradą pod prąd i złorzeczy na wszystkich mijanych kierowców, że są w błędzie. Jeśli odkąd pamiętam, mam problemy z relacjami, to przyczyna musi chyba leżeć we mnie? Przecież nikt nie ma aż takiego pecha.

To jedna z najbardziej zdumiewających rzeczy w życiu: masz dobre intencje i życzysz ludziom, z którymi spędzasz czas, wyłącznie tego, co najlepsze, a jednocześnie gdzieś tam nieświadomie ich krzywdzisz. Bo wydaje ci się, że każdy zrozumie twoją ironię. Bo nie zauważyłaś, że oczekiwałaś za dużo, zbyt często, zbyt intensywnie. Chciałaś tylko dobrze się z kimś bawić, a nie wiedząc o tym, wyciskałaś z tej osoby ostatnie soki, jak z cytryny. Bo nie spełniałaś oczekiwań, których ktoś nie wyartykułował, bo powinny być dla ciebie oczywiste, jak dla każdego zdrowego człowieka. Może mam jakąś niezdiagnozowaną chorobę, która to powoduje? Jakieś uszkodzenie mózgu, zaburzenia empatii? Trzeba będzie to kiedyś sprawdzić.

Na przestrzeni lat nauczyłam się przyjmować kolejne rozczarowania i rozstania z coraz większą obojętnością, wręcz ze stoicyzmem. Przyzwyczaiłam się, że to swego rodzaju norma - przyjaciele przychodzą i odchodzą, każda relacja ma swój czas i zdarza się, że ten czas jest bardzo krótki.

Tym razem jednak przyjęłam cios między oczy. Osoby, z którymi moje drogi się rozeszły, traktowałam od ponad roku jak drugą rodzinę, kontaktowałyśmy się codziennie i tworzyłyśmy wspólny projekt, któremu oddałam serce. Nasze spotkania były wyłącznie internetowe, ale to przecież nic nietypowego w dzisiejszych czasach, gdy większość działalności i kontaktów międzyludzkich przeniosła się do sieci. Opierałyśmy naszą współpracę na bardzo głębokim zaufaniu, tym boleśniejsza jest świadomość, że to zaufanie zostało zdradzone.

Jak już mówiłam, szukam winy przede wszystkim w sobie. Widocznie poczułam się tak bezpiecznie w tym bliskim mi gronie, że pozwoliłam sobie na zbytnią swobodę. Pokazałam twarz, która mnie samej wydawała się zabawna i bezpośrednia, a dla drugiej strony okazała się raniąca. Jeśli ktoś poczuł się skrzywdzony przeze mnie, daleka jestem od twierdzenia, że krzywda nie zaistniała. Nie mogę tylko zrozumieć, dlaczego żadna z tych osób nie zakomunikowała ani razu (a jak wspomniałam, kontaktowałyśmy się codziennie), że moje zachowanie jej nie odpowiada. Dlaczego zamiast porozmawiać ze mną, w pierwszej kolejności zdecydowały się szukać pomocy poza naszym gronem. 

Jesteśmy oboje zbyt naiwni, powiedział mi dzisiaj mąż, mój najwytrwalszy kibic, osoba, której jestem pewna najbardziej na świecie. Zgadzam się z nim. Zna ktoś może sposób, jak się tej naiwności pozbyć? Jak w serdecznej, sympatycznej rozmowie wyłapać sygnały świadczące o tym, że druga strona czeka tylko na okazję, by cię zniszczyć? Wydawało mi się, że jestem wyczulona na pewne zachowania i już nie tak łatwo mnie oszukać. Dałam się jednak zaskoczyć po raz kolejny.

Co dalej? Na ten moment staram się zniknąć, schować przed światem, wycofałam się z większości internetowych projektów, które współtworzyłam. Nie mam też pewności, jaka będzie przyszłość tego bloga, bo nawet jeśli zdołam napisać coś nowego, to raczej nie starczy mi energii, by promować wpis w różnych miejscach, jak robiłam to do tej pory. Pewnie stanę się mniej widoczna, jeśli nie zniknę w ogóle. Przyjaciele namawiają mnie do podejmowania różnych kroków, ale to musi poczekać na czas, kiedy będę wystarczająco silna. Nie gwarantuję, że taki czas nadejdzie.

Mamo, nie bój się. Za chwile będziesz miała serduszko i będziesz szczęśliwa - tak mnie wczoraj pocieszał Robert :) Choćbym bardzo chciała, nie umiałam ukryć przed chłopcami, że jest mi smutno, a oni starali się jak mogli, by poprawić mi humor. Jak tylko mnie zobaczyli po powrocie z przedszkola, obaj mocno się we mnie wtulili. To cudowne, że mam takich małych-dorosłych pocieszycieli, ale też trochę mnie to krępuje. To ja powinnam być pocieszeniem dla nich, a moje problemy nie powinny się na nich odbijać. Mają jeszcze czas, by się nauczyć, jaki okrutny bywa świat dorosłych ludzi.

Będzie lepiej. Musi być. Upłynie czas, przyjdą nowi ludzie, nowe rozczarowania. Zakładam, że te następne już w ogóle mnie nie ruszą ;)

czwartek, 22 kwietnia 2021

Powrót do przedszkola - tym razem inaczej


W poniedziałek chłopcy wrócili do przedszkola, a ja do pracy. Przyznam szczerze, początkowo nie wierzyłam, że ten scenariusz się sprawdzi. Wspomnienia z poprzedniego zamknięcia, które miało trwać dwa tygodnie, a rozrosło się do dwóch miesięcy, nadal są bardzo świeże. Spodziewałam się, że teraz będzie identycznie. Na początku zdawało się zresztą, że się nie mylę - bo dwutygodniową przerwę wkrótce wydłużono o kolejny tydzień. Na tym jednak się skończyło. 
Gdy porównuję to ubiegłoroczne przymusowe siedzenie w domu do obecnego, widzę same różnice. Przede wszystkim...

Pogoda nie dopisała


Dawno tak nie było, żebyśmy mieli wszystkie cztery pory roku w jednym tygodniu, a czasem nawet w ciągu jednego dnia, prawda? Gdy wracają wspomnienia z tamtego poprzedniego kwietnia, widzę słoneczne dni, koc rozłożony w ogrodzie, dużo radości i ruchu na świeżym powietrzu. W tym roku kwiecień uraczył nas śniegiem, gradem, deszczem i nieprzewidywalnością. Pamiętam dwa, może trzy popołudnia, które spędziliśmy w ogrodzie, a i tak co chwilę zerkaliśmy z niepokojem na nadciągające chmury. 

Chłopcy podrośli


Największą zmianę widzę w Michale. O ile dobrze pamiętam, rok temu on dopiero zaczynał chodzić. Teraz biega tak, że czasem ciężko go zatrzymać. Robert mówi zdaniami wielokrotnie złożonymi, uwielbia pomagać w kuchni, dużą frajdę sprawia mu pisanie (w dwóch językach!) i rysowanie (abstrakcjonizm). Właśnie śpiewa wymyśloną przez siebie piosenkę. Obaj są znacznie bardziej samodzielni, ale też na swój sposób bardziej angażujący. Plan minimum już nie wystarczy, chcą eksperymentować, uczyć się nowych rzeczy, oczekują aktywnego uczestnictwa w ich zabawach. Nie czuję się może tak wymęczona jak rok temu, raczej przestymulowana, przytłoczona. Ale każdego dnia zachwycam się nimi i pękam z dumy. A te chwile, gdy spontanicznie przybiegają do mnie, by się przytulić - to najlepszy punkt każdego dnia!


Odpoczynek, czas wolny? Niekoniecznie...


Rok temu, gdy chłopcy wracali do przedszkola (wówczas to było w połowie maja, nie w kwietniu), ja wracałam do pewnej beztroski i czasu, który organizowałam sobie w pełni samodzielnie. Zrobiłam z tego małe święto. Pojechałam do fryzjera, nadrobiłam zaległości czytelnicze, wzięłam długą, aromatyczną kąpiel, spotkałam się z przyjaciółką. Przez kilka dni nagradzałam się za to, że przetrwałam dwa miesiące zamknięcia, co wówczas wydawało się wielkim osiągnięciem - po roku ta liczba nie robi już chyba takiego wrażenia. Pewnie wielu spośród Was musiało zostać w domu znacznie dłużej z powodu zakażeń i kwarantanny.

Nie mogłam wówczas wrócić do pracy, bo odwołanie imprez masowych w całym kraju stało się wielkim ciosem dla naszej branży. Tym razem było inaczej. Od początku wiedziałam, że gdy tylko rząd poluzuje obostrzenia, wracam do pracy w dotychczasowym wymiarze. I choć lubię moją pracę, ten powrót po przerwie napawał mnie niemałym stresem. Nie wiedziałam, czy będzie mi łatwo od nowa wejść w rytm, czy nie zapomnę zbyt wielu rzeczy, czy łatwo mi będzie nadrobić to, co przegapiłam. Powrót okazał się dość łagodny, pod wieloma względami czuję jednak, że wyszłam z wprawy. A odpoczynek, czas wolny? Cóż, nie mam go za dużo. Przeważnie wydaje mi się, że ledwie skończę pracę, chłopcy wracają do domu :)

Więcej obaw, więcej oczekiwań względem siebie


Choroby nie do końca nas oszczędziły - Michał niemal przez dwa tygodnie zmagał się z dolegliwościami trawiennymi. Musieliśmy w końcu odwiedzić lekarza, na szczęście okazało się, ze to nic poważnego. Możliwe, że nagła zmiana sytuacji tak na niego wpłynęła. Czas zamknięcia w dużym stopniu wiązał się z obawami o jego zdrowie i obserwowaniem, czy już się poprawiło.


Rok temu wymagałam od siebie i od nich bardzo niewiele, dosłownie minimum. Udało nam się jednak osiągnąć razem całkiem sporo. To był czas, kiedy Robert ostatecznie pożegnał się z pieluchą, a Michał zaczął chodzić. Trochę liczyłam na podobne kroki milowe przy okazji tegorocznego lockdownu. Ćwiczyłam z Robertem litery, a z Michałem mowę. Starałam się, żeby oglądali wartościowe, edukacyjne bajki i programy, urozmaicałam ich zabawy. Efekty nie są tak spektakularne jak rok temu, może dlatego, ze mieliśmy mniej czasu. Robert pisze i czyta coraz więcej, Michał nadal mówi niewiele, choć niewątpliwie robi postępy. Dziś rano poinformował mnie na przykład o tym, że "budzik dzwoni", a gdy próbowałam mu ten budzik zabrać, usłyszałam w odpowiedzi stanowcze: "nie, nie możesz!" ;)

Rodzinna Wielkanoc


Tu nie spodziewałam się zmian, a jednak się pojawiły :) Odwiedziła nas przyjaciółka, matka chrzestna Roberta. Spędziliśmy razem fantastyczny dzień pełen wspólnych rozmów przy stole z pysznościami, a gdy już porządnie się objedliśmy, poszliśmy na spacer po okolicy :)


Powrót do normalności


W pracy czekała mnie niespodzianka - szkolenie :) Dopiero dziś w zasadzie wróciłam do codziennych obowiązków. Jak już pisałam, czasu wolnego mam trochę mniej, niż się spodziewałam - dlatego dopiero dzisiaj udało mi się dokończyć ten tekst dla Was. Dzieci, mam wrażenie, bez trudu zaadaptowały się z powrotem do przedszkola, niewątpliwie za nim tęskniły. Na zdjęciach przysyłanych przez panie nauczycielki widzę radośnie uśmiechnięte twarze, najlepszy dowód na to, że jest im tam dobrze :)

Jak będziemy wspominać te trzy tygodnie? Myślę, że bardziej jak przerwę-ferie niż jak autentycznie kryzysową sytuację. Chrzest bojowy mamy za sobą, wiemy, że umiemy sobie poradzić w takich warunkach. Niemniej - liczymy na to, że powtórki już nie będzie! :)


czwartek, 1 kwietnia 2021

"Hurra, jestem w ciąży!" - czyli: o nietrafionych żartach


Hurra, jestem w ciąży


Niektórzy czytają tylko nagłówki, prawda? Błagam, nie gratulujcie :) Nie jestem. Nie śmiałabym nabierać Was w ten sposób.

Tak się złożyło, że dwukrotnie właśnie pierwszego kwietnia - raz w 2016, drugi raz w 2018 roku - rzeczywiście dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Gdybym wówczas opublikowała taką informację - czy ktoś by uwierzył? ;) Niektórzy pewnie tak, zwłaszcza ci, którzy wiedzą, jak poważnie traktuję ten temat. 

Przyznam, że co roku mam problem z primaaprilisowymi żartami. Macie może podobnie? Kiedyś to było jakieś łatwiejsze. Patrzyło się z przerażeniem na czyjeś spodnie i wykrzykiwało się: "O nie, jaką masz wielką plamę!". Albo na buty: "Uważaj, sznurówka ci się rozwiązała!". A potem śmiały się obie osoby, ta żartująca i ta nabrana.

No właśnie, bo tak to chyba powinno wyglądać - nabierasz kogoś, by się pośmiał razem z tobą? To zdecydowanie najlepszy rodzaj primaaprilisowych żartów. Ostatnio mam wrażenie, że najtrudniejszy.

Chyba nieczęsto występuję tutaj w roli marudy (przynajmniej mam nadzieję, że nie odbieracie mnie w ten sposób!), ale dzisiaj będę marudzić - na żarty, które są moim zdaniem nietrafione.

Żarty, w które większość nie uwierzy, ale ktoś jednak uwierzy


Wspomniane: "Jestem w ciąży". Fałszywe ciąże to chyba najczęściej spotykany żart, jaki pojawia się na Prima Aprilis od początku istnienia Facebooka, przynajmniej takie mam wrażenie. Nadal jednak widzę pod takimi postami sporo szczerych komentarzy z gratulacjami. Nie wiem... Mnie by było zwyczajnie głupio :) Pamiętam, jak wiele bliskich mi osób czekało razem ze mną na moją pierwszą ciąże, wiem, ile radości i szczerych wzruszeń wywołała informacja, że w końcu się udało. Nie chciałabym wywoływać w ludziach takich uczuć dla żartu, na niby, po to, by się pośmiać z ich serdecznych reakcji.

To samo myślę o żartach na temat ślubu, zaręczyn, znaczących zmian w życiu, słowem: wszystkiego, co może wywołać u odbiorcy autentyczne emocje. Nie potrafiłabym z tego żartować. Za bardzo byłoby mi szkoda kogoś, kto by dał się nabrać. Czy na pewno jego śmiech byłby równie szczery jak wcześniejsza radość?

Żarty, które przerażają


Jasne, kiedy wołało się: "Masz plamę na bluzce!", obiekt żartu miał się na chwilę wystraszyć, a potem z ulgą zaśmiać. Czym innym są dowcipy, w których przedmiotem śmiechu jest czyjaś autentyczna panika. Wzbudzanie poczucia zagrożenia. Zamykanie w ciasnym pomieszczeniu, robienie głupich pranków telefonicznych, "napad" na niby... Albo udawanie, że to nam zdarzyło się coś strasznego... Co tu dużo mówić, takie żarty są po prostu idiotyczne i niebezpieczne.

Żarty, które ranią


Żarty z czyichś uczuć. Żarty, które kogoś wyśmiewają. Żaden Prima Aprilis nie powinien być przyczyną czyjegoś smutku lub bólu i żadna chęć zrobienia dowcipu nie usprawiedliwia tego, że się kogoś skrzywdziło. Zetknęłam się z tego typu żartami i do tej pory nie pojmuję, co kierowało osobą, która sądziła, że pierwszego kwietnia wszystko jej wolno.

Żarty, które nikogo nie obchodzą


OK, to może najlżejszy kaliber. Po prostu odczuwam czasami coś na kształt second hand embarrasment (w luźnym tłumaczeniu: współzażenowanie), gdy widzę, że ktoś naprawdę się napracował, starannie przygotował grafikę, sklecił porządny tekst, a dowcip okazał się... mało interesujący. Czyjś ulubiony autor wydał nową książkę? No dobrze... Pewnie i tak prędzej czy później jakąś wyda. Znany artysta przyjeżdża do Polski? No, jak nie w tym terminie, to kiedyś pewnie przyjedzie. Chyba że fake news mówi o tym, że artysta ma zagrać jutro darmowy koncert w sąsiedniej miejscowości - to już brzmi ciekawiej, choć zarazem mniej wiarygodnie :)

Rozumiecie, o co mi chodzi? Taki dowcip sprawi, że jedni uwierzą, inni nie, ale zdecydowanej większości odbiorców będzie po prosu wszystko jedno.

Żarty, które zabolą...  żartującego


Nieprawdopodobne? Może. Ale na wszelki wypadek odradzam żartowanie z własnych marzeń, pragnień, celów, udawanie, że się je osiągnęło. Kwitowanie gratulacji słowami "Prima Aprilis!" może smakować wyjątkowo gorzko. I z kogo wtedy tak naprawdę robimy kwietniowego głupka? Z siebie.

No dobra... To istnieją jakieś żarty, które mnie bawią?


Jasne, że tak! Osobiście mam słabość do reklamowych grafik prezentujących np. nowy, limitowany smak czekolady - cebulowy! Albo to, co widziałam dzisiaj - balsam do ciała o zapachu sałatki jarzynowej :) Coś, co na pierwszy rzut oka musi być żartem i nie wywołuje żadnych skomplikowanych uczuć poza rozbawieniem.


A jeśli chodzi o tegoroczny Prima Aprilis - żaden żart nie pobije tego, co wydarzyło się dzisiaj z systemem rejestracji na szczepienia. Zastanawiam się, do której kategorii mogłabym go wrzucić, ale on chyba nie mieści się w żadnej :) W każdym razie - nie róbcie tak! 



środa, 17 marca 2021

Nocny dyżur w pracy zdalnej

Dwoje małych dzieci, dwa pokoje, włączony komputer i nocka w pracy? To brzmi jak szaleństwo! Uznałam jednak, że warto spróbować :)

Nocne dyżury to dla mnie nie nowość. Swego czasu pracowałam jako recepcjonistka i regularnie zostawałam na noc. Szybko nauczyłam się doceniać taki tryb pracy, bo... chyba nie zdradzę wielkiej tajemnicy, gdy powiem, że podczas nocnych dyżurów niewiele się dzieje? Oczywiście, sporo zależy od branży. Na recepcji miałam przeważnie spokój :) Teraz również nastawiałam się na mały ruch - trudno mi wyobrazić sobie, żeby jakaś znacząca liczba osób chciała dzwonić w środku nocy na infolinię bankową!

Obawy

Jedyne moje obawy wiązały się z dziećmi. Nawet gdyby nikt nie zadzwonił na infolinię przez całą noc, i tak musiałam być w tym czasie zalogowana do systemu i gotowa do pracy. Martwiłam się, czy dzieci w ogóle zasną, gdy ja będę siedzieć przy komputerze? Czy uda mi się ich nie obudzić? Czy gdy obudzą się w nocy i zobaczą mnie przy pracy, nie rozbudzą się na dobre, nie zaczną gramolić się na kolana, domagać się bajki? Czy głośny płacz któregoś z nich nie zakłóci rozmowy z klientem?

Zastanawiałam się też, czy nie przysnę w ciągu tych ośmiu godzin. Korciło mnie, żeby po prostu położyć się spać - zakładałam, że ewentualny telefon obudziłby mnie tak czy inaczej. Wolałam jednak nie ryzykować. Nie chciałam odebrać telefonu zaspana, półprzytomna, albo w ogóle go przegapić. Zrezygnowałam też z wykorzystania dostępnych mi 50 minut przerwy na drzemkę - obawiałam się, że zasnęłabym zbyt głęboko i w efekcie przekroczyłabym limit przerwy.

Brak internetu?


Miałam rozpocząć dyżur o godzinie 22:00 w niedzielę. Do godziny 15:00 nic nie zapowiadało problemów. Dzieci świetnie się bawiły, nie miały drzemek w ciągu dnia, ja odpoczywałam jak najwięcej, żeby mieć siłę na całonocne czuwanie. Oglądaliśmy z mężem jakiś film, gdy nagle straciliśmy połączenie z wi-fi. Do końca dnia już nie wróciło. W niedzielę serwis nie działa, dopiero w poniedziałek mogliśmy skontaktować się z dostawcą w celu naprawienia usterki.

Do tej pory spokojna, że co by nie było, dam sobie radę - zaczęłam się wtedy naprawdę stresować. Udało nam się połączyć z internetem przez mój telefon, nie miałam jednak pewności, czy to połączenie wystarczy, czy nie przekroczę limitu, czy w ogóle to się uda. W dodatku nie mogłam już korzystać z internetu w telefonie w celach rozrywkowych, a trochę liczyłam na to, że surfowanie po sieci uprzyjemni mi czas nocnego czuwania. Cóż... Może i dobrze, że straciłam tę możliwość ;) Czemu? O tym opowiem Wam za chwilę!

Dzieci do łóżek!


Starannie przemyśleliśmy z mężem, kto powinien gdzie spać, żeby sytuacja była dla całej czwórki możliwie najbardziej komfortowa. Jakoś koło 21:00 mąż zaniósł przysypiającego Roberta do pokoju na piętrze. Michał został ze mną na dole. Ciągle zdarza mu się budzić w nocy na karmienie, nie chciałam więc ryzykować, że obudzi się beze mnie i swoim płaczem postawi pozostałą dwójkę na nogi. Wbrew moim wcześniejszym obawom, obaj chłopcy o tej porze mocno spali. Miałam jeszcze godzinę czasu tylko dla siebie. Napiłam się kawy, odprężyłam się, przygotowałam się do pracy.

Równo o godzinie 22:00 zalogowałam się do aplikacji, która umożliwia mi pracę zdalną. Kilka minut później odebrałam pierwszy telefon od klienta z dość standardowym problemem do rozwiązania. Pomogłam, pożegnałam się, zakończyłam połączenie. Potem nie działo się nic. W ciągu całego dyżuru odebrałam trzy telefony, w tym jeden około 3:30 i jeden o 5:30, czyli krótko przed końcem pracy.

Michał spał przez większość czasu. Obudził się na krótko koło północy, gdy musiałam się przelogować na inne stanowisko zdalne - możliwe, że przez chwilę zachowywałam się nieco głośniej, albo światło na monitorze dość szybko się zmieniało. Po raz drugi obudził się koło 3:30, krótko po drugim odebranym przeze mnie telefonie. To nie brzmi dobrze, ale tak jak już pisałam - Michał przeważnie budzi się w nocy przynajmniej raz. Pod tym względem noc nie odbiegała od normy.

Wykorzystałam przysługującą mi przerwę, żeby położyć się z nim na chwilę. Trochę przysypiałam, udało mi się jednak nie odpłynąć całkowicie w sen.

Gdy wyszłam na chwilę do toalety, usłyszałam, że Robert i Andrzej rozmawiają w pokoju na górze. Zatem oni również się obudzili. Następnego dnia Robert był niewyspany, zasnął tuż po powrocie z przedszkola.

Czas intensywnej pracy


Co w takim razie robiłam przez całą noc, poza odebraniem trzech telefonów i dwukrotnym utuleniem dziecka do snu? Niektórzy już wiedzą, inni może się domyślają po przeczytaniu niedawnego wpisu o moich pisarskich planach na marzec :) Oczywiście, że pisałam! Moja książka urosła o jakieś siedem scen i o niecałe 50 tys. znaków ze spacjami (to jest dużo). Brak dostępu do mediów społecznościowych sprzyjał pracy nad książką, nie miałam praktycznie żadnych rozpraszaczy.

Wydaje mi się, że to optymalny sposób na spędzenie nocki w pracy - byłam przez cały czas czujna i gotowa do działania, a jednocześnie mogłam zajmować się czymś, co jest dla mnie ogromnie ważne. Nie przegapiłam żadnego telefonu, nie przekroczyłam limitu przerwy, zrobiłam dokładnie to, co do mnie należało i jeszcze miałam z tego dużą przyjemność.

Co jest minusem nocnego dyżuru? Naprawdę ciężko go odespać! Wydaje mi się, że dopiero dzisiaj jestem w pełni sił. Przez cały poniedziałek byłam lekko nieprzytomna, choć zaraz po pracy położyłam się na kilka godzin.

Czy było warto?


Kiedy czytam, co napisałam powyżej, czuję się trochę wyrodną matką - w końcu dzieci musiały w mniejszym lub większym stopniu odczuć konsekwencje mojej nocnej pracy. Myślę jednak, że z każdą kolejną nocką będzie nam wszystkim łatwiej przystosować się do takiej zmiany. Takie dyżury na pewno nie będą pojawiały się często, raczej sporadycznie, ale myślę, że będę chętnie korzystać z tej możliwości - choćby po to, żeby przeżyć kolejną pisarską noc! 

Na przyszłość postaram się postawić jakąś zasłonę między łóżkiem a komputerem, żeby zmieniające się światło nie budziło Michała. Myślę, że z czasem uda nam się wypracować optymalny system. A chłopcy będą coraz starsi i bardziej samodzielni, i noc spędzona w innym pokoju przestanie stanowić dla nich wyzwanie.

Chciałabym, żeby to nie ulegało wątpliwości - praca w nocy to jest praca, mało tego, jest to praca wymagająca i odpowiedzialna. Choć przez większość czasu nie odbierałam żadnych telefonów, byłam na stanowisku, gdy zadzwonił telefon o 3:30. Ktoś, kto w awaryjnej sytuacji zadzwonił w środku nocy na infolinię, mógł liczyć na pomoc. Właśnie po to są te dyżury. To, jak sobie poradziłam w domowych warunkach i jak udało mi się wykorzystać czas, by pracował na moją korzyść - to osobny temat :)

poniedziałek, 8 marca 2021

Kobieta na zdjęciach

Fot. Adam Jaskiernik Fotografia

Wiecie, z pozowaniem do zdjęć jest tak, jak z pisaniem. Albo ze śpiewaniem. Właściwie każda działalność artystyczna wiąże się, przynajmniej w moim przypadku, z pewnym ciągiem zdarzeń. Na początku po prostu lubiłam to robić, chciałam to robić, wierzyłam, że będę w tym dobra, bo mam predyspozycje. Po czym zaczynałam się wdrażać... i odkrywałam, że tak łatwo nie będzie. Bo jest technika, której trzeba się nauczyć. Bo mój subiektywny odbiór własnych dokonań różni się niekiedy znacząco od tego, jak są one odbierane przez innych. Bo trzeba było przyjąć jedną, drugą, trzecią lekcję pokory, by zacząć się rozwijać.

Nieraz ogarniało mnie zwątpienie, chciałam zrezygnować, nie próbować dalej, nie narażać się na kolejne niepowodzenia. Niedługo minie 10 lat od mojej pierwszej sesji zdjęciowej, więc chyba mogę powiedzieć, że wytrwałam całkiem długo. Dzięki zdjęciom odwiedziłam wiele pięknych miejsc, poznałam mnóstwo fantastycznych, kreatywnych, pozytywnie zakręconych ludzi, zdobyłam niezliczoną ilość pięknych pamiątek. Niektóre z nich zdobią ściany mojego domu, inne znalazły się w okolicznościowych albumach, wiele z nich znalazło się oczywiście w Internecie. Niektóre zapraszają do nawiązania współpracy z fotografami, którzy je zrobili. Niektóre można było oglądać na wystawach stacjonarnych, jedno prawdopodobnie pojawi się wkrótce na okładce pewnej płyty.

Dawno nauczyłam się, że dobre zdjęcie jest warte wytrzymania kilku minut w chłodzie lub w upale. Warto stać lub siedzieć przez dłuższy czas w niewygodnej pozycji, warto zanurzyć się w wodzie, warto czasem przejść przez błoto, wybrudzić się, zmęczyć, mieć obolałe nogi od zabójczo pięknych butów, warto wytrzymać kilka godzin przygotowań i charakteryzacji. Niewygoda minie, zdjęcie zostanie na zawsze.

Jak to się zaczęło?


Dawno, dawno temu... Kiedyś zastanawiałam się nad tym i z zaskoczeniem uświadomiłam sobie, że ja od dziecka chciałam być na jakichś zdjęciach. Szukałam okazji, by się na nich znaleźć. Pamiętam sesję, którą zrobiła mi koleżanka, gdy miałyśmy po 14 lat. Pamiętam, jak razem z współlokatorkami robiłyśmy sobie zdjęcia w internacie. Pamiętam, jak przez pół roku pieczołowicie odkładałam pieniądze na profesjonalną sesję zdjęciową. Gdzieś to pragnienie zawsze we mnie żyło. Chyba dzięki zdjęciom chciałam poczuć się kimś innym niż w rzeczywistości, bo nie byłam zadowolona z siebie.

Później tak się złożyło, że mój przyjaciel fotograf zaczął prezentować w sieci swoje prace, poznałam też jedną modelkę, która zmienia się na zdjęciach jak kameleon. No i przyznam, pozazdrościłam. Obudził się we mnie taki dzieciak, który na widok ludzi robiących fajne rzeczy stwierdza, że też tak chce. Wiem, że wielu z nas ma tego dzieciaka w sobie :)

Pozowanie wydawało mi się wówczas łatwe. Wychodziłam ładnie na zdjęciach, które robiłam sobie z przyjaciółmi. To był dla mnie dobry czas, jeśli chodzi o wygląd, czułam się atrakcyjna, byłam w dobrej formie. Jednak efekty pierwszej sesji zdjęciowej nie pozostawiały wątpliwości - nie należałam do urodzonych modelek. Byłam sztywna, bez mimiki, nie umiałam patrzeć w obiektyw ani uśmiechnąć się w taki sposób, by na zdjęciach wyglądało to korzystnie. Prawdę mówiąc, po pierwszej sesji byłam przekonana, że to nie dla mnie.

Czemu mnie to wciągnęło?


Gdyby chodziło tylko o próżność, wystarczyłyby mi pewnie dwie, może trzy sesje, nie miałabym motywacji, żeby zaangażować się w to na lata. Już po pierwszej sesji, która przecież nie była wybitnie udana, otrzymałam tyle komplementów, że wręcz czułam przesyt.  Moja próżność nieraz też ucierpiała przez nieprzychylne komentarze. Gdyby nie motywowało mnie coś jeszcze, pewnie szybko dałabym sobie z tym spokój.

O co zatem chodziło? Chciałam tworzyć obrazy. Miałam swoje pomysły, wizje zdjęć, na jakich chciałam się znaleźć. Przygotowywałam stylizacje, wybierałam miejsca, starałam się możliwie najwierniej odtworzyć pomysł, który miałam w głowie. Nieraz zapraszałam do współpracy fotografów, których styl pasował do mojej wizji.

Starałam się za każdym razem być nie tylko fotografowanym obiektem, ale też współtwórczynią zdjęcia. Nie z każdym fotografem było to możliwe, niektórzy chcieli mieć całkowity wpływ na ostateczny efekt. Wtedy też powstawały piękne zdjęcia, pewnie piękniejsze od tych, które ja mogłam sobie wyobrazić. Najbardziej jednak lubiłam te momenty, kiedy wyobraźnia fotografa spotykała się z moją i wspólnie realizowaliśmy jedną, spójną wizję.

Ostatnia sesja

Fot. Adam Jaskiernik Fotografia

Gdy piszę "ostatnia", mam na myśli, że są to najświeższe zdjęcia z moim udziałem - nie, że ostatnia w życiu ;) Chociaż, czy ja wiem? Myślę nieraz, że może już pora zamknąć ten rozdział i pozwolić mu stać się pięknym wspomnieniem. Znalezienie czasu na sesję i przygotowanie się do niej sprawia mi coraz więcej kłopotu, efekty bywają mało satysfakcjonujące, zwłaszcza gdy pozuję z innymi modelkami. Porównania nie wypadają na moją korzyść. Świadomość siebie to również świadomość upływającego czasu. Nawet jeśli ta sesja nie była jeszcze ostatnią - to prędzej czy później taka nadejdzie ;)

Spotkałam się z fotografem, który już kilkakrotnie robił mi zdjęcia. Fakt, że znamy się od lat, na pewno pomógł nam obojgu poczuć się swobodnie. Wiedzieliśmy, że możemy sobie zaufać i zarazem mieć pewne oczekiwania odnośnie współpracy. Jednak wspólne doświadczenie nie przełożyło się na łatwość współpracy. Zbyt długo się nie widzieliśmy, zbyt dużo się zmieniło u każdego z nas. Musieliśmy na nowo uczyć się swoich metod pracy. Na szczęście życzliwa atmosfera temu sprzyjała :)

Umówiliśmy się na piękny zimowy plener. Miejsce wybrane przez Adama zainspirowało mnie do ciekawych pomysłów i póz, przyznam jednak, że odzwyczaiłam się od takiego marznięcia ;) Nie byłam w stanie zbyt długo wytrzymać bez kurtki. Po wykorzystaniu wszystkich najlepszych scenerii zdecydowaliśmy się na kontynuację sesji w studio. 

Jestem zadowolona z tej sesji, choć żałuję, że nie miałam czasu na skorzystanie z usług profesjonalnej wizażystki - jechałam na miejsce spotkania prosto z pracy. Mam wrażenie, że na niektórych zdjęciach moja twarz krzyczy: umaluj mnie! Podoba mi się natomiast, jak prezentuje się na zdjęciach moja stylizacja. Myślę, że udało nam się uzyskać ciekawy klimat - jak sądzicie?

Fot. Adam Jaskiernik Fotografia


Czy poleciłabym pozowanie do zdjęć każdej kobiecie?


Tak, choć uważam, że nie każda kobieta odnajdzie się w danej tematyce czy charakterze zdjęć. Warto przemyśleć na starcie, jakie są nasze oczekiwania, co chcemy uzyskać, i - to może najistotniejsze - na co nie zamierzamy się zgadzać. Nie polecam nikomu pracy z fotografem, który testowałby Wasze granice i namawiałby Was na coś, do czego nie jesteście przekonane. Współpraca z Adamem była świetna między innymi dlatego, że miałam pełną kontrolę nad tym, co działo się na sesji. 

Znalezienie fotografa, któremu można zaufać i z którym zrealizujesz przepiękną sesję, nie jest trudne. W ciągu tych dziesięciu lat spotkałam wiele wspaniałych, uczciwych osób, którym zależy na efektywnej współpracy i imponujących rezultatach. Zdarzały się jednak również sytuacje, w których musiałam zachować czujność. Warto dobrze przemyśleć decyzję o wyborze fotografa. Jeśli wyczuwasz niepokojące sygnały, nie lekceważ ich.

Zdjęcia dały mi ogromnie dużo radości, satysfakcji, samoakceptacji, możliwość wyrażenia siebie i realizacji swoich pomysłów. Zawdzięczam im przyjaźnie, wycieczki, wspomnienia, niezapomniane przeżycia. Jeśli zastanawiasz się, czy warto spróbować - zapewniam Cię, że tak! :)